piątek, 4 lipca 2014

i znowu zdała, choć wcale się nie uczyła, nawet oczu nie otworzyła, tylko stęknęła

Gdy zdawałam dwa lata temu ostatni egzamin na studiach (25 czerwca 2012 - tak mam nawet na dyplomie napisane) moja Córcia była ze mną. W brzuchu.
A ten brzuch był ogromny - wyglądało, że zaraz już będę rodzić, a przechodziłam z nim do terminu i jeszcze trzy dni, urodziła się 4 września. Tak czy inaczej ostatnie pół roku studiów towarzyszyła mi na wszystkich egzaminach i zaliczeniach. Śmiałam się później, że ostatni semestr to powinni jej zaliczyć jak tylko dostanie się na studia.

A przyśniło mi się kiedyś, że byłam matką "tej słynnej psychiatry Młodej Nieanielicowej". Miała wtedy 4 dni wieku a ja bałam się, że nagle przestanie oddychać, budziłam się cała w nerwach i cały czas nasłuchiwałam jej oddechu. Jednak gdy mi się to przyśniło to myślałam: "Córuś, jak zrobiłaś speckę, studia skończyłaś to i dzieciństwo przeżyłaś spokojnie. Mogę spać!". Od tego czasu spałam spokojnie, ale myśl, że i ona zrobi tą głupotę i pójdzie na medycynę wydaje mi się bardzo realna (chociaż jeśli zostanie florystką czy też ogrodniczką, a będzie szczęśliwa, to ja też będę puchnąć z dumy i niczego nie będę żałować - byle była szczęśliwa).

Tak czy inaczej zaliczone ma egzaminy z ginekologii, z laryngologii, medycyny rodzinnej, medycyny sądowej, urologii, chirurgii i jeszcze paru przedmiotów.

Wczoraj znowu udało jej się podnieść stopień edukacji i to całkowitym przypadkiem. Mąż mój miał urlop jednodniowy, bo przed południem miał iść na ostatnie brakujące zaliczenie. Niestety pan magister, u którego zaliczał musiał pilnie jechać do Torunia. Umówili się więc na popołudnie. Ja popołudniu szłam z Babcią do okulisty. Babcia słabo widzi i wspiera się laską, miałyśmy jechać tramwajem, więc wolałam Bąbla nie zabierać, bo Babuni potrzebna była troska i uwaga (nie to, żeby była niepełnosprawna już tak całkiem, ale jak to Babcia, denerwowała się wizytą w poradni).

To wiszące zaliczenie - ostatnie, z ostatnich - było już jak ropne zakażenie skóry poniżej pleców (wrzód na d...e innymi słowy), więc Mąż mój postanowił - Mysza idzie z nim zaliczać. Wziął nosidło, wsadził tam dziecko i popędził do pana magistra. Dzieciątko zasnęło już w autobusie. Zdziwienie pana magistra było duże, zaproponował nawet inny termin, ale bez problemu zgodził się przepytać Męża Mego.
Mąż wiedział, bo nieco wie o przedmiocie, z którego odpowiadał (bodajże to budowa pojazdów mechanicznych) otrzymał czwórkę. Młoda nawet się nie obudziła. Stęknęła sobie tylko ze dwa razy.

Po zaliczeniu podjechali moi studenci (jeden duży, drugi mały w nosidełku) po nas do szpitalnej poradni i wszyscy jeszcze odprowadziliśmy Babcię do domu.

I niech mi ktoś powie, że dziecko czemukolwiek wadzi, cokolwiek utrudnia... I że bez samochodu się nie da żyć ;).

7 komentarzy:

  1. Gratulacje! Ja ostatnio z małą latałam po Urzędach. Dostała tyle cuksów, że starczy jej na dwa lata....

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje! Ja ostatnio z małą latałam po Urzędach. Dostała tyle cuksów, że starczy jej na dwa lata....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci w wyzwalają zwykle w ludziach dobre emocje!

      Usuń
  3. OOO super super!!! Brawo! Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń

  4. gratulacje :))))

    i fajny wpis - :)

    OdpowiedzUsuń