poniedziałek, 29 grudnia 2014

wczoraj była Niedziela Świętej Rodziny, czyli o tym co komu pisane...

Święta nie były do końca takie, jakie sobie zaplanowaliśmy.
Nie bardzo wesołe i nie bardzo beztroskie.
Martwimy się bardzo zdrowiem Babci, całe szczęście mieszkamy w Bydgoszczy, a tu dostęp do specjalistów niektórych (bez najmniejszego nawet korzystania ze znajomości) jest całkiem niezły. Będzie miała badania, konsultacje... Dzisiaj jadę z Nią na jedno z zaleconych badań, potem będzie konsultacja i decyzja o leczeniu. Od tego zależy wszystko. Czekamy, modlimy się...

Nic więcej w naszej mocy nie leży.

Ludzie nienawidzą lekarzy, bo są jak beznamiętni sędzia, którzy wydają wyroki. Nie dziwię się wcale. Gdy stanę po drogiej stronie stetoskopu muszę sobie dobrze zapamiętać, dlaczego ludzie mnie nienawidzą. I dlaczego czasem nie można brać tego do siebie. Jak ja teraz nie pragnę złych informacji. Walczyłabym o dobre do utraty tchu... Ludzka-zwierzęca natura zawsze w kontrze stoi do tej pokornej boskiej natury człowieka...

Wczoraj była Niedziela Świętej Rodziny - wspomnienia dobre i ukochane wróciły. Sześć lat temu właśnie w to święto wybraliśmy się z moim Mężem (wtedy co - ledwo poznanym chłopakiem) do kościoła po raz pierwszy razem. Nie dość, że święto wymowne, to jeszcze parafia nie byle jaka. Farna. Pod wezwaniem MATKI BOSKIEJ PIĘKNEJ MIŁOŚCI - sanktuarium, w którym można prosić nie tylko o znalezienie żony czy męża, ale błogosławieństwo dla par i małżeństw, o dzieci, o szczęśliwe życie...

Już wtedy gdzieś pod własną skorupą niedowierzania czułam, że spotkałam kogoś wyjątkowego, ale chyba nie śmiałam się ani modlić, ani myśleć o tym, że będziemy razem rodziną (zresztą nie jestem mistyczką, obrzędy religijne przeżywam raczej płytko). Jednak coś już wtedy było nam pisane, Ktoś zadecydował za nas...

I dobrze, że Ktoś jest.

W takich sytuacjach jak teraz dobrze zawierzyć mu. Nie zmienia może to sytuacji w sposób namacalny, ale daje człowiekowi odrobinę wytchnienia, pozwala wierzyć, że wszystko ma sens i plan.

O świętach, prezentach, spotkaniach jeszcze napiszę. Chyba. Jeśli nie pochłonie mnie codzienność zbyt mocno. A tutaj - tak szybciutko - jeszcze raz podziękuję za paczkę, która była wspaniałą niespodzianką z różową poduszką z kotkiem oraz kartkę z bardzo daleka, bo aż zza granicy ;). 

piątek, 19 grudnia 2014

choinka już stoi, czeka na przystrojenie... powiem o cudzie, czyli o Naszej Mamysi

Wczoraj mój Mąż (Tomek) ku radości mojej Córki (Halinki) przyniósł do domu choinkę. Od razu zapachniało lasem. Radością, świętami. Ustawiliśmy ją w donicy (pierwotnie miała być taka ukorzeniona, ale w szkółce leśnej ukorzenione były bardzo małe, więc Tomek wybrał jednak niewielką ciętą)). Z frontu prezentuje się wspaniale:
Stoi na komodzie, zdaje się na baczność i gotowa jest żeby ją podziwiać, dziwi się tylko dlaczego jeszcze nie jest ubrana.
Na razie nie ubrana, bo zamiast dokończyć dzieła, biegliśmy z gałęziami z dołu, które musieliśmy obciąć do Babci mojej, żeby u niej też trochę klimatu już zrobić. A potem było już późno.
Ubieranie i cudowanie inne, może i sklejanie łańcucha zostawiamy na dzisiaj.
Gdy na choineczkę spojrzeliśmy po paru godzinach zachwytu z boku, odkryliśmy z przerażeniem nie małym, że jest okropnie krzywa.

Ma wyraźną wadę postawy.
Ale co zrobić i tak już ją pokochaliśmy. Musi z nami zostać i być jaka jest. Zostanie nie na długo, bo po pierwszym stycznia szybko będziemy ją rozbierać i przygotowywać dom do zupełnie innego święta.

Narodzenia Mamysiowego.

Tak, tak - teraz już tu oficjalnie i głośno, mówię o czym szeptałam do tej pory po kątach i między wierszami. Będziemy mieli Drugą Córeczkę! Marysię, która przez swą Starszą Siostrę pieszczotliwie nazywana jest Mamysią.

Dziś kończymy z Mamysią 30. tydzień ciąży, nieustającej radości, obawy, nadziei, wiary i miłości.
Postanowiłam sobie powiedzieć to dopiero tu przy Bożym Narodzeniu, a dla mnie pojawienie się choinki jest namacalnym dowodem na zaczęcie się Bożego Narodzenia u nas w domu.

Tak jak pisałam - szybko zakończymy w tym roku znajomość z choinką, bo czeka nas nie mała rewolucja. Mamysia zapowiada się na 28 lutego, od samego obiecała przyjść w tym lub zbliżonym terminie, potwierdza to w kolejnych USG. Na razie wszystko jest pięknie, zdrowo... Ale obawy, troska i zwyczajny strach czy wszystko jest dobrze ciągle jest z nami.

To będzie bardzo magiczna Gwiazdka.

Bardzo magiczny czas.

Gdy wracałam pod adres nieanielica.blogspot.com nie miałam pojęcia, że całemu mojemu pisaniu będzie towarzyszyć ciąża, o której długo nie powiemy głośno (sami nie wierząc w nasz CUD). Cieszyłam się, że Ktoś Inny, Ważny spodziewa się Dziecka (miesiąc starszego od Naszej Mamysi jak się okazuje). To właśnie Ich szczęście i powodzenie, nowe nadzieje tak bardzo nas ucieszyły, że nasza Tęsknota pozbawiona już była łez, a pełna już tylko nadziei na spotkanie, kiedyś tam daleko. I tak jeszcze raz spróbowaliśmy postarać się. Ostatni raz miał to być, następny za parę lat. I nie wierzyłam, że to możliwe, gdy zaczęłam mieć objawy ciąży w jej trzecim tygodniu (bo to dużo za wcześniej), rzeczy wielu już zdążyliśmy się pozbyć - oddać innemu dziecku, które wcześniej miało się urodzić (a teraz jest też w pewnym sensie nasze), ale niczego nie żałujemy. Pięknie to nam Pan Bóg poukładał. Tylko żeby dalej miał w opiece Nasze Dzieci. Bo teraz mamy dwie Córeczki.

czwartek, 18 grudnia 2014

nie zrozumiem mordercy... nie godzę się na karę śmierci... stanowczo za dużo wiadomości...

Ogólnie mało rzeczy "z kraju i świata" mnie porusza. Co tydzień słuchamy "Siódmego Dnia Tygodnia" w radiu ZET - przy niedzielnym śniadaniu - ale bardziej dla śmiechu i podziwiając krętactwo (a przepraszam - zdolności retoryczne) naszych polityków. Niewiele już biorę do siebie, tego co dzieje się w sejmie, ale szybciej wyskakuje mi filmik z sejmu niż kabaret, więc czasem oglądam. Pradziadkowie walczący za wolność w grobach się przewracają. Patriotyzmu nie ma we mnie za grosz.

Czasem jest jednak sprawa, która dogłębnie mnie poruszy, zszokuje, zajmie myśli. Była Katarzyna W. ze swoim śliskim kocykiem, był zapominalski ojciec, a teraz para osiemnastoletnich morderców. Gdzieś trafiłam na komentarz do sprawy jakiegoś psychologa "Dzieciaki się pogubiły, nie miały wsparcia i pomocy", no to buzię otworzyłam szeroko ze zdziwienia. Przecież nie chodzi tu o kradzież ze sklepu, o używanie narkotyków, o bójkę po pijaku, a morderstwo - zaplanowany, okrutny mord. Czy to ma znaczenie, że na rodzicach jednego z nich? Nie wiem do końca. Podobno byłą to porządna rodzina - taka bez skazy.
Nie wierzę w rodziny bez skazy.
Ale nawet jeśli sami zamordowani byliby psychopatami wiecznie znęcającymi się nad synem, to innego zabójstwa niż w obronie własnej, ewentualnie w afekcie (pod wpływem chwilowej, nieopanowanej emocji) zrozumieć nie umiem. Cóż takiego złego mogli zrobić, żeby syn i o.m.c. (o mało co) synowa skazali ich na śmierć. Ja nawet tych dzieciaków nie posłałabym na śmierć - bo taka kara nie w ludzkiej leży władzy. Nie człowiek daje życie, nie człowiek może je odbierać. Tak uważam.
Jednak nie przekonuje mnie tłumaczenie, że mieli problemy, zaburzenia, byli chorzy... Nie, nie ma usprawiedliwienia dla czegoś takiego. Po trupach po celu. Tak dosłownie, okropnie i okrutnie. Jestem niezbyt dobrym chyba człowiekiem jeśli nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobiny empatii względem nich. Nie zrozumiem, nie godzę się, nie!

Stanowczo za dużo czytam i rozmyślam o tej sprawie. Pewnie zacznę od tego bać się ludzi, w każdym widzieć mordercę i psychopatę, a wiem przecież, że ludzi zaburzonych jest wokół bardzo wiele. Tyle iż zaburzenie nie jest równoznaczne z fizycznym zagrożeniem. Zwykle tylko wplątaniem w trudną, nienaturalną relację... Trudne to, ale nie róbmy z tego dramatu. Większość ludzi nigdy nie sięgnie po nóż.

Czego można by chcieć dla tych dzieciaków? Cud zrozumienia, cud żalu i skruchy... A dla nas - cud dożywotniej izolacji tej pary.

środa, 17 grudnia 2014

strach i radość

BABCIA - strach
Widziałam już długo, że coś się dzieje z nią. Za dużo mówiła o umieraniu. Do niej to niepodobne. Wreszcie przyznała się. Byłyśmy razem w przychodni. Dostała taki plan diagnostyki i leczenia, który jest słuszny, pochodzimy po specjalistach troszku, ale nie jest tak źle, jak sama myślała. Ale czy jest dobrze? Czy ktoś jest w stanie to zagwarantować? Bardzo jej potrzebujemy, a teraz ona też potrzebuje nas.
Martwię się o Nią strasznie, ale przez to, że trochę o zdrowiu i chorobie wiem, to wiem jeszcze mniej i trudno mi nie myśleć choć przez chwilę. Na razie działamy, nie gadamy... Działamy!

MŁODA- radość
Młoda to brój. Straszna spryciura. I z charakterkiem na dodatek. Fascynują mnie jej zabawy - które sama wymyśla, reżyseruje (a ma 2 lata i 3 miesiące, nie spodziewałam się ich tak prędko). Dużo udaje, dużo inscenizuje. Oto przykłady:

1. Bierze 3 książki - podaje po kolei, a potem ja mam oddać. I próbuje dostosować słowa "proszę" i "dziękuję" do sytuacji (co nie jest przecież takie łatwe). Co jakiś czas się żegna, mówi "papa" i "idzie pracować", odchodzi w drugi kont pokoju, potem wraca krzycząc "Wróciła" i wita się wylewnie.

2. Misia owija we flanelową pieluszkę i kładzie pd swoim stolikiem, informując, że misiu śpi. Po chwili podchodzi do niego i mówi "Obudź się", a czasem przytula go i mówi "Nie bój się". Nosi go też czasem na barana.

3. Gdy wychodzimy z domu to misiu, albo idzie z nami (opa u Młodej lub w wózku), albo zostaje w szafie w przedpokoju. Zanim drzwi do szafy się zamkną Młoda całuje go w buzie, w czółko, daje klika razy cześć, przytula i robi papa, a i tak czasem zanim zamkniemy drzwi d mieszkania niemal ze łzami prosi żeby misia zabrać.

4. Robi szalene wyprawy z plastykową owieczką po pokoju. Owieczka "wchodzi" wszędzie, a Młoda krzyczy "uciekaj, uciekaj", a po chwili "nie uciekaj, stój". Owieczka w jej ręku jest niezwykle posłuszna.

5. Auta w kolorach jak z bajki Disneya stykają się zderzakami (to Zygzak i Saly) i dają sobie buzi. Zygzak wjeżdza potem na pakę większego samochodu (to Maniek) i mówi "pa pa".

6. Po obejrzeniu "Samolotów" natomiast Młoda biega po pokoju, ma rozłożone ręce i krzyczy "Popylacz, lata Popylacz" (główny bohater tego filmu - samolot tak właśnie się nazywa). Po drodze wymienia imiona innych bohaterów filmu, jakby się z nimi witając.

7. Wczoraj oglądała przez chwilę Roszpunkę, a właściwie "Zaplątanych" (tak rodzice mają świra na punkcie bajek Disneya), a co widzę chwilę później - centymetr krawiecki zwisa z szuflady biurka, a Młoda krzyczy "Kakunka, kankunka", scena zrzucania "włosów z wieży" (centymetra z szuflady powtarza się parokrotnie".

8. Karmienie misia czy wkładanie go w nosidło i przywiązywanie (na jej wyraźne żądanie) do Młodej jest już standardową zabawą, która nikogo nie dziwi.

9. Natomiast to, że misi pływa na podstawce do skrzynki balkonowej (czystej, żeby nie było) jak w statku (co nam jest dobrze objaśnione), czy bierze kąpiel razem z Młodą w wyimaginowanej wannie, za pomocą wyimaginowanej wody, która leci z klamki drzwi w dużym pokoju jest jeszcze nowością.

Może zbyt zachwycam się ty, może inne dzieci w tym wieku też tak mają, tylko u dziecka, które widzi się kilka godzin w tygodniu trudno dostrzec złożoność zabaw i pomysłów. Ja zachwycam się ogromnie - mam prawo - jestem przecież matką tego Ukochanego Stworzenia.

Ona uwielbia gdy zbuduje się jej z lego duplo pojazd - wielki jakby samolot, na kółkach, gdzie można włożyć pilota i jeździ tym po naszym przepastnym mieszkaniu. Albo zamek z dużą ilością okien, ustawia figurki w nim, mówi im "cześć" i "papa".

Czasem po przychodzi się poprzytulać. Powygłupiać. I daje nam swoje stopy do wycałowania (a my czasem każemy najpierw zdjąć jej kapcie).

No i krzywdzi muzykę. "Mama, śpiewaj lędy, lędy śpiewaj!"... Ja i koledy... Wolne żarty. Śpiewam, kaleczę, fałszuję, bo jak dziecko prosi...

Gdyby nie Młoda wiele spraw byłoby niemal nie do przeżycia, tak straszne i przytłaczające. To jest nasze SZCZĘŚCIE i RADOŚĆ.

wtorek, 16 grudnia 2014

odkrycia...

ODKRYCIE 1
Człowiekowi jest potrzebne zaskakująco mało snu. A próbowanie zasnąć o trzeciej nad ranem jest okropniejsze od chronicznego niedospania.

ODKRYCIE 2
Babciów swoich trzeba pilnować jak dzieci. Nie przyznają się do chorób, a martwią się strasznie. To, że jesteś lekarzem nie ułatwia. Zamiast powiedzieć co jest, zadają podchwytliwe pytania, na które odpowiadasz zgodnie z wiedzą książkową, a one same tworzą teorie, które dalekie są od prawdy.

ODKRYCIE 3
Moje Dziecię potrafi przespać dużą część nocy (śpi nie przerwanie od 21:30 do teraz - jest prawie piąta). Nie było w tym czasie haseł "mleko", "pić", "misiu, dzie jestes?" ani "zmenić papersa!". Żyje, oddycha spokojnie. Sprawdzałam.

ODKRYCIE 4
W internecie czasem po długim czasie można odnaleźć znajomych (internetowych i nieinternetowych), w tym wypadku jak dobrze, że internet nie zapomina!

ODKRYCIE 5
Znowu dotyczy Młodej. Niejadek potrafi zjeść cztery ogórki kiszone zamiast obiadu i oglądać się za piątym.

ODKRYCIE 6
Za tydzień i jeden dzień już Wigilia!

piątek, 12 grudnia 2014

niespodziewane sześć lat

Wypisałam i wysłałam wraz z Młodą dziś kartki świąteczne. Do rodziny i przyjaciół.

Dopiero wieczorem zorientowałam się, że dziś mija SZEŚĆ LAT, od chwili kiedy za pośrednictwem naszej-klasy nawiązaliśmy znajomość z moim Mężem. To miało być na chwilę, na przerwę świąteczną, moje ferie od uczelni, jego urlop w kraju... Tak żeby dać się przez chwilę ponieść klimatowi świąt... A co nas łączyło? Tyle, że chodziłam do jednej klasy z jego bratem do liceum.
Zaczęły się spacery, rozmowy... Zauroczenie, może i coś więcej...

A miało się wszystko rozmyć i skończyć zaraz po świętach. On wracał do UK, ja do nauki... Jednak przewrotny los raz nas połączył i już nie rozdzielił.

Gdy lubemu dziś przypomniałam o tej rocznicy tylko się zaśmiał, stwierdził, że przesadzam, a potem dodał:
-Ciekawe za jakie przestępstwo dostaje się sześć lat?

Młoda wcześniej dziś zasnęła. Ja mam kilka rzeczy do zrobienia, mężu też zajęty różnymi sprawami... Sparzyliśmy sobie migdałowej herbaty z jednej torebki (bo ja straszne lury pijam ostatniego czasu, jeśli w ogóle piję herbatę), pijemy obije tą herbatę z cukrem. Nasza ulubiona. Już na Święta kupiona. W naszych kwadratowych kubkach. W naszym domu.

Gdy wspominam te całe sześć lat często mam ochotę popukać się palcem w czoło. Razem jakoś dorośliśmy, to co było takie durne i chmurne się wydaje, że aż nie realne. Ale nie zamieniłabym tego na nic.

Gdyby nie jedna rozmowa - pewnie moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, robiłabym wielką karierę, wyszła za mąż z rozsądku, nie miałabym jeszcze dzieci i pewnie nie prowadziłabym nawet bloga.

Przed miłością nie uciekniesz.

czwartek, 11 grudnia 2014

urodzinowe niespodzianki

Wspominałam już, że przy Mikołajkach sięgnęło mi się kilka prezentów - także niespodziewanych od Mamy, a także od Teściów z okazji urodzin. W same urodziny jednak (aż dwa dni starsza jestem niż lat osiemnaście jedenasty raz) dostałam dwa drobiazgi, które totalnie mnie zaskoczyły.
Kwiatek od Męża, który myślałam, że poprzestanie na świątecznych kebabach.
 Piękny!

Pamiątkowa tablica z masy solnej, z najaktualniejszym rozmiarem łapek i nóżek od Chrześniaka.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

mikołajki udane, czyli dobra atmosfera i marzenia o spokojnych świątach

Mikołajki minęły zaskakująco dobrze i miło. Dziadkowie dopisali Młodej, dostała moc zabawek i innych prezentów. Nawet mi się coś nie coś sięgnęło (i to w cale nie mało - jestem w szoku) z okazji urodzin (co są jutro, osiemnaste, już jedenasty rok z rzędu). Atmosfera dwóch ostatnich dni była tak dobra, że zacierają się w pamięci rzeczy, które były złe wcześniej. Może dobra wola, może troszkę aktorstwa, a może rzeczywiście świąteczna magia działa. Nie doszukuję się podtekstów, ale nie obiecuję sobie zbyt wiele na przyszłość, bo raz jest lepiej, raz gorzej. Plan świąt już mamy w zarysie. Z najważniejszymi będziemy się widzieć. 

Dla nas to ważne, choć nie mielibyśmy siły o to walczyć. Bardzo cieszymy się, że uda nam się spędzić święta z każdym po trochu.

Chcemy Młodą nauczyć dobrych rzeczy. Że kocha się nie dla czegoś, ale mimo wszystko... Że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje... Że każdy dostaje choć maleńki prezent... Że chociaż kochamy ja ponad życie i ponad wszystko na świecie, to jednak nie jest centrum wszechświata i musi zauważać innych ludzi. 

Będzie wtedy dużo szczęśliwsza.

Ona po swojemu zaczyna to rozumieć, wprawia się na misiu. Pisałam już, że zabierając go na spacery, przystaje, daje mu buzi, idzie dalej (zdjęcie akurat było pozowane na moją prośbę, ale zwykle dzieje się spontanicznie na chodniku). Trochę zastanawialiśmy się skąd się u niej to wzięło, ale już wiemy - gdy jeździła w wózku sami tak robiliśmy - co jakiś czas, bez większego powodu sprzedawaliśmy buziaki. Jak dziecko wszystko chłonie i powtarza to magia. 

Gdy przewraca się, żeby się nie rozklejała zwykle pytamy "Żyjesz?", ona przytakuje machając głową na tak: "Żyjesz!". Mężu wrócił z pracy w sobotę i miał rozbity łokieć, pokazał mi go, a młoda:
"Tata, ała... Boli... Żyjesz?" i pocałowała go w tenże łokieć. Nasz Mały Człowiek.

Czekamy na święta, czekamy na to co potem. I zdajemy sobie sprawę, że lepszych czasów dla nas jako rodziny już nie będzie. Jeszcze kilka lat, a zostaniemy znowu we dwoje, bo dzieci porozchodzą się po świecie. Niby, że jeszcze czas? A ja się pytam, a kiedy Młoda zdążyła urodzić się, nauczyć chodzić i kochać misia... Nie pamiętam, tak szybko minęło... Ani się obejrzymy a już tylko czasem będzie nas odwiedzać. Dlatego staramy się cieszyć wszystkim, także i niewygodami tego czasu, obowiązkami i co dziennymi problemami. Dziękując Panu Bogu za to co mamy.

No i prosząc, aby nie było gorzej niż jest.

Mikołaj w mikołajki całuje misia, czekając na windę.


sobota, 6 grudnia 2014

sprawy świąteczne część pierwsza

W mojej kuchni pada już śnieg...

W małym pokoju jeszcze bardziej pstrokato niż zwykle...

Mikołaj był już wczoraj...

I myszy się u nas zalęgły.

Miś przeżył pranie i suszenie. Nie stracił uroku. "Ko-am" mówi mu Młoda, więc jest dobrze.

właśnie popłniam straszną rzecz...

Miś Młodej właśnie wiruje się w pralce. Strasznie kochany, strasznie brudny - jak to ulubiona zabawka. Ostatnio zaczął okropnie pachnieć. Młoda śpi - inaczej moja zbrodnia byłaby niemożliwa. Mam nadzieję, że nie straci Sebastian swojego uroku po praniu i jakoś przez jeden dzień przy kaloryferze w łazience wyschnie. Może przetrzymamy cały dzień bez jego obecności, no albo spędzimy cały dzień w łazience towarzysząc misiowi.
I żeby ten dzwoneczek się nie zepsuł w środku misia...
Córa mi nie wybaczy gdy jemu się coś stanie!

mikołaj przyszedł w wigilię mikołaja, a wczoraj prawie płakałam, czyli świąteczny rozgardiasz już można zacząć

Zmodyfikowaliśmy tradycje. Jest dopiero wpół do szóstej mój Mąż już wyszedł do pracy. Wyjątkowo ta sobota pracująca wypada. Akurat Mikołajki. Akurat szedł na szóstą, a nie na ósmą. A mieliśmy przebiegły plan, żeby Młodą obudzić i zobaczyć co powie na prezent w bucie. No ale wyrywać dwuletnie dziecko o 4:30 ze snu? To jakoś nie halo jeszcze (jak będzie miała lat 12 nie zawahamy się).
Więc zrobiliśmy to inaczej.
Mąż mój zabrał nasze dziecię do małego pokoju i zaczął opowiadać o Mikołaju, o prezentach o butach, a ja wrzuciłam co nie co do buta. Po chwili wyszli i oczywiście znaleźli. Mała - dużo chyba jednak zrozumiała - bo jeszcze nie rozpakowała prezentu, a obeszła całe mieszkanie (dużo tego nie ma, więc się nie nachodziła) powtarzając "sięty, sięty, sięty". Wydaje nam się, że szukała świętego Mikołaja właśnie.
Z drobiazgu cieszyła się raczej - była to prosta układanka z filmu "Auta", taka gdzie jest sześć obrazków, każdy do ułożenia z czterech sklejkowych kwadracików. Dla nas banalne, dla niej szalenie absorbujące. Szczególnie, że umie nazwać namalowanych tam bohaterów. Cieszyła się, my też jak dzieci.

W ramach tej wigilii Mikołajowej obejrzeliśmy razem drugą część "Samolotów", no i beczałam prawie. Disney to psychopata, takie filmy dla dzieci, kto to widział?! Ale piękne to on są, co nie? :P

Ostatnio nie jestem sobą - dosłownie i w przenośni. Ale to dobrze. Tak powinno być. 

piątek, 5 grudnia 2014

kto i dlaczego czyta

Blogowanie weszło mi to w krew bardzo. Zaczęłam prawie dwa lata temu TAK potem przestawałam, przenosiłam się, zaczynałam od nowa. Szukałam swojego ja w internecie, różne życiowe doświadczenia zmieniały mnie w wirtualnej przestrzeni także.

Czy jestem blogerką?
Nie, ja jestem nieanielicą.

To trochę jak alter ego, albo avatar realnie istniejącej osoby. Trochę jak porządkowanie swojego wnętrza.

A trochę jak zupełnie inna ciekawa forma kontaktu towarzyskiego. Ileż wspaniałych osób poznałam pisząc. Nie będę wymieniać wszystkich, wystarczy spojrzeć na pewne komentarze, na zakładki ulubionych "Czytadełek"....

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że czytają to też Ci, którzy mnie nie lubią (jakże czasem muszę ich denerwować), którzy dobrze nie życzą. Którzy chcą koniecznie wiedzieć więcej i wykorzystać to jak najsprytniej... Byłam bardzo nierozsądna zostawiając pewne ślady za sobą.

No cóż - tym bardziej życzę miłej lektury.

Myślałam, żeby zmienić adres (przecież byłam pod innym), ale dlaczego kryć się, uciekać, zacierać za sobą ślady, kiedy wszystko co tu napisane mogę powiedzieć otwarcie i podpisać się pod tym imieniem i nazwiskiem?

Przestać pisać, żeby nie dawać prawa do siebie innym ludziom? Dlaczego? Tyle jest ważnych, dobrych rzeczy do podzielenia.

Jednak o ile imię wyszło już z cienia, a wielu czytających poznało mnie przez FB jako mnie, to jednak tutaj pragnę pozostać tylko i wyłącznie nieanielicą.Tworem fikcyjnym, choć nieludzko szczerym i prawdziwym.

Czy to blog "parentingowy" czy "lifestyl'owy", a może "filozoficzny"? Żaden raczej.
To moje pisadło, zdjęciałdło, marudło i zachwycadło.

Kto i dlaczego czyta? Ciekawe...

Ale ciekawsze raczej "jakie emocje towarzyszą czytającym" i "dlaczego"?

Dlaczego ludzie są tacy jacy są.

Każda ludzka historia to temat na powieść. Czym więcej czytasz tym bardziej chcesz. Tym bardziej zastanawiasz się czy pisać i jak pisać o sobie.

Ot, taki dziwny wpis. I kolejny dowód na to, że lepiej by mi było mniej pisać, mniej mówić. Milczeć czasem i uśmiechać się słodko. Szkoda, że tak nie umiem... Bardzo żałuję. A może wcale nie!

co to znaczy, że śnił mi się śnieg?

Śniło mi się, że za oknem było już całkiem biało. Bielusieńko, a dalej śnieg sypał jak szalony.
Na razie z białych zjawisk meteorologicznych widuję tylko mgłę...

Jutro Mikołajki.

Oczywiście Młoda znajdzie coś w butach a właściwie obok buta - bo jakżeby inaczej?

Taka refleksja mi się wczoraj nasunęła (na skutek pewnych wydarzeń u pewnych bliskich ludzi), że w NIESZCZĘŚCIU LUDZIE MIEWAJĄ DUŻO SZCZĘŚCIA, a czasem można powiedzieć, że jakie to szczęście, że to był tylko wypadek!

Znowu muszę posprzątać - jakże mi się nie chce!

A może wypiszę już kartki - niby wcześniej trochę, ale z drugiej strony ucieka dzień za dniem.

Tak wiele jeszcze, i tak mało...

EDIT:
Jeszcze jedna refleksja - GDY DZIELIMY Z KIMŚ RADOŚĆ, TO I SMUTEK, I STRACH.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

buzi, czyli "ale na pewno mnie kochasz"

Moje dziecko znów chętnie daje nam buzi. Przychodzi i mówi "buzi" wydymając usteczka w dzióbek. Tak bez okazji, ale najczęściej po tym jak każemy jej stanowczo zejść z krzesła, sprzątać zabawki czy uspokoić kopiące nas kończyny dolne. Wtedy to buzi brzmi jak pytanie "Ale kochasz mnie jeszcze?".

No jak nie, jak tak...

Ostatnio z Młodej zrobił się straszny przytulasek. Szczególnie odkąd nie chodzę do pracy. Kiedy czasem muszę iść cś załatwić i przychodzi niania, Młoda bardzo się buntuje. Oczywiście na samo wejście niani. Potem już z uśmiechem żegna się ze mną i gdy wracam jest tak zajęta zabawą, że często mnie nie zauważa. Pewnie, gdybym wcześniej sama nie pracowała jako ninia podejrzewałabym tą kobietkę o znęcanie się nad moim dziecięciem, ale tak naprawdę nie mam ku temu podstaw. Tym bardziej, że Młoda czasem pyta się o nianię, gdy ta nie przychodzi.

Młoda składa wyrazy w proste zdania. Takie bardzo proste.
"Czytać mamą".
"Weź mama chlebek".
"Ącz zygzaka".
"Ksieżyc schował się"
"Ońce świeci"
"Ończył się film"
"Banana tata, banana" - co znaczy "Tata weź mnie na barana".

Może jej mowa nie rozwija się nader szybko czy rewelacyjnie doskonale, ale coraz bardziej można się dogadać. A najbardziej mnie cieszy, że bawi się abstrakcyjnie.

Pokazuje misiowi książeczki. Karmi go niewidzialnym mlekiem. Układa spać o po chwili mówi "Obudź się!".
Z płytek z klocków lego Duplo sama złożyła niby laptopa, pokazywała nam jak na nim "pisze", po czym zamknęła go oznajmiając, że skończone. Gdy tata rzucił, żeby puściła na swoim komputerze film misiowi ta zrobiła to bez problemu. Siedziała za misiem i wpatrywali się w klocek stanowiący ekran, co rusz coś mu tłumaczyła.

Miś siedzi na nocniku prawie tak samo długo jak Młoda.


Był w sobotę u nas Chrześniak z Rodzicami, mały D. jest śliczny, dobrze się rozwija, wzorowo przybiera, ale jak to 2,5 miesięczne dziecko nie wchodzi w interakcje z innymi dziećmi. Młodej to nie zrażało. W kółko chodziła i powtarzała imię D, a gdy płakał, cała przejęta i zaaferowana niemal krzyczała "D.! Płacze!".
I ona płakała, ale nie z powodu tego, że oddała mu zabawkę, ale gdy wychodził. Potem jeszcze go wspominała.

Wczoraj w kościele Młoda nam zasnęła. Odjechała siedząc mi na kolanach. Sama słodycz, a do tego spokojnie można było mszy do końca posłuchać. Wieczorem na przytulanie przyszła do Taty i zasnęła leżąc na nim. A mieliśmy już wrażenie, że przestała potrzebować czułości aż tyle i przytulania. Może to pogoda, może brak słońca, a może po prostu taki ma czas?

Kochamy i przytulamy.

I nie szczędzimy buziaków. Kochamy do szaleństwa!

sobota, 29 listopada 2014

bezsenność w mieście nad Brdą...

Znowu nie śpię. Ledwo po czwartej jest.

Myśli niespokojne rozpatrują wszystkie ciemne scenariusze, tych całkiem czarnych nie dopuszczając do świadomości...

Strasznie jestem śpiąca, ale już pół godziny przewracam się bez sensu z boku na bok... DLatego wstałam, włączyłam komputer i piszę. A teraz znowu włączę jakieś bzdury i szydełkując dokulam się do jakiejść bardziej rozsądnej godziny.

Czy to sobota na mnie tak działa?

Jakbym chciała, żeby to była końcówka lutego, a nie listopada. Nawet to Boże Narodzenie, na które czekam z utęsknieniem był za to oddała.

piątek, 28 listopada 2014

krótko i na różne tematy

1. Wczoraj po przypływie gotówki pogadaliśmy z Gwiazdorem o prezencie dla naszej Młodej. Będą klocki drewniane DABO, po weekendzie czekamy na kuriera.

2. Odpieluchowujemy dzielnie używając tetry, a od dwóch dni otulacza Milovia, domówiliśmy drugi. Na razie woli nosić otulacz niż cokolwiek innego.

3. Masakrycznie wolno idzie mi robienie kocyka dla Chrześniaka, trzeba się sprężyć. Przerabiam drugi motek, cztery jeszcze w szafie, zamówiłam dziewięć - bo tyle musi być co najmniej... Czekam na wiadomość, że mogę odebrać z poczty.

4. Szal dla mojej mamy już na szczęście kończę.

5. Młoda jest uparta jak osiołek, ale coraz mądrzejsza.

6. Gdy chodzi z wózkiem i misiem, co jakiś czas przystaje, nachyla się, całuje misia i idzie dalej.

7. Uwielbia oglądać koparki przy pracy.

8. Każdy czerwony samochód to "Zygzak", inny "Złomek", a duży "Maniek".

9. Nie... Dzisiaj muszę posprzątać mieszkanie... Nie...

wtorek, 25 listopada 2014

prezenty tym razem odwrotnie...

Ten kto troszkę tu czyta to co piszę to wie o mnie już na pewno to, że lubię robić prezenty. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek odniósł mylne wrażenie, że my tylko robimy prezenty. Wręcz przeciwnie! Jesteśmy ludźmi, którzy dużo więcej dostają niż dają. I potrafią to docenić. Nie będę pisać o uczuciach, przyjaźni, zainteresowaniu... Chcę tylko pokazać na zdjęciach kilka materialnych prezentów, które nieustannie sprawiają nam radość!
Obraz, który w rodzinie był od lat. Po Babci mojego Męża.
Chcieliśmy kupić taki sam, ale Kuzyn podarował nam swój.
Dostaliśmy go na ostatnią Wielkanoc.

Rękodzieło od Kuzynki, piękna bombka!

Prezent ślubny od sąsiadki, do której całe życie mówię "Ciociu".

Jeden z prezentów od Babuni na nowe mieszkanie. Kto był bez pralki, to wie jak cudowny to prezent!

Kwiatek.

Genialna książeczka od Koleżanki dla Młodej, dużo, dużo, zabawy...
Zebra imieniem Ebola, podarowana przez Koleżankę, przywieziona z Afryki!

Czekając na biały puch chce wprowadzić trochę porządku... I piszę o klockach drewnianych.

W domu mam bałagan. Nie tam od razu żeby taki tragiczny - miewałam gorszy już nie raz, ale czuję wielką ochotę, żeby wprowadzić trochę więcej zorganizowania.
Walczymy o nocnik. My wymyślamy metody, Młoda antymetody. Sprytne dziecko jest.
Prezenty prawie gotowe. Prawie podopinane na ostatni guzik... Duże wyprzedzenie? Gdzie tam... W tym roku to ja mam straszne tyły, zwykle wszystko przygotowuję wcześniej. Został tylko prezent dla Młodej. No i drobiazgi dla Kogoś Jeszcze (ale o tym kimś jeszcze nie będę pisać).
Zaczajam się na klocki drewniane, czekam do wypłaty i bach - zamówię bezzwłocznie - ale który zestaw, jakiej firmy, bukowe czy olchowe? Tego nie wiem. Natchnienie z tymi klockami przyszło niespodziewanie. A było to tak:
Moja Babunia, u której jest piec i która pali w piecu zauważyła jak bardzo moje dziecko chce bawić się drewnem, co sobie pod tym piecem leżakuje. Znalazła w szopie takie resztki, odpady po układaniu parkietu (mój dziadek, człowiek wielu talentów, brał się za różne prace dla swojego domu i domów zaprzyjaźnionych). Nierówne klepki parkietowe okazały się zabawką bardzo kreatywną i wciągającą dla mojego Dziecięcia a także Ojca jego. Trudno powiedzieć kto bawi się w z większym zapałem.
No i właśnie stąd pomysł z klockami. Oczywiście przeszukałam internety, zrobiłam rozeznanie... No i najchętniej kupiłabym z każdego zestawu po jednym, ale w tym roku obiecaliśmy sobie nie szaleć. Ma być prezent, a nie kupa prezentów. Z powodów ekonomicznych też, ale przede wszystkim wychowawczych.

I skłamałam. Jeszcze koc dla Chrześniaka muszę dokończyć. Nie wszystkie prezenty gotowe, ale tego w jeden wieczór nie zrobię. Miesiąc został do Bożego Narodzenia, muszę już się streszczać.

Tak czuję, tak mocno mi się zdaje, że gdy biały puch spadnie na ziemię będzie jakoś milej, łatwiej i lepiej. Jest we mnie jeszcze dużo dziecka, skoro tak czekam na to. I tej magicznej wiary.

I nawet kuchnia zalana nie popsuje tego, choć tak nam źle, że woda wdarła się sufitem zostawiając szkaradną plamę. Powalczymy o odszkodowanie, ale to nie jest życiowa tragedia. Chociaż smutno nam, że coś chciało zepsuć nam nasz ukochany domek.

Jest dobrze, będzie tylko lepiej.

anioł... bardzo nie chcę zapomnieć...

Już nie płaczę. A wydawało się, że nie uśmiechnę się szczerze nigdy.
Poleciał do nieba zanim zaczął naprawdę istnieć. 
Ale ja czuję i wiem, że był. A czasem boję się, że zapomnę - to jakby nie on umarł, a ja...
Gdy kiedyś już będę Tam, zobaczę go i uściskam. I powie mi, że tu był od zawsze szczęśliwy i wiedział, jak bardzo go kochaliśmy, choć tak krótko mogliśmy się nim cieszyć.

To już rok.

Niech nie będzie Wam źle, gdy to czytacie, bo i mnie nowe wielkie radości, wielkie nadzieje i oczekiwania. Tyle, że tak bardzo, bardzo, bardzo nie chce zapomnieć. Dla świata był bez znaczenia. Dla mnie najważniejszy mój Aniołek.  I dlatego piszę dziś w rocznicę jego odejścia, bo rocznicy urodzin nigdy nie będzie miał.

sobota, 22 listopada 2014

tak zupełnie przy okazji o lepieniu kopytek...

Gdy poważnie zaczęłam myśleć o małżeństwie usłyszałam od narzeczonego pytanie czy umiem robić kopytka. Nie umiałam. Musiałam się nauczyć, bo on bez tego specjału życia sobie nie wyobrażał.
Dla takiego antytalencia kuchennego jak ja było to nie lada wyzwanie. Szczególnie wtedy, teraz już jako tako na kuchni się znam.
Oczywiście pierwsze kopytka, które mu ugotowałam były rozgotowane, brejowate, praktycznie niejadalne...

Wczoraj lepiłam kopytka z Młodą. Moja córcia jest rasowym niejadkiem, więc wymyśliłam, że jeżeli będzie brała udział w przygotowaniu obiadu to apetyt u niej się zaostrzy.

Guzik!

Lepiła z ogromną przyjemnością - całą kuchnię (powalającej przestrzeni nie całych pięciu metrów) miałam w mące, obie siedziałyśmy przy jej małym stoliczku i na dużej desce kulałyśmy "wężę", z których potem widelcem odcinałyśmy kluski... Zabawa była wspaniała. Tak dobra, że mąż zanim się dogotowały kopytka, zanim zaczęliśmy jeść już musiał odkurzać, zaraz po przyjściu z pracy.

Młoda wyglądała na szczęśliwą, ale nie okazała się głodna. Nie ruszyła nic z obiadu. Karmiła swojego ukochanego misia. One on (jej głosikiem) też powtarzał "nie ce, nie ce, nie ce". Cóż, miś Sebastian jest niejadkiem tak jak Młoda. W końcu to jej dzidziuś, o czym często nam przypomina gdy nie chcemy zabrać go na spacer.

Po obiedzie poszliśmy do mojej Babci (tak jak robimy praktycznie codziennie), wróciliśmy i usmażyliśmy jajecznicę. Młoda spałaszowała objętość około 1,5 jaja, zagryzając dwoma kawałkami chleba. Z głodu nie umrze. Jajkami z misiem się nawet nie dzieliła.

Ale to lepienie samo w sobie było fajne... Chyba to nie sposób na mojego niejadka, chociaż spróbuję z leniwymi jeszcze, ale może wyprodukujemy trochę masy solnej? Będzie jak znalazł na święta jako gadżet własnej roboty... Wysuszy się w piekarniku (nigdy tego nie robiłam), pomaluje farbami. Może nie wyjdzie pięknie, ale wesoło będzie. I brudno wszędzie też.

nie śpię... świt ciemny, nawet nie blady staje się moim przyjacielem

Magiczny ten czas, czarodziejski albo zaklęty...
Hukus-pokus godzina 3 budzę się, 4 próbuję spać, 5 rezygnuję i czekam na 6 z kąpielą, miejąc litość dla sąsiadów... A w tak zwanym między czasie - przytulę się do męża, napiję się wody, porozmyślam o świątecznych prezentach, o tym jakby co zrobić na szydełku.
A teraz - póki dziecko śpi i mąż też spokojnie włączę sobie VOD i będę pracować nad kocykiem z wełny merynosa (ma być po kuracji lanolinowej wodoszczelny, a przyjemny) dla Chrześniaka.
Jeśli się uda zrobić go tak jak mi się wydaje, że się uda to może niedługo ruszę z produkcją otulaczy do pieluszek z tejże wełny - dzieci w otoczeniu dużo, coraz więcej.

Mój mąż wie doskonale dlaczego nie śpię.

-To z nieróbstwa, masz za dużo wolnego.

Oburzyłabym się, ale ma rację to się nie oburzę.

Dziwnie mi jest, ale nie tęsknię za stresem. Trochę luzu także i mi się należy.

Za tydzień zaczyna się Adwent... Jeszcze cztery niedziele i już święta. I dużo to czasu i mało bardzo.

Kończę. Włączam głupotę do oglądania i zajmuję ręce czymś pożytecznym, udaję, że nie istnieję.

piątek, 21 listopada 2014

w te ciemne dni odganiam ciemne myśli... i już tak wyrywam się do świąt.

Człowiek to czasem tylko zwierzę, na które działają instynkty. Takie pierwotne... Strach, którego nie dopuszcza się do świadomości odbija się w zmęczeniu i niepoukładaniu. Chociaż ostatnio nie chodzę do pracy - wreszcie zasłużone wytchnienie to się nie nudzę. Zajęć mam nawet więcej niż kiedyś.

Życie nie znosi pustki. Moje ręce nie znają spoczynku. Pod czaszką zaczyna swędzieć, kiedy nic nie robię.

Powinnam odpoczywać, zbierać siły, ale gdy nic nie robię, to zaczynam myśleć. Najpierw robi się szaro jak po trzeciej, po południu... Potem coraz ciemniej. I boję się. Zbliża się bolesna rocznica i nie umiem nie myśleć. A przecież powinnam MYŚLEĆ O TYM CO JEST.

Wyszukuję zajęcia i wiem, że to dla mnie dobre. Tworzę na szydełku różne, czasem trochę na wyrost konstrukcje. Zgłębiam tajniki dziewiarstwa.
Stale obserwuję rozwój Naszego Chrześniaka (skończył już dwa miesiące!). Zmienia się z dnia na dzień.
Prezenty na święta prawie gotowe.
Jeszcze tylko klocki drewniane dla Młodej. I kilka rękodzieł do wykonania. No i czekoladę w postaci tabliczek i mikołajów trzeba dokupić, ale na to za wcześniej.
Jeszcze chwila a zabieramy się za robienie lampionu na roraty... Klejenie łańcucha na choinkę. Robienie ozdób, przystrajanie okien. Poczekamy jednak do początku grudnia. Tak, dla przyzwoitości, niech się chociaż Adwent zacznie.

Wprowadziliśmy też małą rewolucję dla Młodej. Więcej konsekwencji, mniej ulegania zachcianką naszego dziecięcia, więcej nocnika i tetra zamiast pampersa. Efekty są. Dziecko wygrzeczniało bardzo i coraz chętniej korzysta z nocnika. Miała pół roku i bez problemu sobie z tym radziła. Potem jakoś się to wszystko rozmyło. Pewnie dużo jest w tym naszej winy, ale cóż - nie popełnia błędów tylko ten co nic nie robi.

Nie chodząc obecnie do pracy widzę jak wiele czasu tracę jako matka pracując. Na nowo go do oceniam. To, że mogę codziennie widzieć jak Młoda się budzi, rozmawiać z nią... Bawić, czytać książki.

Ona uwielbia chodzić po sklepach. Tak połazić pomiędzy półkami, pooglądać, podotykać.. Zabawki odkłada bez żalu po obejrzeniu na półkę. Mówi i rozumie coraz więcej, zaskakuje nas co chwilę.

Jak rzadko nie uczę się, nie czytam czasopism branżowych, znowu zgłębiam kochaną Agathę Christie, a mój mąż na nowo odkrywa Kinga. Wieczorami czytamy po cichu, a Młoda głośno opowiada misiowi co jest na obrazkach. Jak dobrze było sobie przypomnieć do czego służy biblioteka.

Młoda ostatnio kocha Zygzaka McQueena, Złomka, Szeryfa, Ogórka, Kamasza i całą resztę bohaterów Aut i Aut2, ostatnio także ograniczyliśmy jej bajki na komputerze, ale miłość swoją realizuje poprzez książeczki (na które nigdy nie będę żałować pieniędzy) i zabawy, gdzie zwykłe (odpustowe) autka nazywa imionami ukochanych postaci i nawet próbuję odgrywać proste sceny za ich pomocą.

Jej zabawy symboliczne pojawiły się jeszcze przed drugimi urodzinami i napełniły mnie dumą. MA WYOBRAŹNIĘ, to znaczy będzie szczęśliwym człowiekiem!

I jeszcze chwila, będę odliczać dni do świąt.
Jeszcze dwie chwile i będę znowu odliczać dni.

ŻYCIE TO CZEKANIE.

Ale z chwili obecnej chcę jak najwięcej RADOŚCI.

WIARY.

NADZIEI.

MIŁOŚCI...


piątek, 14 listopada 2014

naszło nas, czyli pierwsze świąteczne akcenty, próbujemy śpiewać kolędy

Ostatnie Boże Narodzenie było dla mnie chyba najsmutniejszym w życiu. Bardzo się starałam poczuć klimat świąt, zapewnić go najbliższym. Wystroiliśmy dom, obkupiliśmy Młodą i Dzieciaki z Rodziny górą zabawek, przygotowaliśmy paki pełne prezentów. Uśmiechałam się... Choć dzień przed wigilią siedziałam w pokoju przy komputerze (gdy mężu usypiał naszą Córcię), a ja zanosiłam się po cichu z płaczu...
To nie był dla mnie dobry czas... Dalej bardzo tęsknię, ale już nie płaczę.

W tym roku będzie zupełnie inaczej. Bardzo w to wierzę.

Już jest inaczej. Trochę daję ponosić się marketowemu szaleństwu, które zaczyna się jeszcze przed 1 listopada. Tak, ja już czuję zbliżające się święta. Wypatruję reklam coca-coli, czekam na pierwsze w tym roku "Last Christmas".

A wczoraj śpiewaliśmy kolędy. Znaczy śpiewał mój mąż i moja córka, a ja po swojemu wydawałam dźwięki (bo jestem totalnie, muzycznie niezdolna, a co gorsza - lubię śpiewać). Przypadkiem weszliśmy w posiadanie śpiewnika z kolędami i to nas natchnęło, żeby już zacząć...  Zresztą Młodą trzeba nauczyć kolęd, bo skąd ma je znać jeśli my ich jej chociaż z komputera nie puścimy.

Młoda bujała się i tańczyła w rytm Bożonarodzeniowych piosenek, a my śmieliśmy się się trochę z niej, a trochę z siebie

Te święta będą zupełnie inne... Oczywiście, będą prezenty, ale drobiazgi (troszkę większe dla dzieci w Rodzinie i Okolicach), nie będziemy robić dużo jedzenia najwyższych lotów (ryba po grecku przygotowana zostanie z mrożonej włoszczyzny), nie będziemy błagać naszych rodzin o przybycie (jak to robimy przy każdych świętach) spotkamy się tylko z ludźmi, którzy będą chcieli się z nami spędzić czas.

To będą dobre święta. 

środa, 5 listopada 2014

moje stare-nowe hobby, czyli zapraszam na nowego bloga chociaż wcale się nie przeprowadzam

Od pewnego czasu szydełkuję zawzięcie. Nie to, że potrafię to robić, ale bardzo lubię. Chwaliłam się tu już nawet kiedyś łapką kuchenną własnej roboty, ale sterta robótek urosła, i trochę jeszcze się chce pochwalić, ale nie zaśmiecać sobie tego miejsca chwilową fascynacją. Jeśli ktoś chciałby popatrzeć zapraszam na nowego bloga:


Szydełkować nie potrafię.

Ale lubię.

To mnie uspokaja.

dużo szczęścia i nadziei to dużo strachu, który czasem nie pozwala spać

Zwykle łapałam każdą chwilę rano. Dziś o piątej wstałam z łóżka, po ponad godzinnym maratonie przewracania się z boku na bok.
Rzadko miewam problemy ze snem, a dziś...
Czy coś złego się u mnie dzieje?
NIE!
Właśnie NIE!
Jest pięknie. Tyle radości, tyle nadziei.
Tyle dobrych nowin od przyjaciół. I u nich tyle radości, i tyle nadziei.

I STRACH.

Że po dobrym przyjdzie złe.. Irracjonalny, ale chwilami paraliżujący.

Nie chce, żeby było lepiej niż jest. Niech będzie tak już zawsze. Niech spełnią się marzenia, ktre teraz zaczynają wzrastać... Niech przyjdzie na świat NADZIEJA.

Może Boże Narodzenie pogładzi mnie po głowie i uspokoi?

W zeszłym roku było zupełnie nie takie jak powinno, może w tym roku wszystko będzie lepsze.

Kocham, więc się boję...

wtorek, 28 października 2014

łazik miejski, czyli stworzyliśmy potwora

Uwielbiamy spacery. Wszystkie. Bliskie - po osiedlu, do marketu, na "górkach w Fordonie", po starym mieście w Bydgoszczy, po Toruniu, po Kętrzynie (gdzie byliśmy raz, ale było wspaniale), nad morzem (tak bardzo chcemy tam jeszcze pojechać), po Londynie (to w czasach narzeczeńskich i wcześniejszych), w Borach Tucholskich, przed siebie, w nieznane.

Dobrze się składa, że to lubimy, bo nie mamy auta i pieniędzy na drogie rozrywki, więc uwielbienie dla spacerowania wpisuje się w naszą sytuację życiową i ekonomiczną bezbłędnie.

Gdy urodziła się Młoda niewiele się zmieniło. Zależnie od pogody zmienialiśmy tylko jej kreacje i na początku wystrój gondoli. Potem odkryliśmy nosidło i wyciągaliśmy ją bezlitośnie w dłuższe i krótsze trasy. Szybko pożegnaliśmy się z wózkiem (wózek jeśli jest obecny to raczej Młoda pcha swój mały wózeczek z misiem). W kącie naszej przepastnej kuchni stoi złożona spacerówka, ze względu na nianię i na wszelki wypadek, my już chyba nie umiemy jej używać. Młoda zresztą chodzi chętnie, wspomagamy się nosidłem, ale nie często.
Ostatnio gdy je widzi, mówi "łapkę, łapkę" co oznacza, że chce pójść za rękę. 

Zdarza jej się co prawda dokończyć spacer na rękach Tatusia śpiąc, ale to tylko w wyjątkowe szare i jesienne popołudnia. Zresztą - śmiesznie wygląda duży dwulatek (bardzo wysoki jak na swój wiek) w skafanderku i ciepłej czapie wtulony buzią w ciemny płaszcz ojca i leżący w jego ramionach bezwładnie, a spokojnie, uśmiechający się bezwiednie.

Gdy sami zaczynaliśmy łazikowanie z Młodą, część rodziny tego nie rozumiała - takie dziecko potrzebuje wózka, w wózku wygodniej - grzmiała moja mama. Ja wózka serdecznie nie lubię. Dźwignąć dziecko i nieść je na rękach to żaden dramat, ale wózek plus dziecko to mnie przerasta czy przy wejściu do autobusu czy na półpiętro do wejścia naszej klatki schodowej. Gdzieś tam z tyłu głowy mieliśmy jednak pytanie czy nie krzywdzimy Młodej, bo przecież robimy zupełnie inaczej niż widzimy w koło (swoją drogą czterolatek w wózku to mnie przeraża chyba jeszcze bardziej).

Wczoraj okazało się, że stworzyliśmy potwora.
Codziennie (albo prawie codziennie) odwiedzamy moją Babcie. Często łączymy to z dłuższym lub krótszym spacerem. 

Wczoraj myśleliśmy, że o ósmej wrócimy prosto do domu (mamy jakieś dziesięć minut spaceru odległości tam), ale gdzie tam! Młoda płaczem, brakiem współpracy usilnie przekonywała nas, że coś jej nie pasuje. Gdy w końcu zapytaliśmy się jej o co chodzi, pokazała palcem na przejście dla pieszych na rondzie i rozkazująco powiedziała "tu". Chciała się przejść i przy okazji popatrzeć na tramwaje, które tak uwielbia. Teraz zmieniły one swoją nazwę na "mambaj", ale cieszą ją równie mocno. Młoda mówi po swojemu jeszcze bardzo, ale cieszy się gdy my z nią o tych tramwajach rozmawiamy. Mówimy a ten jest taki, a ten taki, a ten podobny do tego twojego. Lubi rozmawiać jak my. I łazikować. Weszliśmy do marketu (niechętnie, bo przed końcem miesiąca trzeba trzymać się za portfel), ale kupiliśmy tylko jedną rzecz - bagietkę. Młoda oczywiście chciała ją nieść, a potem jeść jak najszybciej. Wolniutko wróciliśmy do domu, zajadając się promocyjnym, marketowym pieczywem i ciesząc się tą małą atrakcją w postaci spaceru. Do domu dotarliśmy koło dziewiątej dwadzieścia, zadowoleni. Nie raz sami podejmowaliśmy spontaniczne decyzje "a może się przejdziemy", ale pierwszy raz to Młoda była pomysłodawcą spaceru, nocnego, miejskiego, jesiennego.

To wspaniałe i przerażające zarazem jak wiele ma z nami wspólnego nasze dziecko.

poniedziałek, 27 października 2014

mamy syna wspólnego choć nie musiałam go urodzić - najpiękniejsze prezenty od losu to te niespodziewane

Tydzień temu w niedzielę zostaliśmy rodzicami. Chłopca. Mały De ma już 6 tygodni, ale synem naszym jest od 1 tygodnia. Wspólny Chrześniak, pierwszy syn! Wymarzony i wymodlony. Przez własnych rodziców, a i przez nas. Dobrzy znajomi zaprosili nas rok temu na wakacje, potem coraz bardziej splotły się nasze życia, a teraz staliśmy się rodziną - bo mamy wspólne dziecko.

Cieszymy się i już myślimy o tym co powinniśmy zrobić, jak zadbać o naszego synka... Co kupić, kiedy odwiedzić?

Słyszeliśmy kiedyś, że jeszcze się przekonamy - bo tak źle traktujemy ludzi. Zostawią nas wszyscy. Jesteśmy okropni, nienawistni.... Ktoś odszedł z naszego życia (oczywiście winni byliśmy my!). Los - tak jak zapowiadano nam - odwrócił się. Rodzina, którą mieliśmy stracić rozrasta się w niespodziewanym kierunku. 

Powiem Wam w sekrecie zawsze staraliśmy się być dobrzy, dążyć do zgody i porozumienia. Z niektórymi się nie da. Co los zabrał oddał po stokroć. I tak po cichutku mamy nadzieję, że wcale nie jesteśmy tak bardzo źli. 

I dziękujemy - Panu Bogu i dobrym ludziom, którzy nas otaczają, że mają nas w opiece.

I dumni jesteśmy - pierwszy wspólny syn! (no bo ja sama mam już jednego chrześniaka, co jego i jego braci uwielbiamy do granic możliwości).

piątek, 17 października 2014

ŻÓŁTA TABLETKA czyli o miłym kontakcie z literaturą, bardzo znajomej autorki, bardzo zaległy wpis, który jednak musiał się pojawić

Książkę tą wygrałam w konkursie walentynkowym, nie takim zwykłym konkursie, bo organizowanym przez samą Autorkę. Znacie Annę Sakowicz? 
Nie czytam zbyt wiele ostatnio i trochę żałuję tego, a na literaturze się nie znam wcale. Kontakt z językiem pisanym ograniczam raczej do blogowania. I to właśni przyniosło "blogową znajomość" z Autorką tej książki. Krótkie teksty które umieszcza na SWOIM BLOGU - KURA PAZUREM są czasem lekkim, dowcipnym komentarzem do otaczającej rzeczywistości, czasem dość ostrą satyrą, a czasem poważnym felietonem uderzającym w sprawy bolesne i ważne. Ma Kobieta styl pisania nie do podrobienia.
I to się i w tej książce czyta.
A czyta się, czyta z zapartym tchem.
W "Żółtej tabletce" kolejne opowiadania, nieco fantastycznie przenoszą człowieka w zakamarki duszy - własnej? Autorki? - trudno stwierdzić. Człowiek śmieje się, żeby potem skrzywić się w przerażeniu, gdy niewinny kot dokonuje żywota na oczach dziecka, albo ktoś zupełnie sympatyczny już nigdy nie przypomni sobie kim jest (tak, te dwa opowiadania wywarły na mnie piorunujące wrażenie, ze względu na puentę, której się nie spodziewałam). Przeważnie jednak jest pozytywnie, pogodnie, chwilami troszkę z pieprzem. Na pewno ciekawie.
Co mnie jeszcze przeraziło - w szalonych bohaterkach i bohaterach odnajdywałam samą autorkę. A tak spokojnie wygląda na zdjęciach i w wywiadach... Czyżby były to tylko pozory?
Kolejna książka Anny Sakowicz jest już dostępna w sprzedaży (i w końcu ją dorwę i przeczytam od deski do deski). ZŁODZIEJKA MARZEŃ - to jest ten tytuł. Tą nagrodę kupię sobie sama - za grzeczność na stażu mi się należy (jak głupio by to nie brzmiało).

Jeszcze raz Aniu dziękuję za książeczkę, przeczytana była niezwłocznie po otrzymaniu, ale tylko napisanie tych słów się odwlekało.
Nie silę się nawet, żeby udawać, że to recenzja, bo ja o literaturze wiem niewiele.
A co do recenzji - to jest LEPSZE MIEJSCE żeby je czytać, DRUGI BLOG ANNY SAKOWICZ.

Polecam!




liczne zderzenia z rzeczywistością czyli jesienne myśli o szczęściu

Zderzam się z rzeczywistością. Boleśnie? Raczej nie...
Odkrywam prawdy oczywiste i tak bardzo się dziwię, że to wszystko jest tak banalnie proste.

PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ.

NAJWAŻNIEJSZE ŻEBY W DOMU BYŁA MIŁOŚĆ I SZACUNEK.

Znowu stoję w miejscu gdy inni biegną przed siebie. Zdobywają szczyty świata. Ja wybrałam coś innego. To największa radość w życiu. Proszę Boga nie tylko o Swoje Szczęście, ale i Szczęście Innych, bo wiem, jak rozrywająca bywa utrata. A każdy dzień to nadzieja i radość.

I marzenia głośno nie wypowiedziane, radości z którymi czeka się długo zanim obwieści się je całemu światu.

I CZEKANIE.

W niedzielę zostaniemy rodzicami chrzestnymi. Oboje. Ja i mąż.
D. jest dzieckiem wyczekanym i wymodlonym przez Rodziców Swoich. W jakiś szczególny sposób i my jesteśmy obecni w jego życiu - jeszcze zanim się urodził. Teraz ma już miesiąc. Zdrowy, chyba szczęśliwy (raczej się nie skarży) przyniósł na świat radość i nadzieję.

Czekamy dalej. I na dziecko Kuzynów, o którym pisałam jeszcze na diabelska.blogspot.com - nie ustajemy w zabobonnym ściskaniu kciuków i paciorkach, które niech mają moc. To dziecko przyniosło i nam radość. Myślałam, że tylko osuszy nasze łzy... Okazało się pierwszym wiosennym promieniem słońca, który ożywił świat (chociaż późna wiosna to już była). Nasz świat też.

Każdy dzień, tydzień, miesiąc... Byle do Bożego Narodzenia. Potem jeszcze chwila.Trochę wiary, nadziei...
Bo miłość jest. I niech będzie na zawsze.

CZEKANIE.

Czasem cuda są tak blisko i są tak wielkie, że choć serce wyrywa się, aby o nich krzyczeć, to gdzieś jest obawa, że spłoszą się. Dlatego tylko szeptem o nich mówię. Choć powoli życie podporządkowuje się nowym regułom i czasom.

JEST DOBRZE, BĘDZIE LEPIEJ....

 Nie mamy większego mieszkania jak zakładaliśmy jeszcze niedawno, nie zrobię w najbliższym czasie kariery, samochodu chyba też nie kupimy.

A gdy zbieramy kasztany i brodzimy w szeleszczących liściach jesteśmy BOGACI JAK KRÓLOWIE.

I NICZEGO NAM NIE BRAKUJE.

piątek, 26 września 2014

nie paddawaj się, bo głupi mają szczęście

W sobotę pobiłam rekordy własnej głupoty. Miałam egzamin (ten słynny, ważny LEK). Wyszłam z domu godzinę wcześniej, wsiadłam w tramwaj i dopiero po chwili zorientowałam się, że jest zmiana komunikacji i nie dojadę nawet w okolicę miejsca egzaminu.
Bieg po mieście.
Poszukiwanie taksówki i miłego pana taksówkarza, bo w sakiewce tylko 20 złotych.
Myśli:
-A może biec... Nie, nie dam rady...
-A może zrezygnować, przecież mam już zdany, a uczyłam się za mało, żeby jakoś super poprawić...
Jednak biegnę, szukam taksówki. Po prawie dwóch kilometrach pieszo wreszcie znajduję.
Pan Taksówkarz (który był wspaniały) zawiózł mnie do odpowiedniego miejsca, jeszcze salę konferencyjną pomógł znaleźć na ogromnym obiekcie (wyszłam z domu na tyle wcześniej, że gdyby tramwaj tam dojeżdżał miałabym zapas czasu na szukanie, a tak ledwo, ledwo, prawie...).
To egzamin państwowy - nie ma mowy o wpuszczaniu spóźnialskich.
Dobiegłam w ostatniej chwili.
Dostałam kartę odpowiedzi, usiadłam na swoim miejscu. Szczęśliwa, że udało mi się tu dobiec. Rozwiązałam test w połowie czasu na to przewidzianego. Nie skupiałam się nawet nad pytaniami cała w emocjach (ostatnio emocje we mnie są wielkie, ale nie z powodu egzaminu, jest ważniejszy powód, ale jeszcze nie zdradzę jaki). Oddałam, wyszłam bez wielkich nadziei, że poprawiłam swój poprzedni żałosny (aczkolwiek pozytywny wynik).
Wczoraj były wyniki. Poprawiłam, nie rewelacyjnie, ale całkiem przyzwoicie jest!