sobota, 6 grudnia 2014

mikołaj przyszedł w wigilię mikołaja, a wczoraj prawie płakałam, czyli świąteczny rozgardiasz już można zacząć

Zmodyfikowaliśmy tradycje. Jest dopiero wpół do szóstej mój Mąż już wyszedł do pracy. Wyjątkowo ta sobota pracująca wypada. Akurat Mikołajki. Akurat szedł na szóstą, a nie na ósmą. A mieliśmy przebiegły plan, żeby Młodą obudzić i zobaczyć co powie na prezent w bucie. No ale wyrywać dwuletnie dziecko o 4:30 ze snu? To jakoś nie halo jeszcze (jak będzie miała lat 12 nie zawahamy się).
Więc zrobiliśmy to inaczej.
Mąż mój zabrał nasze dziecię do małego pokoju i zaczął opowiadać o Mikołaju, o prezentach o butach, a ja wrzuciłam co nie co do buta. Po chwili wyszli i oczywiście znaleźli. Mała - dużo chyba jednak zrozumiała - bo jeszcze nie rozpakowała prezentu, a obeszła całe mieszkanie (dużo tego nie ma, więc się nie nachodziła) powtarzając "sięty, sięty, sięty". Wydaje nam się, że szukała świętego Mikołaja właśnie.
Z drobiazgu cieszyła się raczej - była to prosta układanka z filmu "Auta", taka gdzie jest sześć obrazków, każdy do ułożenia z czterech sklejkowych kwadracików. Dla nas banalne, dla niej szalenie absorbujące. Szczególnie, że umie nazwać namalowanych tam bohaterów. Cieszyła się, my też jak dzieci.

W ramach tej wigilii Mikołajowej obejrzeliśmy razem drugą część "Samolotów", no i beczałam prawie. Disney to psychopata, takie filmy dla dzieci, kto to widział?! Ale piękne to on są, co nie? :P

Ostatnio nie jestem sobą - dosłownie i w przenośni. Ale to dobrze. Tak powinno być. 

2 komentarze:

  1. ooooo, jeszcze drugiej części nie oglądałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka bardzo wzniosła jest, no ale w końcu to o samolotach ;)

      Usuń