piątek, 26 września 2014

nie paddawaj się, bo głupi mają szczęście

W sobotę pobiłam rekordy własnej głupoty. Miałam egzamin (ten słynny, ważny LEK). Wyszłam z domu godzinę wcześniej, wsiadłam w tramwaj i dopiero po chwili zorientowałam się, że jest zmiana komunikacji i nie dojadę nawet w okolicę miejsca egzaminu.
Bieg po mieście.
Poszukiwanie taksówki i miłego pana taksówkarza, bo w sakiewce tylko 20 złotych.
Myśli:
-A może biec... Nie, nie dam rady...
-A może zrezygnować, przecież mam już zdany, a uczyłam się za mało, żeby jakoś super poprawić...
Jednak biegnę, szukam taksówki. Po prawie dwóch kilometrach pieszo wreszcie znajduję.
Pan Taksówkarz (który był wspaniały) zawiózł mnie do odpowiedniego miejsca, jeszcze salę konferencyjną pomógł znaleźć na ogromnym obiekcie (wyszłam z domu na tyle wcześniej, że gdyby tramwaj tam dojeżdżał miałabym zapas czasu na szukanie, a tak ledwo, ledwo, prawie...).
To egzamin państwowy - nie ma mowy o wpuszczaniu spóźnialskich.
Dobiegłam w ostatniej chwili.
Dostałam kartę odpowiedzi, usiadłam na swoim miejscu. Szczęśliwa, że udało mi się tu dobiec. Rozwiązałam test w połowie czasu na to przewidzianego. Nie skupiałam się nawet nad pytaniami cała w emocjach (ostatnio emocje we mnie są wielkie, ale nie z powodu egzaminu, jest ważniejszy powód, ale jeszcze nie zdradzę jaki). Oddałam, wyszłam bez wielkich nadziei, że poprawiłam swój poprzedni żałosny (aczkolwiek pozytywny wynik).
Wczoraj były wyniki. Poprawiłam, nie rewelacyjnie, ale całkiem przyzwoicie jest!