poniedziałek, 29 grudnia 2014

wczoraj była Niedziela Świętej Rodziny, czyli o tym co komu pisane...

Święta nie były do końca takie, jakie sobie zaplanowaliśmy.
Nie bardzo wesołe i nie bardzo beztroskie.
Martwimy się bardzo zdrowiem Babci, całe szczęście mieszkamy w Bydgoszczy, a tu dostęp do specjalistów niektórych (bez najmniejszego nawet korzystania ze znajomości) jest całkiem niezły. Będzie miała badania, konsultacje... Dzisiaj jadę z Nią na jedno z zaleconych badań, potem będzie konsultacja i decyzja o leczeniu. Od tego zależy wszystko. Czekamy, modlimy się...

Nic więcej w naszej mocy nie leży.

Ludzie nienawidzą lekarzy, bo są jak beznamiętni sędzia, którzy wydają wyroki. Nie dziwię się wcale. Gdy stanę po drogiej stronie stetoskopu muszę sobie dobrze zapamiętać, dlaczego ludzie mnie nienawidzą. I dlaczego czasem nie można brać tego do siebie. Jak ja teraz nie pragnę złych informacji. Walczyłabym o dobre do utraty tchu... Ludzka-zwierzęca natura zawsze w kontrze stoi do tej pokornej boskiej natury człowieka...

Wczoraj była Niedziela Świętej Rodziny - wspomnienia dobre i ukochane wróciły. Sześć lat temu właśnie w to święto wybraliśmy się z moim Mężem (wtedy co - ledwo poznanym chłopakiem) do kościoła po raz pierwszy razem. Nie dość, że święto wymowne, to jeszcze parafia nie byle jaka. Farna. Pod wezwaniem MATKI BOSKIEJ PIĘKNEJ MIŁOŚCI - sanktuarium, w którym można prosić nie tylko o znalezienie żony czy męża, ale błogosławieństwo dla par i małżeństw, o dzieci, o szczęśliwe życie...

Już wtedy gdzieś pod własną skorupą niedowierzania czułam, że spotkałam kogoś wyjątkowego, ale chyba nie śmiałam się ani modlić, ani myśleć o tym, że będziemy razem rodziną (zresztą nie jestem mistyczką, obrzędy religijne przeżywam raczej płytko). Jednak coś już wtedy było nam pisane, Ktoś zadecydował za nas...

I dobrze, że Ktoś jest.

W takich sytuacjach jak teraz dobrze zawierzyć mu. Nie zmienia może to sytuacji w sposób namacalny, ale daje człowiekowi odrobinę wytchnienia, pozwala wierzyć, że wszystko ma sens i plan.

O świętach, prezentach, spotkaniach jeszcze napiszę. Chyba. Jeśli nie pochłonie mnie codzienność zbyt mocno. A tutaj - tak szybciutko - jeszcze raz podziękuję za paczkę, która była wspaniałą niespodzianką z różową poduszką z kotkiem oraz kartkę z bardzo daleka, bo aż zza granicy ;). 

piątek, 19 grudnia 2014

choinka już stoi, czeka na przystrojenie... powiem o cudzie, czyli o Naszej Mamysi

Wczoraj mój Mąż (Tomek) ku radości mojej Córki (Halinki) przyniósł do domu choinkę. Od razu zapachniało lasem. Radością, świętami. Ustawiliśmy ją w donicy (pierwotnie miała być taka ukorzeniona, ale w szkółce leśnej ukorzenione były bardzo małe, więc Tomek wybrał jednak niewielką ciętą)). Z frontu prezentuje się wspaniale:
Stoi na komodzie, zdaje się na baczność i gotowa jest żeby ją podziwiać, dziwi się tylko dlaczego jeszcze nie jest ubrana.
Na razie nie ubrana, bo zamiast dokończyć dzieła, biegliśmy z gałęziami z dołu, które musieliśmy obciąć do Babci mojej, żeby u niej też trochę klimatu już zrobić. A potem było już późno.
Ubieranie i cudowanie inne, może i sklejanie łańcucha zostawiamy na dzisiaj.
Gdy na choineczkę spojrzeliśmy po paru godzinach zachwytu z boku, odkryliśmy z przerażeniem nie małym, że jest okropnie krzywa.

Ma wyraźną wadę postawy.
Ale co zrobić i tak już ją pokochaliśmy. Musi z nami zostać i być jaka jest. Zostanie nie na długo, bo po pierwszym stycznia szybko będziemy ją rozbierać i przygotowywać dom do zupełnie innego święta.

Narodzenia Mamysiowego.

Tak, tak - teraz już tu oficjalnie i głośno, mówię o czym szeptałam do tej pory po kątach i między wierszami. Będziemy mieli Drugą Córeczkę! Marysię, która przez swą Starszą Siostrę pieszczotliwie nazywana jest Mamysią.

Dziś kończymy z Mamysią 30. tydzień ciąży, nieustającej radości, obawy, nadziei, wiary i miłości.
Postanowiłam sobie powiedzieć to dopiero tu przy Bożym Narodzeniu, a dla mnie pojawienie się choinki jest namacalnym dowodem na zaczęcie się Bożego Narodzenia u nas w domu.

Tak jak pisałam - szybko zakończymy w tym roku znajomość z choinką, bo czeka nas nie mała rewolucja. Mamysia zapowiada się na 28 lutego, od samego obiecała przyjść w tym lub zbliżonym terminie, potwierdza to w kolejnych USG. Na razie wszystko jest pięknie, zdrowo... Ale obawy, troska i zwyczajny strach czy wszystko jest dobrze ciągle jest z nami.

To będzie bardzo magiczna Gwiazdka.

Bardzo magiczny czas.

Gdy wracałam pod adres nieanielica.blogspot.com nie miałam pojęcia, że całemu mojemu pisaniu będzie towarzyszyć ciąża, o której długo nie powiemy głośno (sami nie wierząc w nasz CUD). Cieszyłam się, że Ktoś Inny, Ważny spodziewa się Dziecka (miesiąc starszego od Naszej Mamysi jak się okazuje). To właśnie Ich szczęście i powodzenie, nowe nadzieje tak bardzo nas ucieszyły, że nasza Tęsknota pozbawiona już była łez, a pełna już tylko nadziei na spotkanie, kiedyś tam daleko. I tak jeszcze raz spróbowaliśmy postarać się. Ostatni raz miał to być, następny za parę lat. I nie wierzyłam, że to możliwe, gdy zaczęłam mieć objawy ciąży w jej trzecim tygodniu (bo to dużo za wcześniej), rzeczy wielu już zdążyliśmy się pozbyć - oddać innemu dziecku, które wcześniej miało się urodzić (a teraz jest też w pewnym sensie nasze), ale niczego nie żałujemy. Pięknie to nam Pan Bóg poukładał. Tylko żeby dalej miał w opiece Nasze Dzieci. Bo teraz mamy dwie Córeczki.

czwartek, 18 grudnia 2014

nie zrozumiem mordercy... nie godzę się na karę śmierci... stanowczo za dużo wiadomości...

Ogólnie mało rzeczy "z kraju i świata" mnie porusza. Co tydzień słuchamy "Siódmego Dnia Tygodnia" w radiu ZET - przy niedzielnym śniadaniu - ale bardziej dla śmiechu i podziwiając krętactwo (a przepraszam - zdolności retoryczne) naszych polityków. Niewiele już biorę do siebie, tego co dzieje się w sejmie, ale szybciej wyskakuje mi filmik z sejmu niż kabaret, więc czasem oglądam. Pradziadkowie walczący za wolność w grobach się przewracają. Patriotyzmu nie ma we mnie za grosz.

Czasem jest jednak sprawa, która dogłębnie mnie poruszy, zszokuje, zajmie myśli. Była Katarzyna W. ze swoim śliskim kocykiem, był zapominalski ojciec, a teraz para osiemnastoletnich morderców. Gdzieś trafiłam na komentarz do sprawy jakiegoś psychologa "Dzieciaki się pogubiły, nie miały wsparcia i pomocy", no to buzię otworzyłam szeroko ze zdziwienia. Przecież nie chodzi tu o kradzież ze sklepu, o używanie narkotyków, o bójkę po pijaku, a morderstwo - zaplanowany, okrutny mord. Czy to ma znaczenie, że na rodzicach jednego z nich? Nie wiem do końca. Podobno byłą to porządna rodzina - taka bez skazy.
Nie wierzę w rodziny bez skazy.
Ale nawet jeśli sami zamordowani byliby psychopatami wiecznie znęcającymi się nad synem, to innego zabójstwa niż w obronie własnej, ewentualnie w afekcie (pod wpływem chwilowej, nieopanowanej emocji) zrozumieć nie umiem. Cóż takiego złego mogli zrobić, żeby syn i o.m.c. (o mało co) synowa skazali ich na śmierć. Ja nawet tych dzieciaków nie posłałabym na śmierć - bo taka kara nie w ludzkiej leży władzy. Nie człowiek daje życie, nie człowiek może je odbierać. Tak uważam.
Jednak nie przekonuje mnie tłumaczenie, że mieli problemy, zaburzenia, byli chorzy... Nie, nie ma usprawiedliwienia dla czegoś takiego. Po trupach po celu. Tak dosłownie, okropnie i okrutnie. Jestem niezbyt dobrym chyba człowiekiem jeśli nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobiny empatii względem nich. Nie zrozumiem, nie godzę się, nie!

Stanowczo za dużo czytam i rozmyślam o tej sprawie. Pewnie zacznę od tego bać się ludzi, w każdym widzieć mordercę i psychopatę, a wiem przecież, że ludzi zaburzonych jest wokół bardzo wiele. Tyle iż zaburzenie nie jest równoznaczne z fizycznym zagrożeniem. Zwykle tylko wplątaniem w trudną, nienaturalną relację... Trudne to, ale nie róbmy z tego dramatu. Większość ludzi nigdy nie sięgnie po nóż.

Czego można by chcieć dla tych dzieciaków? Cud zrozumienia, cud żalu i skruchy... A dla nas - cud dożywotniej izolacji tej pary.

środa, 17 grudnia 2014

strach i radość

BABCIA - strach
Widziałam już długo, że coś się dzieje z nią. Za dużo mówiła o umieraniu. Do niej to niepodobne. Wreszcie przyznała się. Byłyśmy razem w przychodni. Dostała taki plan diagnostyki i leczenia, który jest słuszny, pochodzimy po specjalistach troszku, ale nie jest tak źle, jak sama myślała. Ale czy jest dobrze? Czy ktoś jest w stanie to zagwarantować? Bardzo jej potrzebujemy, a teraz ona też potrzebuje nas.
Martwię się o Nią strasznie, ale przez to, że trochę o zdrowiu i chorobie wiem, to wiem jeszcze mniej i trudno mi nie myśleć choć przez chwilę. Na razie działamy, nie gadamy... Działamy!

MŁODA- radość
Młoda to brój. Straszna spryciura. I z charakterkiem na dodatek. Fascynują mnie jej zabawy - które sama wymyśla, reżyseruje (a ma 2 lata i 3 miesiące, nie spodziewałam się ich tak prędko). Dużo udaje, dużo inscenizuje. Oto przykłady:

1. Bierze 3 książki - podaje po kolei, a potem ja mam oddać. I próbuje dostosować słowa "proszę" i "dziękuję" do sytuacji (co nie jest przecież takie łatwe). Co jakiś czas się żegna, mówi "papa" i "idzie pracować", odchodzi w drugi kont pokoju, potem wraca krzycząc "Wróciła" i wita się wylewnie.

2. Misia owija we flanelową pieluszkę i kładzie pd swoim stolikiem, informując, że misiu śpi. Po chwili podchodzi do niego i mówi "Obudź się", a czasem przytula go i mówi "Nie bój się". Nosi go też czasem na barana.

3. Gdy wychodzimy z domu to misiu, albo idzie z nami (opa u Młodej lub w wózku), albo zostaje w szafie w przedpokoju. Zanim drzwi do szafy się zamkną Młoda całuje go w buzie, w czółko, daje klika razy cześć, przytula i robi papa, a i tak czasem zanim zamkniemy drzwi d mieszkania niemal ze łzami prosi żeby misia zabrać.

4. Robi szalene wyprawy z plastykową owieczką po pokoju. Owieczka "wchodzi" wszędzie, a Młoda krzyczy "uciekaj, uciekaj", a po chwili "nie uciekaj, stój". Owieczka w jej ręku jest niezwykle posłuszna.

5. Auta w kolorach jak z bajki Disneya stykają się zderzakami (to Zygzak i Saly) i dają sobie buzi. Zygzak wjeżdza potem na pakę większego samochodu (to Maniek) i mówi "pa pa".

6. Po obejrzeniu "Samolotów" natomiast Młoda biega po pokoju, ma rozłożone ręce i krzyczy "Popylacz, lata Popylacz" (główny bohater tego filmu - samolot tak właśnie się nazywa). Po drodze wymienia imiona innych bohaterów filmu, jakby się z nimi witając.

7. Wczoraj oglądała przez chwilę Roszpunkę, a właściwie "Zaplątanych" (tak rodzice mają świra na punkcie bajek Disneya), a co widzę chwilę później - centymetr krawiecki zwisa z szuflady biurka, a Młoda krzyczy "Kakunka, kankunka", scena zrzucania "włosów z wieży" (centymetra z szuflady powtarza się parokrotnie".

8. Karmienie misia czy wkładanie go w nosidło i przywiązywanie (na jej wyraźne żądanie) do Młodej jest już standardową zabawą, która nikogo nie dziwi.

9. Natomiast to, że misi pływa na podstawce do skrzynki balkonowej (czystej, żeby nie było) jak w statku (co nam jest dobrze objaśnione), czy bierze kąpiel razem z Młodą w wyimaginowanej wannie, za pomocą wyimaginowanej wody, która leci z klamki drzwi w dużym pokoju jest jeszcze nowością.

Może zbyt zachwycam się ty, może inne dzieci w tym wieku też tak mają, tylko u dziecka, które widzi się kilka godzin w tygodniu trudno dostrzec złożoność zabaw i pomysłów. Ja zachwycam się ogromnie - mam prawo - jestem przecież matką tego Ukochanego Stworzenia.

Ona uwielbia gdy zbuduje się jej z lego duplo pojazd - wielki jakby samolot, na kółkach, gdzie można włożyć pilota i jeździ tym po naszym przepastnym mieszkaniu. Albo zamek z dużą ilością okien, ustawia figurki w nim, mówi im "cześć" i "papa".

Czasem po przychodzi się poprzytulać. Powygłupiać. I daje nam swoje stopy do wycałowania (a my czasem każemy najpierw zdjąć jej kapcie).

No i krzywdzi muzykę. "Mama, śpiewaj lędy, lędy śpiewaj!"... Ja i koledy... Wolne żarty. Śpiewam, kaleczę, fałszuję, bo jak dziecko prosi...

Gdyby nie Młoda wiele spraw byłoby niemal nie do przeżycia, tak straszne i przytłaczające. To jest nasze SZCZĘŚCIE i RADOŚĆ.

wtorek, 16 grudnia 2014

odkrycia...

ODKRYCIE 1
Człowiekowi jest potrzebne zaskakująco mało snu. A próbowanie zasnąć o trzeciej nad ranem jest okropniejsze od chronicznego niedospania.

ODKRYCIE 2
Babciów swoich trzeba pilnować jak dzieci. Nie przyznają się do chorób, a martwią się strasznie. To, że jesteś lekarzem nie ułatwia. Zamiast powiedzieć co jest, zadają podchwytliwe pytania, na które odpowiadasz zgodnie z wiedzą książkową, a one same tworzą teorie, które dalekie są od prawdy.

ODKRYCIE 3
Moje Dziecię potrafi przespać dużą część nocy (śpi nie przerwanie od 21:30 do teraz - jest prawie piąta). Nie było w tym czasie haseł "mleko", "pić", "misiu, dzie jestes?" ani "zmenić papersa!". Żyje, oddycha spokojnie. Sprawdzałam.

ODKRYCIE 4
W internecie czasem po długim czasie można odnaleźć znajomych (internetowych i nieinternetowych), w tym wypadku jak dobrze, że internet nie zapomina!

ODKRYCIE 5
Znowu dotyczy Młodej. Niejadek potrafi zjeść cztery ogórki kiszone zamiast obiadu i oglądać się za piątym.

ODKRYCIE 6
Za tydzień i jeden dzień już Wigilia!

piątek, 12 grudnia 2014

niespodziewane sześć lat

Wypisałam i wysłałam wraz z Młodą dziś kartki świąteczne. Do rodziny i przyjaciół.

Dopiero wieczorem zorientowałam się, że dziś mija SZEŚĆ LAT, od chwili kiedy za pośrednictwem naszej-klasy nawiązaliśmy znajomość z moim Mężem. To miało być na chwilę, na przerwę świąteczną, moje ferie od uczelni, jego urlop w kraju... Tak żeby dać się przez chwilę ponieść klimatowi świąt... A co nas łączyło? Tyle, że chodziłam do jednej klasy z jego bratem do liceum.
Zaczęły się spacery, rozmowy... Zauroczenie, może i coś więcej...

A miało się wszystko rozmyć i skończyć zaraz po świętach. On wracał do UK, ja do nauki... Jednak przewrotny los raz nas połączył i już nie rozdzielił.

Gdy lubemu dziś przypomniałam o tej rocznicy tylko się zaśmiał, stwierdził, że przesadzam, a potem dodał:
-Ciekawe za jakie przestępstwo dostaje się sześć lat?

Młoda wcześniej dziś zasnęła. Ja mam kilka rzeczy do zrobienia, mężu też zajęty różnymi sprawami... Sparzyliśmy sobie migdałowej herbaty z jednej torebki (bo ja straszne lury pijam ostatniego czasu, jeśli w ogóle piję herbatę), pijemy obije tą herbatę z cukrem. Nasza ulubiona. Już na Święta kupiona. W naszych kwadratowych kubkach. W naszym domu.

Gdy wspominam te całe sześć lat często mam ochotę popukać się palcem w czoło. Razem jakoś dorośliśmy, to co było takie durne i chmurne się wydaje, że aż nie realne. Ale nie zamieniłabym tego na nic.

Gdyby nie jedna rozmowa - pewnie moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, robiłabym wielką karierę, wyszła za mąż z rozsądku, nie miałabym jeszcze dzieci i pewnie nie prowadziłabym nawet bloga.

Przed miłością nie uciekniesz.

czwartek, 11 grudnia 2014

urodzinowe niespodzianki

Wspominałam już, że przy Mikołajkach sięgnęło mi się kilka prezentów - także niespodziewanych od Mamy, a także od Teściów z okazji urodzin. W same urodziny jednak (aż dwa dni starsza jestem niż lat osiemnaście jedenasty raz) dostałam dwa drobiazgi, które totalnie mnie zaskoczyły.
Kwiatek od Męża, który myślałam, że poprzestanie na świątecznych kebabach.
 Piękny!

Pamiątkowa tablica z masy solnej, z najaktualniejszym rozmiarem łapek i nóżek od Chrześniaka.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

mikołajki udane, czyli dobra atmosfera i marzenia o spokojnych świątach

Mikołajki minęły zaskakująco dobrze i miło. Dziadkowie dopisali Młodej, dostała moc zabawek i innych prezentów. Nawet mi się coś nie coś sięgnęło (i to w cale nie mało - jestem w szoku) z okazji urodzin (co są jutro, osiemnaste, już jedenasty rok z rzędu). Atmosfera dwóch ostatnich dni była tak dobra, że zacierają się w pamięci rzeczy, które były złe wcześniej. Może dobra wola, może troszkę aktorstwa, a może rzeczywiście świąteczna magia działa. Nie doszukuję się podtekstów, ale nie obiecuję sobie zbyt wiele na przyszłość, bo raz jest lepiej, raz gorzej. Plan świąt już mamy w zarysie. Z najważniejszymi będziemy się widzieć. 

Dla nas to ważne, choć nie mielibyśmy siły o to walczyć. Bardzo cieszymy się, że uda nam się spędzić święta z każdym po trochu.

Chcemy Młodą nauczyć dobrych rzeczy. Że kocha się nie dla czegoś, ale mimo wszystko... Że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje... Że każdy dostaje choć maleńki prezent... Że chociaż kochamy ja ponad życie i ponad wszystko na świecie, to jednak nie jest centrum wszechświata i musi zauważać innych ludzi. 

Będzie wtedy dużo szczęśliwsza.

Ona po swojemu zaczyna to rozumieć, wprawia się na misiu. Pisałam już, że zabierając go na spacery, przystaje, daje mu buzi, idzie dalej (zdjęcie akurat było pozowane na moją prośbę, ale zwykle dzieje się spontanicznie na chodniku). Trochę zastanawialiśmy się skąd się u niej to wzięło, ale już wiemy - gdy jeździła w wózku sami tak robiliśmy - co jakiś czas, bez większego powodu sprzedawaliśmy buziaki. Jak dziecko wszystko chłonie i powtarza to magia. 

Gdy przewraca się, żeby się nie rozklejała zwykle pytamy "Żyjesz?", ona przytakuje machając głową na tak: "Żyjesz!". Mężu wrócił z pracy w sobotę i miał rozbity łokieć, pokazał mi go, a młoda:
"Tata, ała... Boli... Żyjesz?" i pocałowała go w tenże łokieć. Nasz Mały Człowiek.

Czekamy na święta, czekamy na to co potem. I zdajemy sobie sprawę, że lepszych czasów dla nas jako rodziny już nie będzie. Jeszcze kilka lat, a zostaniemy znowu we dwoje, bo dzieci porozchodzą się po świecie. Niby, że jeszcze czas? A ja się pytam, a kiedy Młoda zdążyła urodzić się, nauczyć chodzić i kochać misia... Nie pamiętam, tak szybko minęło... Ani się obejrzymy a już tylko czasem będzie nas odwiedzać. Dlatego staramy się cieszyć wszystkim, także i niewygodami tego czasu, obowiązkami i co dziennymi problemami. Dziękując Panu Bogu za to co mamy.

No i prosząc, aby nie było gorzej niż jest.

Mikołaj w mikołajki całuje misia, czekając na windę.


sobota, 6 grudnia 2014

sprawy świąteczne część pierwsza

W mojej kuchni pada już śnieg...

W małym pokoju jeszcze bardziej pstrokato niż zwykle...

Mikołaj był już wczoraj...

I myszy się u nas zalęgły.

Miś przeżył pranie i suszenie. Nie stracił uroku. "Ko-am" mówi mu Młoda, więc jest dobrze.

właśnie popłniam straszną rzecz...

Miś Młodej właśnie wiruje się w pralce. Strasznie kochany, strasznie brudny - jak to ulubiona zabawka. Ostatnio zaczął okropnie pachnieć. Młoda śpi - inaczej moja zbrodnia byłaby niemożliwa. Mam nadzieję, że nie straci Sebastian swojego uroku po praniu i jakoś przez jeden dzień przy kaloryferze w łazience wyschnie. Może przetrzymamy cały dzień bez jego obecności, no albo spędzimy cały dzień w łazience towarzysząc misiowi.
I żeby ten dzwoneczek się nie zepsuł w środku misia...
Córa mi nie wybaczy gdy jemu się coś stanie!

mikołaj przyszedł w wigilię mikołaja, a wczoraj prawie płakałam, czyli świąteczny rozgardiasz już można zacząć

Zmodyfikowaliśmy tradycje. Jest dopiero wpół do szóstej mój Mąż już wyszedł do pracy. Wyjątkowo ta sobota pracująca wypada. Akurat Mikołajki. Akurat szedł na szóstą, a nie na ósmą. A mieliśmy przebiegły plan, żeby Młodą obudzić i zobaczyć co powie na prezent w bucie. No ale wyrywać dwuletnie dziecko o 4:30 ze snu? To jakoś nie halo jeszcze (jak będzie miała lat 12 nie zawahamy się).
Więc zrobiliśmy to inaczej.
Mąż mój zabrał nasze dziecię do małego pokoju i zaczął opowiadać o Mikołaju, o prezentach o butach, a ja wrzuciłam co nie co do buta. Po chwili wyszli i oczywiście znaleźli. Mała - dużo chyba jednak zrozumiała - bo jeszcze nie rozpakowała prezentu, a obeszła całe mieszkanie (dużo tego nie ma, więc się nie nachodziła) powtarzając "sięty, sięty, sięty". Wydaje nam się, że szukała świętego Mikołaja właśnie.
Z drobiazgu cieszyła się raczej - była to prosta układanka z filmu "Auta", taka gdzie jest sześć obrazków, każdy do ułożenia z czterech sklejkowych kwadracików. Dla nas banalne, dla niej szalenie absorbujące. Szczególnie, że umie nazwać namalowanych tam bohaterów. Cieszyła się, my też jak dzieci.

W ramach tej wigilii Mikołajowej obejrzeliśmy razem drugą część "Samolotów", no i beczałam prawie. Disney to psychopata, takie filmy dla dzieci, kto to widział?! Ale piękne to on są, co nie? :P

Ostatnio nie jestem sobą - dosłownie i w przenośni. Ale to dobrze. Tak powinno być. 

piątek, 5 grudnia 2014

kto i dlaczego czyta

Blogowanie weszło mi to w krew bardzo. Zaczęłam prawie dwa lata temu TAK potem przestawałam, przenosiłam się, zaczynałam od nowa. Szukałam swojego ja w internecie, różne życiowe doświadczenia zmieniały mnie w wirtualnej przestrzeni także.

Czy jestem blogerką?
Nie, ja jestem nieanielicą.

To trochę jak alter ego, albo avatar realnie istniejącej osoby. Trochę jak porządkowanie swojego wnętrza.

A trochę jak zupełnie inna ciekawa forma kontaktu towarzyskiego. Ileż wspaniałych osób poznałam pisząc. Nie będę wymieniać wszystkich, wystarczy spojrzeć na pewne komentarze, na zakładki ulubionych "Czytadełek"....

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że czytają to też Ci, którzy mnie nie lubią (jakże czasem muszę ich denerwować), którzy dobrze nie życzą. Którzy chcą koniecznie wiedzieć więcej i wykorzystać to jak najsprytniej... Byłam bardzo nierozsądna zostawiając pewne ślady za sobą.

No cóż - tym bardziej życzę miłej lektury.

Myślałam, żeby zmienić adres (przecież byłam pod innym), ale dlaczego kryć się, uciekać, zacierać za sobą ślady, kiedy wszystko co tu napisane mogę powiedzieć otwarcie i podpisać się pod tym imieniem i nazwiskiem?

Przestać pisać, żeby nie dawać prawa do siebie innym ludziom? Dlaczego? Tyle jest ważnych, dobrych rzeczy do podzielenia.

Jednak o ile imię wyszło już z cienia, a wielu czytających poznało mnie przez FB jako mnie, to jednak tutaj pragnę pozostać tylko i wyłącznie nieanielicą.Tworem fikcyjnym, choć nieludzko szczerym i prawdziwym.

Czy to blog "parentingowy" czy "lifestyl'owy", a może "filozoficzny"? Żaden raczej.
To moje pisadło, zdjęciałdło, marudło i zachwycadło.

Kto i dlaczego czyta? Ciekawe...

Ale ciekawsze raczej "jakie emocje towarzyszą czytającym" i "dlaczego"?

Dlaczego ludzie są tacy jacy są.

Każda ludzka historia to temat na powieść. Czym więcej czytasz tym bardziej chcesz. Tym bardziej zastanawiasz się czy pisać i jak pisać o sobie.

Ot, taki dziwny wpis. I kolejny dowód na to, że lepiej by mi było mniej pisać, mniej mówić. Milczeć czasem i uśmiechać się słodko. Szkoda, że tak nie umiem... Bardzo żałuję. A może wcale nie!

co to znaczy, że śnił mi się śnieg?

Śniło mi się, że za oknem było już całkiem biało. Bielusieńko, a dalej śnieg sypał jak szalony.
Na razie z białych zjawisk meteorologicznych widuję tylko mgłę...

Jutro Mikołajki.

Oczywiście Młoda znajdzie coś w butach a właściwie obok buta - bo jakżeby inaczej?

Taka refleksja mi się wczoraj nasunęła (na skutek pewnych wydarzeń u pewnych bliskich ludzi), że w NIESZCZĘŚCIU LUDZIE MIEWAJĄ DUŻO SZCZĘŚCIA, a czasem można powiedzieć, że jakie to szczęście, że to był tylko wypadek!

Znowu muszę posprzątać - jakże mi się nie chce!

A może wypiszę już kartki - niby wcześniej trochę, ale z drugiej strony ucieka dzień za dniem.

Tak wiele jeszcze, i tak mało...

EDIT:
Jeszcze jedna refleksja - GDY DZIELIMY Z KIMŚ RADOŚĆ, TO I SMUTEK, I STRACH.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

buzi, czyli "ale na pewno mnie kochasz"

Moje dziecko znów chętnie daje nam buzi. Przychodzi i mówi "buzi" wydymając usteczka w dzióbek. Tak bez okazji, ale najczęściej po tym jak każemy jej stanowczo zejść z krzesła, sprzątać zabawki czy uspokoić kopiące nas kończyny dolne. Wtedy to buzi brzmi jak pytanie "Ale kochasz mnie jeszcze?".

No jak nie, jak tak...

Ostatnio z Młodej zrobił się straszny przytulasek. Szczególnie odkąd nie chodzę do pracy. Kiedy czasem muszę iść cś załatwić i przychodzi niania, Młoda bardzo się buntuje. Oczywiście na samo wejście niani. Potem już z uśmiechem żegna się ze mną i gdy wracam jest tak zajęta zabawą, że często mnie nie zauważa. Pewnie, gdybym wcześniej sama nie pracowała jako ninia podejrzewałabym tą kobietkę o znęcanie się nad moim dziecięciem, ale tak naprawdę nie mam ku temu podstaw. Tym bardziej, że Młoda czasem pyta się o nianię, gdy ta nie przychodzi.

Młoda składa wyrazy w proste zdania. Takie bardzo proste.
"Czytać mamą".
"Weź mama chlebek".
"Ącz zygzaka".
"Ksieżyc schował się"
"Ońce świeci"
"Ończył się film"
"Banana tata, banana" - co znaczy "Tata weź mnie na barana".

Może jej mowa nie rozwija się nader szybko czy rewelacyjnie doskonale, ale coraz bardziej można się dogadać. A najbardziej mnie cieszy, że bawi się abstrakcyjnie.

Pokazuje misiowi książeczki. Karmi go niewidzialnym mlekiem. Układa spać o po chwili mówi "Obudź się!".
Z płytek z klocków lego Duplo sama złożyła niby laptopa, pokazywała nam jak na nim "pisze", po czym zamknęła go oznajmiając, że skończone. Gdy tata rzucił, żeby puściła na swoim komputerze film misiowi ta zrobiła to bez problemu. Siedziała za misiem i wpatrywali się w klocek stanowiący ekran, co rusz coś mu tłumaczyła.

Miś siedzi na nocniku prawie tak samo długo jak Młoda.


Był w sobotę u nas Chrześniak z Rodzicami, mały D. jest śliczny, dobrze się rozwija, wzorowo przybiera, ale jak to 2,5 miesięczne dziecko nie wchodzi w interakcje z innymi dziećmi. Młodej to nie zrażało. W kółko chodziła i powtarzała imię D, a gdy płakał, cała przejęta i zaaferowana niemal krzyczała "D.! Płacze!".
I ona płakała, ale nie z powodu tego, że oddała mu zabawkę, ale gdy wychodził. Potem jeszcze go wspominała.

Wczoraj w kościele Młoda nam zasnęła. Odjechała siedząc mi na kolanach. Sama słodycz, a do tego spokojnie można było mszy do końca posłuchać. Wieczorem na przytulanie przyszła do Taty i zasnęła leżąc na nim. A mieliśmy już wrażenie, że przestała potrzebować czułości aż tyle i przytulania. Może to pogoda, może brak słońca, a może po prostu taki ma czas?

Kochamy i przytulamy.

I nie szczędzimy buziaków. Kochamy do szaleństwa!