niedziela, 29 czerwca 2014

myśli nieogarniające, marzenia i nadzieje drżące

To jest moje małe niebo od zewnątrz. Każdy dzień, to radość, miłość nadzieja.
Ps. Jak dobrze mieć miejsce takie jak to, gdzie myśli można owinąć ozdobnie w bawełnę i chcieć czy nie chcieć, nie music się z nich tłumaczyć. A i nie milczeć gdy chce się krzyczeć, zaiste - to jest mój kawałek podłogi.

poranne chwile do ukochania

Przytulam się do męża z rana, ale nie dochodzi do niczego więcej, bo za głowami słyszymy "cześć" i Ktoś bezceremonialnie gramoli się do naszego łóżka. Daje budzi mamie i tacie po czym wyskakuje z łóżka i pędzi do półki z książeczkami. Wybiera jedna (ulubioną) i pędzi znowu do łóżka, ale zmienia zdanie, kładzie na łóżku książkę, ale jeszcze tam nie wchodzi. Idzie do komody, bierze z niej moje okulary. Podaje mi je i dopiero teraz zajmuje miejsce pomiędzy nami na kanapie.
Śmieje się, przytula nas, po swojemu opowiada, słucha bajki...
Magia!

czwartek, 26 czerwca 2014

galeria kwiatowo-dzidziowo-radosna czyli ktosiu od schyłku zimy do początku lata (nie ułożone według kolejności)

Ktosiu w swoim ogrodzie.

Ktosiu w cudzym ogrodzie.

Zimowy Nasz Misiu na placu zabaw po raz pierwszy.

Zabawy artystyczne Ktosia i mamy.

Totalna, wiosenna radość. Trawnik a ląka.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

dziś prawdziwych sąsiadów (prawie) nie ma

Sytuacja sprzed dwóch tygodni. Jesteśmy u mojej Babci. Młoda buntuje się bo nie może czegoś dostać. Ostatnio to norma, że w takiej sytuacji zaczyna się szloch i spazmy. Dwulatki tak mają. My wiemy, że trzeba przeczekać, pozwolić jej się wykrzyczeć. Przecież zaczęliśmy trudny proces zwany wychowaniem. Chcemy jej dobra, jak najlepiej pojętego, więc wychowujemy. Nie krzyczymy, nie szarpiemy, nie spuszczamy lania, ale też nie ustępujemy. Nasze maleństwo w wyje jak mały kojot. Okno otwarte, bo ciepło. Nagle do drzwi dzwonek. Oczywiście Młoda natychmiast przestaje płakać, prosi żeby wziąć ją na ręce. Sąsiadkę wita z uśmiechem. 
-A bo krzyk słyszałam - tłumaczy się jakby ciut zawstydzona sąsiadka - myślałam, że młodzi dziecko pani zostawili. I coś się pani stało... Bo ja wiem, że przecież wy dziecka nie krzywdzicie, ale jakby się coś stało, to by człowiek sobie nie wybaczył... 

Wścibska sąsiadka?
Nie! Takich sąsiadów ze świecą szukać. W małych kamienicach już tak jest. Wszyscy się znają "od zawsze"... Lubią się raz mnie, raz bardziej, ale są dla siebie ludźmi.

A tą sąsiadkę wspominam najbardziej z naszych pogaduszek na strychu, przy wieszaniu prania zimą. Mówiłyśmy o pogodzie. Tyle i aż tyle. Było wesoło, palce grabiały, prawie ciemno, bo światło na strychu liche. I trzeba było uważać gdzie się staje, żeby nie wpaść w dziurę w podłodze.

Czasem tęsknię do klimatu kamienicy, tej wilgoci i chłodu. 

się pochwalę, a jak!

Bo ja mam znakomity gust...
Może nie do kwiatów, wystroju wnętrz, makijażu, ani ciuchów...
Ale za to - w najważniejszych sprawach ja się nie mylę.
Świetnego Ojca wybrałam swoim dzieciom! A jak!
O ile męża (tudzież chłopa) nie należy chwalić za życia (tak jak dnia przed nadejściem nocy) - i chwalić męża nie będę, to z całą stanowczością mogę powiedzieć, że "Tatuś się udał" :).
Zaraz wróci z pracy i dostanie dwie białe czekolady, swoje ulubione. Córkę mu tylko obudzę, bo teraz zbiera dziecina siły na świętowanie. W końcu Dzień Ojca dziś, niech się sobą nacieszą!

sobota, 21 czerwca 2014

ogrodniczka kocha kwiaty, niezależnie od pogody, a my zajmujemy się nią jak wiewórką

Czy w upał...

Czy w deszcz...


Czy gdy słońce już zachodzi...
*Rozmowa olbrzymów w filmie "Kot w butach". Jeden z filmów, na które poszłam z mężem do kina w erze "przedwiewiórkowej". 
I będziemy się Tobą opiekować jak wiewiórką.*

wojna to czekanie, życie to czekanie

W jednym z moich ulubionych seriali/filmów ("Nasze matki, nasi ojcowie") pada zdanie, że wojna to czekanie. Ja nigdy nie będę tak śmiała, żeby przyrównać swoje życie do wojny, ale całkiem trafionym wydaje mi się przeniesienie tego porównania dalej.

ŻYCIE TO CZEKANIE.

Czas przynosi odpowiedzi na wszystko.
A nam zostaje tylko wiara, że będzie dobrze.


środa, 11 czerwca 2014

poruszająca brzydota i barokowy przepych - przychoanaliza oparta na roślinach balkonowych

Gdybym miała określić co mnie fascynuje i definiuje byłoby to właśnie poruszająca brzydota i barokowy przepych. Jakkolwiek by tego nie rozumieć. Nawet jak patrzę na balkon - roślinność mojego własnego projektu i pomysłu - widzę, że coś w tym jest. Tak brzydkie, że aż piękne, tak piękne, że okropne.
Nie, żartuję... Te przemyślenia są zupełnie na inny temat, moje kwiatki są całkiem sympatyczne. Nieskromnie w ten pretensjonalny, wysublimowany sposób, barokowo przesadzony i ohydnie prostaczy pragnę się nimi pochwalić. 

Mieszanka kwiatów wabiących motyle wraz z mieszanką do skalniaków,
oczywiście wymieszanie, trochę gęsto nasiane ale rośnie.
No i oczywiście "stylowa" i "super modna" lampka solarna za 3,50 z OBI
(były tańsze, ale ja chciałam srebrną nie czarną).

Te same zaawansowane agrotechniczne uprawy, tym razem od zewnątrz.
Tak, wyglądają jak chwasty.
Nie, nie mam pojęcia co to za gatunki.

Groszek pachnący jeszcze niepachnący, nawet nie ukwiecony.
Zdjęcie robiłam trzy dni temu, obecnie urósł prawie o połowę.
Dalej nie kwitnie.

Donica po choince. Tam lampki tego jestem pewna.
Całej reszty już nie.
Gdzieś tam mają być frezje.
Niektóre roślinki to wynik wytrzepywania torebek po mieszankach kwiatowych.
Ot tak, żeby się nie zmarnowało.
Za gęsto, za dużo, raczej bez sensu.
Ale jest fascynujące obserwować co po kolei zaczyna kwitnąć.
I jak. Dla mnie to nie mniejsza niespodzianka niż dla Młodej.




Oto mój BAROKOWY balkon PORUSZAJĄCY PRZEPYCHEM i oscylujący na granicy kiczu (czy też BRZYDOTY). Mimo gęstego nasiania, wsadzenia i nieodpowiedzialnej kompozycji poszczególnych elementów nie boję się jednak, że mi wszystko zmarnieje. Wbrew wszystkiemu, mam tak zwaną "rękę do kwiatów" i choć ich nie lubię, często krzywdziłam je naumyślnie - gdy moja mama chciała abym zajęła się jej balkonowym ogródkiem lata już temu - to nigdy kwiat mi nie zmarniał. Wręcz przeciwnie czym okrutniej je traktowałąm tym bardziej rosły jak szalone.
Jeśli Młoda kochająca kwiaty, będzie miała "rękę" po mnie i ochotę liznąć trochę wiedzy to ma szansę naprawdę hodować ciekawe rzeczy. O ile będzie tylko chciała.
Na razie podlewa i zrasza wszystko zawzięcie, krzycząc "kiaty, kiaty" i śmiejąc się tak radośnie, że nie groszek pachnący, ale mi serce rośnie.

głupota ludzka to okrucieńtwo nie do zaakceptowania

Dziecko w samochodzie? Tatuś zapomniał?
Co to za brednie...
Nie ma we mnie ani krzty tolerancji, ani zrozumienia... 

Nie jestem idealnym rodzicem, popełniam błędy i rozumiem, że i inni mają do nich prawo, ale są rzeczy, których nie da się usprawiedliwić.
Bo co?
Zmęczony, zamyślony, przepracowany?
A może to tylko głupota była?
I przez głupotę dziecko straciło życie...

Najgorsza kara już spotkała tego człowieka, ale ja nie współczuję mu głupoty, a jedynie życia, które teraz będzie wiódł. I czym dłużej żyję, tym mocniej twierdzę, że nie wszyscy dzieci mieć powinni.
I jeszcze - jeszcze jedno - głupoty nie można tłumaczyć, próbować usprawiedliwiać - zbyt wiele pobłażania dla pewnych zjawisk prowadzi do tragedii.

Chociaż trudno porównywać te dwie sprawy, to jednak od czasu słynnej Katarzyny W nie denerwowałam się tak bardzo oglądając wiadomości, czytając internetowe doniesienia.

Nie sądzę nikogo, ale przeżywam to zbyt mocno, zbyt dosłownie... A czasem człowiek obserwuje w otoczeniu jakąś pseudosielankę i wie, "że ta bajka skończy się źle", ale nie ma sposobu żeby temu zapobiec!

wtorek, 10 czerwca 2014

perspektywy myślenia - marzenia może nie zawsze powodują raka i choroby serca

Boję się o siebie samą bo zaczynam marzyć i wierzyć w spełnienie marzeń. Czym większe radości tym boleśniejsze rozczarowania. Łatwiej uwierzyć w spełnienie marzeń innych i żyć w swojej codzienności.
Miła perspektywa PERSPEKTYWA nieba.

Prozaicznie - w domu wszystko wywrócone do góry nogami, względny nieporządek, praca inżynierska mężowa nabiera już pewnych kształtów, Młoda ząbkuje znów (ach, nadejdźcie już piąteczki i nie dręczcie mojego dziecka), czasem buntuje się, ale za chwilę z uśmiechem leci do ściany z kredką. A to przytula się mała Małpka i nie chce iść przed siebie, a wisi na swej matce jak afrykańskie dziecię.
I tylko ja nie umiem wyartykułować czego chcę. Ale daję sobie czas do 1 lipca. Na myślenie.

I już wcale nie denerwuje mnie, że jestem tylko gdy jestem potrzebna i komponuję się w obrazek, i znikam gdy czas na przyjemności. Cóż - kiedyś właśnie ta osoba mówiła mi, że miłość jest na całe życie,a  przyjaźń tylko na teraz. Nie wiem czy teraz nie minęło bezpowrotnie. Rozminęłyśmy się dawno temu.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

u pani domu bardzo dalekiej od perfekcji wieczory pachną maciejką

Umówmy się, maciejka to nie jest piękny kwiat, ale ma dużo uroku.
No i cieszy zapachem. Na wieczór kwiaty się rozwijają i wszędzie unosi się woń
podobna do wanilii. Zapach lata.
 

I nie ważne jak straszną jestem panią domu
(no co ja poradzę na to, że nie lubię porządków i gotowania),
jakim leniwym ogrodnikiem
(gdyby nie Młoda żadnych kwiatków by nie było),
to jednak maciejka rośnie, cieszy, pachnie...

niedziela, 8 czerwca 2014

sobota - wycieczka do doliny śmierci - Fordon, Bydgoszcz

Dolina Śmierci w Bydgoszczy nieopodal Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Męczenników, nie tylko miejsce kaźni i pamięci, ale jeden z najpiękniejszych znanych mi terenów spacerowych w Bydgoszczy.

Tam już kończy się Bydgoszcz i gdy wejdzie się na "Górki" widać kilka osiedli. Nasze domy rodzinne. Miejsca, w których dorastaliśmy.

Takie zwykłe, takie prawdziwe miejsca. Piękne!

piątek, 6 czerwca 2014

moje dziecko nie rysuje po ścianach - zdanie aktualne do zeszłego tygodnia

Naturalną konsekwencją zakupu kredek świecowych zdaje się być pojawienie się w domu nowego wzornictwa malowideł ściennych młodego artysty.
Chyba powinnam się o to wkurzać, ale bardziej śmiać mi się chce. I prosić Pana Boga, żebym zawsze miała tylko takie problemy z Młodą.
Nie mogę się zebrać nawet, żeby zetrzeć co się da, wyczyścić... Czy też widzicie tam zarys połówki serca w tle?
I chociaż zabraniamy jej, upominamy, ciągle podchodzi tam podstępem, nie wiadomo skąd właściwie mając kolejną kredkę.
Ja się cieszę chyba - bo i charakter ma, i zdolności, i zaradna jest, bo wyprowadza nas w pole. I szczęśliwa, bo nauczy się od nas nie przejmować pierdołami. Tak mi się zdaje przynajmniej.

Arcydzieło prawdopodobnie pod tytułem "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz".

czwartek, 5 czerwca 2014

ambiwalencja

Chcę intensywnie pracować, uczyć się, robić karierę. Być super wysportowaną, super atrakcyjną kobietą.
Zapomnieć o wielu rzeczach. Nie myśleć. Działać.

Chcę teraz i tu nie chudnąć a wręcz przeciwnie, powiększyć nie tyle swoją masę co stan osobowy. Kochać, przytulać, całować. Delektować się chwilą.

I tak naprawdę czego chcę, nie wiem. Dobrze jest tak jak jest, ale tkwię w jakiejś byle jakości własnej osoby (bo Rodzinę - męża i córcię mam wspaniałych i to nie ulega wątpliwości), własnych myśli. Zbyt tchórzliwa, żeby podjąć decyzję co dalej i zmusić się do działania. Naiwnie twierdząc, że samo się to jakoś ułoży.

Nie ułoży się samo. Trzeba się zabrać za siebie. Ustalić priorytety.

Kochana Matko Kubiczkowa, to nie wpis o nienawiści własnej, a miłości właśnie - próba poukładania się z samą sobą.

środa, 4 czerwca 2014

nie-niekonstruktywna samokrytyka

Mam chyba wygląd poczciwego, zezowatego kundla o tępym spojrzeniu (a z nadwagą)... Atrakcyjni ludzie miewają atrakcyjne możliwości, jakoś chyba do nich nie należę.

Do tego jestem bajecznie naiwna i prostolinijna. Frajerzę się co krok.

Dwie powyższe wątpliwe zalety sprawiają, że nie skaczę z radości na myśl o tym moim nowym stażu.

Czym jednak w życiu lepiej tym gorzej, a czym gorzej tym lepiej. Pokrętność tej myśli wskazuje, że za rogiem czeka na mnie coś wspaniałego. Wierzę w to grzejąc się przy szczęściu innych i bardziej wkurzając się niż smucąc na pewne fakty.

Jutro nowy dzień, jesteśmy wszyscy w moim małym nieniebie zdrowi, to najważniejsze.

Spotkałam dziś koleżankę ze szkoły. Jej Córcia kończy rok dziś właśnie. Czas leci. W tym roku mija już dziewięć lat od matury. Życie tak szybko nam przelatuje między palcami. A wszyscy w tym kegu szczęścia wielkiego, strachu, zdrowia i choroby jak zaklęci krążymy. I czy ktoś znajomy czy obcy, jest obcym i znajomym jednocześnie, zupełnie pomieszały się bliskość i dalekość relacji, chociaż o obojętności nie ma mowy.

niedziela, 1 czerwca 2014

dzień spełnionych marzeń

Każde dziecko to spełnione marzenie. Mniej lub bardziej świadome, nie zawsze tych rodziców, którzy dali życie... Czasem sprawa jest bardziej skomplikowana. Tak czy inaczej dziecko, nowe życie, człowiek, niezależnie od tego jak mały jest, JEST CUDEM!

DZIEŃ CUDÓW, tak można byłoby mówić o dzisiejszym święcie.

"Cześć", które usłyszałam gdy brałam prysznic rano, a Młoda niepostrzeżenie wmaszerowała do łazienki. To cud. 

Jej zachwyt gdy oglądała książeczki o pociągu, karetce i wozie strażackim oraz puzzle (takie dla malucha), gdy mówiła "osi, osi", co znaczy otwórz mi to proszę (albo coś takiego) to cud.

Jej śmiech i słodkie minki w kościele, a nawet bunt na spacerze to cud.

Zabawy na huśtawce, podlewanie kwiatków to wszystko cuda.

I to, że my jesteśmy zawsze dziećmi swoich rodziców, jakby dziwnie i trudno się nie układało to cud.

Co znaczy dla mnie to słowo? To coś co na logikę nie ma powodów, żeby się zdarzyć, a jednak jest, powtarza się.

Jutro ostatni dzień stażu na pediatrii, jakie szczęście, że dostałam od mojej mamy metrowaca i nie muszę sama piec żadnego ciasta. Taki jest zwyczaj stażysta dziękuje reszcie zespołu za naukę przynosząc coś słodkiego. Trochę formalności i kolejny staż. Październik zbliża się nieubłaganie, potem trzeba będzie zacząć pracę "dorosłego lekarza" i poszukać posady na najbliższe lata.

Ale póki co mamy dzień dziecka. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO WSZYSTKIM!

mój jest ten kawałek podłogi

Mogę robić co chcę. Marzyć o czym dusza zapragnie. Kochać kogo mi się podobać. Obdarzać obojętnością (bo uczucia nienawiści nigdy nie udało mi się zrozumieć i poznać) kogo uważam za stosowne.
Mogę chcieć, mogę mówić, mogę nie udawać, że to nie ja...

Nie robię niczego złego. 
Nie krzywdzę nikogo.
Nie wciskam się z buciorami w życie innych ludzi. 
Jestem tu i teraz. Jestem Nieanielica. 
" Mój jest ten kawałek podłogi,
Nie mówcie mi więc, co mam robić!"

 Kawałek podłogi. Tak czasem potrzebny. Na podłodze uczyłam się prawie całe studia. Nie z musu, a wygody... Poobkładana książkami, czasem w towarzystwie.
Był dywan w pokoju mojej babci, stary parkiet na Reja, gdzie na pierwszym roku wynajmowała pokój koleżanka (właściwie najlepsza przyjaciółka, nie wróć, siostra, ale rodzona, taka spotkana przypadkiem).
Potem dywan z długimi włosami, też u niej. Wgramolałam się tam z ogromnym brzuchem. Jadłyśmy truskawki.
Zawsze przed letnią sesją były truskawki.

Dziwnie podłoga i truskawki zawsze będą się mi kojarzyć z młodością, której znaczna część upłynęła na nauce, właściwie zakuwaniu do zaliczeń i egzaminów.
Wiele bzdur się uczyłam, ale tak wiele rzeczy przydaje się i nawet żałuję, że uczyłam się tak mało.

Dziś na podłodze bawię się z Córą. I mamy w małym pokoju tą wykładzinę w ulicę, która mnie cieszy jak dziecko.

To moje mieszkanie, moje życie, moja rodzina. Mój kawałek podłogi.

wigilia dnia dziecka

Wino różowe Kadarka.
Ser pleśniowy Błękitny Lazur.
Zbliżała się północ.
Młoda spała.

A my w dużym pokoju, jak na randce przy świetle lampki nocnej i światełek z balkonu przeżywaliśmy nasz wieczór, nasz dzień, nasze życie.

Tak mało, tak wiele do szczęścia jest potrzebne.