sobota, 29 listopada 2014

bezsenność w mieście nad Brdą...

Znowu nie śpię. Ledwo po czwartej jest.

Myśli niespokojne rozpatrują wszystkie ciemne scenariusze, tych całkiem czarnych nie dopuszczając do świadomości...

Strasznie jestem śpiąca, ale już pół godziny przewracam się bez sensu z boku na bok... DLatego wstałam, włączyłam komputer i piszę. A teraz znowu włączę jakieś bzdury i szydełkując dokulam się do jakiejść bardziej rozsądnej godziny.

Czy to sobota na mnie tak działa?

Jakbym chciała, żeby to była końcówka lutego, a nie listopada. Nawet to Boże Narodzenie, na które czekam z utęsknieniem był za to oddała.

piątek, 28 listopada 2014

krótko i na różne tematy

1. Wczoraj po przypływie gotówki pogadaliśmy z Gwiazdorem o prezencie dla naszej Młodej. Będą klocki drewniane DABO, po weekendzie czekamy na kuriera.

2. Odpieluchowujemy dzielnie używając tetry, a od dwóch dni otulacza Milovia, domówiliśmy drugi. Na razie woli nosić otulacz niż cokolwiek innego.

3. Masakrycznie wolno idzie mi robienie kocyka dla Chrześniaka, trzeba się sprężyć. Przerabiam drugi motek, cztery jeszcze w szafie, zamówiłam dziewięć - bo tyle musi być co najmniej... Czekam na wiadomość, że mogę odebrać z poczty.

4. Szal dla mojej mamy już na szczęście kończę.

5. Młoda jest uparta jak osiołek, ale coraz mądrzejsza.

6. Gdy chodzi z wózkiem i misiem, co jakiś czas przystaje, nachyla się, całuje misia i idzie dalej.

7. Uwielbia oglądać koparki przy pracy.

8. Każdy czerwony samochód to "Zygzak", inny "Złomek", a duży "Maniek".

9. Nie... Dzisiaj muszę posprzątać mieszkanie... Nie...

wtorek, 25 listopada 2014

prezenty tym razem odwrotnie...

Ten kto troszkę tu czyta to co piszę to wie o mnie już na pewno to, że lubię robić prezenty. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek odniósł mylne wrażenie, że my tylko robimy prezenty. Wręcz przeciwnie! Jesteśmy ludźmi, którzy dużo więcej dostają niż dają. I potrafią to docenić. Nie będę pisać o uczuciach, przyjaźni, zainteresowaniu... Chcę tylko pokazać na zdjęciach kilka materialnych prezentów, które nieustannie sprawiają nam radość!
Obraz, który w rodzinie był od lat. Po Babci mojego Męża.
Chcieliśmy kupić taki sam, ale Kuzyn podarował nam swój.
Dostaliśmy go na ostatnią Wielkanoc.

Rękodzieło od Kuzynki, piękna bombka!

Prezent ślubny od sąsiadki, do której całe życie mówię "Ciociu".

Jeden z prezentów od Babuni na nowe mieszkanie. Kto był bez pralki, to wie jak cudowny to prezent!

Kwiatek.

Genialna książeczka od Koleżanki dla Młodej, dużo, dużo, zabawy...
Zebra imieniem Ebola, podarowana przez Koleżankę, przywieziona z Afryki!

Czekając na biały puch chce wprowadzić trochę porządku... I piszę o klockach drewnianych.

W domu mam bałagan. Nie tam od razu żeby taki tragiczny - miewałam gorszy już nie raz, ale czuję wielką ochotę, żeby wprowadzić trochę więcej zorganizowania.
Walczymy o nocnik. My wymyślamy metody, Młoda antymetody. Sprytne dziecko jest.
Prezenty prawie gotowe. Prawie podopinane na ostatni guzik... Duże wyprzedzenie? Gdzie tam... W tym roku to ja mam straszne tyły, zwykle wszystko przygotowuję wcześniej. Został tylko prezent dla Młodej. No i drobiazgi dla Kogoś Jeszcze (ale o tym kimś jeszcze nie będę pisać).
Zaczajam się na klocki drewniane, czekam do wypłaty i bach - zamówię bezzwłocznie - ale który zestaw, jakiej firmy, bukowe czy olchowe? Tego nie wiem. Natchnienie z tymi klockami przyszło niespodziewanie. A było to tak:
Moja Babunia, u której jest piec i która pali w piecu zauważyła jak bardzo moje dziecko chce bawić się drewnem, co sobie pod tym piecem leżakuje. Znalazła w szopie takie resztki, odpady po układaniu parkietu (mój dziadek, człowiek wielu talentów, brał się za różne prace dla swojego domu i domów zaprzyjaźnionych). Nierówne klepki parkietowe okazały się zabawką bardzo kreatywną i wciągającą dla mojego Dziecięcia a także Ojca jego. Trudno powiedzieć kto bawi się w z większym zapałem.
No i właśnie stąd pomysł z klockami. Oczywiście przeszukałam internety, zrobiłam rozeznanie... No i najchętniej kupiłabym z każdego zestawu po jednym, ale w tym roku obiecaliśmy sobie nie szaleć. Ma być prezent, a nie kupa prezentów. Z powodów ekonomicznych też, ale przede wszystkim wychowawczych.

I skłamałam. Jeszcze koc dla Chrześniaka muszę dokończyć. Nie wszystkie prezenty gotowe, ale tego w jeden wieczór nie zrobię. Miesiąc został do Bożego Narodzenia, muszę już się streszczać.

Tak czuję, tak mocno mi się zdaje, że gdy biały puch spadnie na ziemię będzie jakoś milej, łatwiej i lepiej. Jest we mnie jeszcze dużo dziecka, skoro tak czekam na to. I tej magicznej wiary.

I nawet kuchnia zalana nie popsuje tego, choć tak nam źle, że woda wdarła się sufitem zostawiając szkaradną plamę. Powalczymy o odszkodowanie, ale to nie jest życiowa tragedia. Chociaż smutno nam, że coś chciało zepsuć nam nasz ukochany domek.

Jest dobrze, będzie tylko lepiej.

anioł... bardzo nie chcę zapomnieć...

Już nie płaczę. A wydawało się, że nie uśmiechnę się szczerze nigdy.
Poleciał do nieba zanim zaczął naprawdę istnieć. 
Ale ja czuję i wiem, że był. A czasem boję się, że zapomnę - to jakby nie on umarł, a ja...
Gdy kiedyś już będę Tam, zobaczę go i uściskam. I powie mi, że tu był od zawsze szczęśliwy i wiedział, jak bardzo go kochaliśmy, choć tak krótko mogliśmy się nim cieszyć.

To już rok.

Niech nie będzie Wam źle, gdy to czytacie, bo i mnie nowe wielkie radości, wielkie nadzieje i oczekiwania. Tyle, że tak bardzo, bardzo, bardzo nie chce zapomnieć. Dla świata był bez znaczenia. Dla mnie najważniejszy mój Aniołek.  I dlatego piszę dziś w rocznicę jego odejścia, bo rocznicy urodzin nigdy nie będzie miał.

sobota, 22 listopada 2014

tak zupełnie przy okazji o lepieniu kopytek...

Gdy poważnie zaczęłam myśleć o małżeństwie usłyszałam od narzeczonego pytanie czy umiem robić kopytka. Nie umiałam. Musiałam się nauczyć, bo on bez tego specjału życia sobie nie wyobrażał.
Dla takiego antytalencia kuchennego jak ja było to nie lada wyzwanie. Szczególnie wtedy, teraz już jako tako na kuchni się znam.
Oczywiście pierwsze kopytka, które mu ugotowałam były rozgotowane, brejowate, praktycznie niejadalne...

Wczoraj lepiłam kopytka z Młodą. Moja córcia jest rasowym niejadkiem, więc wymyśliłam, że jeżeli będzie brała udział w przygotowaniu obiadu to apetyt u niej się zaostrzy.

Guzik!

Lepiła z ogromną przyjemnością - całą kuchnię (powalającej przestrzeni nie całych pięciu metrów) miałam w mące, obie siedziałyśmy przy jej małym stoliczku i na dużej desce kulałyśmy "wężę", z których potem widelcem odcinałyśmy kluski... Zabawa była wspaniała. Tak dobra, że mąż zanim się dogotowały kopytka, zanim zaczęliśmy jeść już musiał odkurzać, zaraz po przyjściu z pracy.

Młoda wyglądała na szczęśliwą, ale nie okazała się głodna. Nie ruszyła nic z obiadu. Karmiła swojego ukochanego misia. One on (jej głosikiem) też powtarzał "nie ce, nie ce, nie ce". Cóż, miś Sebastian jest niejadkiem tak jak Młoda. W końcu to jej dzidziuś, o czym często nam przypomina gdy nie chcemy zabrać go na spacer.

Po obiedzie poszliśmy do mojej Babci (tak jak robimy praktycznie codziennie), wróciliśmy i usmażyliśmy jajecznicę. Młoda spałaszowała objętość około 1,5 jaja, zagryzając dwoma kawałkami chleba. Z głodu nie umrze. Jajkami z misiem się nawet nie dzieliła.

Ale to lepienie samo w sobie było fajne... Chyba to nie sposób na mojego niejadka, chociaż spróbuję z leniwymi jeszcze, ale może wyprodukujemy trochę masy solnej? Będzie jak znalazł na święta jako gadżet własnej roboty... Wysuszy się w piekarniku (nigdy tego nie robiłam), pomaluje farbami. Może nie wyjdzie pięknie, ale wesoło będzie. I brudno wszędzie też.

nie śpię... świt ciemny, nawet nie blady staje się moim przyjacielem

Magiczny ten czas, czarodziejski albo zaklęty...
Hukus-pokus godzina 3 budzę się, 4 próbuję spać, 5 rezygnuję i czekam na 6 z kąpielą, miejąc litość dla sąsiadów... A w tak zwanym między czasie - przytulę się do męża, napiję się wody, porozmyślam o świątecznych prezentach, o tym jakby co zrobić na szydełku.
A teraz - póki dziecko śpi i mąż też spokojnie włączę sobie VOD i będę pracować nad kocykiem z wełny merynosa (ma być po kuracji lanolinowej wodoszczelny, a przyjemny) dla Chrześniaka.
Jeśli się uda zrobić go tak jak mi się wydaje, że się uda to może niedługo ruszę z produkcją otulaczy do pieluszek z tejże wełny - dzieci w otoczeniu dużo, coraz więcej.

Mój mąż wie doskonale dlaczego nie śpię.

-To z nieróbstwa, masz za dużo wolnego.

Oburzyłabym się, ale ma rację to się nie oburzę.

Dziwnie mi jest, ale nie tęsknię za stresem. Trochę luzu także i mi się należy.

Za tydzień zaczyna się Adwent... Jeszcze cztery niedziele i już święta. I dużo to czasu i mało bardzo.

Kończę. Włączam głupotę do oglądania i zajmuję ręce czymś pożytecznym, udaję, że nie istnieję.

piątek, 21 listopada 2014

w te ciemne dni odganiam ciemne myśli... i już tak wyrywam się do świąt.

Człowiek to czasem tylko zwierzę, na które działają instynkty. Takie pierwotne... Strach, którego nie dopuszcza się do świadomości odbija się w zmęczeniu i niepoukładaniu. Chociaż ostatnio nie chodzę do pracy - wreszcie zasłużone wytchnienie to się nie nudzę. Zajęć mam nawet więcej niż kiedyś.

Życie nie znosi pustki. Moje ręce nie znają spoczynku. Pod czaszką zaczyna swędzieć, kiedy nic nie robię.

Powinnam odpoczywać, zbierać siły, ale gdy nic nie robię, to zaczynam myśleć. Najpierw robi się szaro jak po trzeciej, po południu... Potem coraz ciemniej. I boję się. Zbliża się bolesna rocznica i nie umiem nie myśleć. A przecież powinnam MYŚLEĆ O TYM CO JEST.

Wyszukuję zajęcia i wiem, że to dla mnie dobre. Tworzę na szydełku różne, czasem trochę na wyrost konstrukcje. Zgłębiam tajniki dziewiarstwa.
Stale obserwuję rozwój Naszego Chrześniaka (skończył już dwa miesiące!). Zmienia się z dnia na dzień.
Prezenty na święta prawie gotowe.
Jeszcze tylko klocki drewniane dla Młodej. I kilka rękodzieł do wykonania. No i czekoladę w postaci tabliczek i mikołajów trzeba dokupić, ale na to za wcześniej.
Jeszcze chwila a zabieramy się za robienie lampionu na roraty... Klejenie łańcucha na choinkę. Robienie ozdób, przystrajanie okien. Poczekamy jednak do początku grudnia. Tak, dla przyzwoitości, niech się chociaż Adwent zacznie.

Wprowadziliśmy też małą rewolucję dla Młodej. Więcej konsekwencji, mniej ulegania zachcianką naszego dziecięcia, więcej nocnika i tetra zamiast pampersa. Efekty są. Dziecko wygrzeczniało bardzo i coraz chętniej korzysta z nocnika. Miała pół roku i bez problemu sobie z tym radziła. Potem jakoś się to wszystko rozmyło. Pewnie dużo jest w tym naszej winy, ale cóż - nie popełnia błędów tylko ten co nic nie robi.

Nie chodząc obecnie do pracy widzę jak wiele czasu tracę jako matka pracując. Na nowo go do oceniam. To, że mogę codziennie widzieć jak Młoda się budzi, rozmawiać z nią... Bawić, czytać książki.

Ona uwielbia chodzić po sklepach. Tak połazić pomiędzy półkami, pooglądać, podotykać.. Zabawki odkłada bez żalu po obejrzeniu na półkę. Mówi i rozumie coraz więcej, zaskakuje nas co chwilę.

Jak rzadko nie uczę się, nie czytam czasopism branżowych, znowu zgłębiam kochaną Agathę Christie, a mój mąż na nowo odkrywa Kinga. Wieczorami czytamy po cichu, a Młoda głośno opowiada misiowi co jest na obrazkach. Jak dobrze było sobie przypomnieć do czego służy biblioteka.

Młoda ostatnio kocha Zygzaka McQueena, Złomka, Szeryfa, Ogórka, Kamasza i całą resztę bohaterów Aut i Aut2, ostatnio także ograniczyliśmy jej bajki na komputerze, ale miłość swoją realizuje poprzez książeczki (na które nigdy nie będę żałować pieniędzy) i zabawy, gdzie zwykłe (odpustowe) autka nazywa imionami ukochanych postaci i nawet próbuję odgrywać proste sceny za ich pomocą.

Jej zabawy symboliczne pojawiły się jeszcze przed drugimi urodzinami i napełniły mnie dumą. MA WYOBRAŹNIĘ, to znaczy będzie szczęśliwym człowiekiem!

I jeszcze chwila, będę odliczać dni do świąt.
Jeszcze dwie chwile i będę znowu odliczać dni.

ŻYCIE TO CZEKANIE.

Ale z chwili obecnej chcę jak najwięcej RADOŚCI.

WIARY.

NADZIEI.

MIŁOŚCI...


piątek, 14 listopada 2014

naszło nas, czyli pierwsze świąteczne akcenty, próbujemy śpiewać kolędy

Ostatnie Boże Narodzenie było dla mnie chyba najsmutniejszym w życiu. Bardzo się starałam poczuć klimat świąt, zapewnić go najbliższym. Wystroiliśmy dom, obkupiliśmy Młodą i Dzieciaki z Rodziny górą zabawek, przygotowaliśmy paki pełne prezentów. Uśmiechałam się... Choć dzień przed wigilią siedziałam w pokoju przy komputerze (gdy mężu usypiał naszą Córcię), a ja zanosiłam się po cichu z płaczu...
To nie był dla mnie dobry czas... Dalej bardzo tęsknię, ale już nie płaczę.

W tym roku będzie zupełnie inaczej. Bardzo w to wierzę.

Już jest inaczej. Trochę daję ponosić się marketowemu szaleństwu, które zaczyna się jeszcze przed 1 listopada. Tak, ja już czuję zbliżające się święta. Wypatruję reklam coca-coli, czekam na pierwsze w tym roku "Last Christmas".

A wczoraj śpiewaliśmy kolędy. Znaczy śpiewał mój mąż i moja córka, a ja po swojemu wydawałam dźwięki (bo jestem totalnie, muzycznie niezdolna, a co gorsza - lubię śpiewać). Przypadkiem weszliśmy w posiadanie śpiewnika z kolędami i to nas natchnęło, żeby już zacząć...  Zresztą Młodą trzeba nauczyć kolęd, bo skąd ma je znać jeśli my ich jej chociaż z komputera nie puścimy.

Młoda bujała się i tańczyła w rytm Bożonarodzeniowych piosenek, a my śmieliśmy się się trochę z niej, a trochę z siebie

Te święta będą zupełnie inne... Oczywiście, będą prezenty, ale drobiazgi (troszkę większe dla dzieci w Rodzinie i Okolicach), nie będziemy robić dużo jedzenia najwyższych lotów (ryba po grecku przygotowana zostanie z mrożonej włoszczyzny), nie będziemy błagać naszych rodzin o przybycie (jak to robimy przy każdych świętach) spotkamy się tylko z ludźmi, którzy będą chcieli się z nami spędzić czas.

To będą dobre święta. 

środa, 5 listopada 2014

moje stare-nowe hobby, czyli zapraszam na nowego bloga chociaż wcale się nie przeprowadzam

Od pewnego czasu szydełkuję zawzięcie. Nie to, że potrafię to robić, ale bardzo lubię. Chwaliłam się tu już nawet kiedyś łapką kuchenną własnej roboty, ale sterta robótek urosła, i trochę jeszcze się chce pochwalić, ale nie zaśmiecać sobie tego miejsca chwilową fascynacją. Jeśli ktoś chciałby popatrzeć zapraszam na nowego bloga:


Szydełkować nie potrafię.

Ale lubię.

To mnie uspokaja.

dużo szczęścia i nadziei to dużo strachu, który czasem nie pozwala spać

Zwykle łapałam każdą chwilę rano. Dziś o piątej wstałam z łóżka, po ponad godzinnym maratonie przewracania się z boku na bok.
Rzadko miewam problemy ze snem, a dziś...
Czy coś złego się u mnie dzieje?
NIE!
Właśnie NIE!
Jest pięknie. Tyle radości, tyle nadziei.
Tyle dobrych nowin od przyjaciół. I u nich tyle radości, i tyle nadziei.

I STRACH.

Że po dobrym przyjdzie złe.. Irracjonalny, ale chwilami paraliżujący.

Nie chce, żeby było lepiej niż jest. Niech będzie tak już zawsze. Niech spełnią się marzenia, ktre teraz zaczynają wzrastać... Niech przyjdzie na świat NADZIEJA.

Może Boże Narodzenie pogładzi mnie po głowie i uspokoi?

W zeszłym roku było zupełnie nie takie jak powinno, może w tym roku wszystko będzie lepsze.

Kocham, więc się boję...