piątek, 5 września 2014

misiowa mama, czyli własne dziecko bije mnie w kobiecości na głowę

Młoda dostała od Niani na urodziny wózeczek dla lalek. Spacerówkę. I wodzi tam bez opamiętania swoje dwa misie. Jeden to najulubieńszy, najważniejszy, pierwszy. Drugi zdobyczny, z przychodni, dostała po szczepieniu (pani pielęgniarka pewnie pozbywała się zabawek po własnych dzieciach). Wodzi je na raz, razem w wózku i informuje głośno, że to jej "dzieci".

Całujemy Ją po stopach i dłoniach. A ona całuje tak misie. Nie raz poddaje nam i misiową stopę do pocałowania. Uwielbia mieć spineczkę z kokardą na swoim łepku, kapelusik i torebkę gdy wychodzi z domu (torebek to ma na pewno więcej ode mnie). Uwielbia czesanie, apaszkę na szyi i bezbarwny balsam na ustach.

A ja ciągle jestem pod wrażeniem. Skąd to u niej?

Ja, no cóż - w dzieciństwie budowałam więzienia dla lalek, na misiach przeprowadzałam eksperymenty medyczne, miałam ogromną kolekcję resoraków. Gardziłam kolorem różowym.

Do dzisiaj czasem związuje włosy zamiast czesać, a maluję się jak mi się przypomni, raczej od święta.

Pobiła mnie bez dwóch zdań w kobiecości. Dwulatka!

6 komentarzy:

  1. Wspaniałe są dwulatki i dwulatkowie. Najsłodzieńsze i najcudniejsze ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Ma ten instynkt kobiecy, to takie naturalne, zwierzęce aż:) mała pannica:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest niesamowite, że pewnych rzeczy nie trzeba uczyć - one po prostu są w dziecku zakodowane.

      Usuń
  3. No i skąd się to bierze? Mój 2,5 letni syn namiętnie kopie piłkę. trzy-m.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń