wtorek, 28 października 2014

łazik miejski, czyli stworzyliśmy potwora

Uwielbiamy spacery. Wszystkie. Bliskie - po osiedlu, do marketu, na "górkach w Fordonie", po starym mieście w Bydgoszczy, po Toruniu, po Kętrzynie (gdzie byliśmy raz, ale było wspaniale), nad morzem (tak bardzo chcemy tam jeszcze pojechać), po Londynie (to w czasach narzeczeńskich i wcześniejszych), w Borach Tucholskich, przed siebie, w nieznane.

Dobrze się składa, że to lubimy, bo nie mamy auta i pieniędzy na drogie rozrywki, więc uwielbienie dla spacerowania wpisuje się w naszą sytuację życiową i ekonomiczną bezbłędnie.

Gdy urodziła się Młoda niewiele się zmieniło. Zależnie od pogody zmienialiśmy tylko jej kreacje i na początku wystrój gondoli. Potem odkryliśmy nosidło i wyciągaliśmy ją bezlitośnie w dłuższe i krótsze trasy. Szybko pożegnaliśmy się z wózkiem (wózek jeśli jest obecny to raczej Młoda pcha swój mały wózeczek z misiem). W kącie naszej przepastnej kuchni stoi złożona spacerówka, ze względu na nianię i na wszelki wypadek, my już chyba nie umiemy jej używać. Młoda zresztą chodzi chętnie, wspomagamy się nosidłem, ale nie często.
Ostatnio gdy je widzi, mówi "łapkę, łapkę" co oznacza, że chce pójść za rękę. 

Zdarza jej się co prawda dokończyć spacer na rękach Tatusia śpiąc, ale to tylko w wyjątkowe szare i jesienne popołudnia. Zresztą - śmiesznie wygląda duży dwulatek (bardzo wysoki jak na swój wiek) w skafanderku i ciepłej czapie wtulony buzią w ciemny płaszcz ojca i leżący w jego ramionach bezwładnie, a spokojnie, uśmiechający się bezwiednie.

Gdy sami zaczynaliśmy łazikowanie z Młodą, część rodziny tego nie rozumiała - takie dziecko potrzebuje wózka, w wózku wygodniej - grzmiała moja mama. Ja wózka serdecznie nie lubię. Dźwignąć dziecko i nieść je na rękach to żaden dramat, ale wózek plus dziecko to mnie przerasta czy przy wejściu do autobusu czy na półpiętro do wejścia naszej klatki schodowej. Gdzieś tam z tyłu głowy mieliśmy jednak pytanie czy nie krzywdzimy Młodej, bo przecież robimy zupełnie inaczej niż widzimy w koło (swoją drogą czterolatek w wózku to mnie przeraża chyba jeszcze bardziej).

Wczoraj okazało się, że stworzyliśmy potwora.
Codziennie (albo prawie codziennie) odwiedzamy moją Babcie. Często łączymy to z dłuższym lub krótszym spacerem. 

Wczoraj myśleliśmy, że o ósmej wrócimy prosto do domu (mamy jakieś dziesięć minut spaceru odległości tam), ale gdzie tam! Młoda płaczem, brakiem współpracy usilnie przekonywała nas, że coś jej nie pasuje. Gdy w końcu zapytaliśmy się jej o co chodzi, pokazała palcem na przejście dla pieszych na rondzie i rozkazująco powiedziała "tu". Chciała się przejść i przy okazji popatrzeć na tramwaje, które tak uwielbia. Teraz zmieniły one swoją nazwę na "mambaj", ale cieszą ją równie mocno. Młoda mówi po swojemu jeszcze bardzo, ale cieszy się gdy my z nią o tych tramwajach rozmawiamy. Mówimy a ten jest taki, a ten taki, a ten podobny do tego twojego. Lubi rozmawiać jak my. I łazikować. Weszliśmy do marketu (niechętnie, bo przed końcem miesiąca trzeba trzymać się za portfel), ale kupiliśmy tylko jedną rzecz - bagietkę. Młoda oczywiście chciała ją nieść, a potem jeść jak najszybciej. Wolniutko wróciliśmy do domu, zajadając się promocyjnym, marketowym pieczywem i ciesząc się tą małą atrakcją w postaci spaceru. Do domu dotarliśmy koło dziewiątej dwadzieścia, zadowoleni. Nie raz sami podejmowaliśmy spontaniczne decyzje "a może się przejdziemy", ale pierwszy raz to Młoda była pomysłodawcą spaceru, nocnego, miejskiego, jesiennego.

To wspaniałe i przerażające zarazem jak wiele ma z nami wspólnego nasze dziecko.

poniedziałek, 27 października 2014

mamy syna wspólnego choć nie musiałam go urodzić - najpiękniejsze prezenty od losu to te niespodziewane

Tydzień temu w niedzielę zostaliśmy rodzicami. Chłopca. Mały De ma już 6 tygodni, ale synem naszym jest od 1 tygodnia. Wspólny Chrześniak, pierwszy syn! Wymarzony i wymodlony. Przez własnych rodziców, a i przez nas. Dobrzy znajomi zaprosili nas rok temu na wakacje, potem coraz bardziej splotły się nasze życia, a teraz staliśmy się rodziną - bo mamy wspólne dziecko.

Cieszymy się i już myślimy o tym co powinniśmy zrobić, jak zadbać o naszego synka... Co kupić, kiedy odwiedzić?

Słyszeliśmy kiedyś, że jeszcze się przekonamy - bo tak źle traktujemy ludzi. Zostawią nas wszyscy. Jesteśmy okropni, nienawistni.... Ktoś odszedł z naszego życia (oczywiście winni byliśmy my!). Los - tak jak zapowiadano nam - odwrócił się. Rodzina, którą mieliśmy stracić rozrasta się w niespodziewanym kierunku. 

Powiem Wam w sekrecie zawsze staraliśmy się być dobrzy, dążyć do zgody i porozumienia. Z niektórymi się nie da. Co los zabrał oddał po stokroć. I tak po cichutku mamy nadzieję, że wcale nie jesteśmy tak bardzo źli. 

I dziękujemy - Panu Bogu i dobrym ludziom, którzy nas otaczają, że mają nas w opiece.

I dumni jesteśmy - pierwszy wspólny syn! (no bo ja sama mam już jednego chrześniaka, co jego i jego braci uwielbiamy do granic możliwości).

piątek, 17 października 2014

ŻÓŁTA TABLETKA czyli o miłym kontakcie z literaturą, bardzo znajomej autorki, bardzo zaległy wpis, który jednak musiał się pojawić

Książkę tą wygrałam w konkursie walentynkowym, nie takim zwykłym konkursie, bo organizowanym przez samą Autorkę. Znacie Annę Sakowicz? 
Nie czytam zbyt wiele ostatnio i trochę żałuję tego, a na literaturze się nie znam wcale. Kontakt z językiem pisanym ograniczam raczej do blogowania. I to właśni przyniosło "blogową znajomość" z Autorką tej książki. Krótkie teksty które umieszcza na SWOIM BLOGU - KURA PAZUREM są czasem lekkim, dowcipnym komentarzem do otaczającej rzeczywistości, czasem dość ostrą satyrą, a czasem poważnym felietonem uderzającym w sprawy bolesne i ważne. Ma Kobieta styl pisania nie do podrobienia.
I to się i w tej książce czyta.
A czyta się, czyta z zapartym tchem.
W "Żółtej tabletce" kolejne opowiadania, nieco fantastycznie przenoszą człowieka w zakamarki duszy - własnej? Autorki? - trudno stwierdzić. Człowiek śmieje się, żeby potem skrzywić się w przerażeniu, gdy niewinny kot dokonuje żywota na oczach dziecka, albo ktoś zupełnie sympatyczny już nigdy nie przypomni sobie kim jest (tak, te dwa opowiadania wywarły na mnie piorunujące wrażenie, ze względu na puentę, której się nie spodziewałam). Przeważnie jednak jest pozytywnie, pogodnie, chwilami troszkę z pieprzem. Na pewno ciekawie.
Co mnie jeszcze przeraziło - w szalonych bohaterkach i bohaterach odnajdywałam samą autorkę. A tak spokojnie wygląda na zdjęciach i w wywiadach... Czyżby były to tylko pozory?
Kolejna książka Anny Sakowicz jest już dostępna w sprzedaży (i w końcu ją dorwę i przeczytam od deski do deski). ZŁODZIEJKA MARZEŃ - to jest ten tytuł. Tą nagrodę kupię sobie sama - za grzeczność na stażu mi się należy (jak głupio by to nie brzmiało).

Jeszcze raz Aniu dziękuję za książeczkę, przeczytana była niezwłocznie po otrzymaniu, ale tylko napisanie tych słów się odwlekało.
Nie silę się nawet, żeby udawać, że to recenzja, bo ja o literaturze wiem niewiele.
A co do recenzji - to jest LEPSZE MIEJSCE żeby je czytać, DRUGI BLOG ANNY SAKOWICZ.

Polecam!




liczne zderzenia z rzeczywistością czyli jesienne myśli o szczęściu

Zderzam się z rzeczywistością. Boleśnie? Raczej nie...
Odkrywam prawdy oczywiste i tak bardzo się dziwię, że to wszystko jest tak banalnie proste.

PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ.

NAJWAŻNIEJSZE ŻEBY W DOMU BYŁA MIŁOŚĆ I SZACUNEK.

Znowu stoję w miejscu gdy inni biegną przed siebie. Zdobywają szczyty świata. Ja wybrałam coś innego. To największa radość w życiu. Proszę Boga nie tylko o Swoje Szczęście, ale i Szczęście Innych, bo wiem, jak rozrywająca bywa utrata. A każdy dzień to nadzieja i radość.

I marzenia głośno nie wypowiedziane, radości z którymi czeka się długo zanim obwieści się je całemu światu.

I CZEKANIE.

W niedzielę zostaniemy rodzicami chrzestnymi. Oboje. Ja i mąż.
D. jest dzieckiem wyczekanym i wymodlonym przez Rodziców Swoich. W jakiś szczególny sposób i my jesteśmy obecni w jego życiu - jeszcze zanim się urodził. Teraz ma już miesiąc. Zdrowy, chyba szczęśliwy (raczej się nie skarży) przyniósł na świat radość i nadzieję.

Czekamy dalej. I na dziecko Kuzynów, o którym pisałam jeszcze na diabelska.blogspot.com - nie ustajemy w zabobonnym ściskaniu kciuków i paciorkach, które niech mają moc. To dziecko przyniosło i nam radość. Myślałam, że tylko osuszy nasze łzy... Okazało się pierwszym wiosennym promieniem słońca, który ożywił świat (chociaż późna wiosna to już była). Nasz świat też.

Każdy dzień, tydzień, miesiąc... Byle do Bożego Narodzenia. Potem jeszcze chwila.Trochę wiary, nadziei...
Bo miłość jest. I niech będzie na zawsze.

CZEKANIE.

Czasem cuda są tak blisko i są tak wielkie, że choć serce wyrywa się, aby o nich krzyczeć, to gdzieś jest obawa, że spłoszą się. Dlatego tylko szeptem o nich mówię. Choć powoli życie podporządkowuje się nowym regułom i czasom.

JEST DOBRZE, BĘDZIE LEPIEJ....

 Nie mamy większego mieszkania jak zakładaliśmy jeszcze niedawno, nie zrobię w najbliższym czasie kariery, samochodu chyba też nie kupimy.

A gdy zbieramy kasztany i brodzimy w szeleszczących liściach jesteśmy BOGACI JAK KRÓLOWIE.

I NICZEGO NAM NIE BRAKUJE.