środa, 28 stycznia 2015

twórczość matki bez talentu

Dwie lewe ręce mam od urodzenia. Śpiewam gorzej niż kojot wyje.
Mając jednak dzieci człowiek czasem musi być artystą wbrew sobie (i wbrew nawet własnym uczuciom). Dlatego gdy Hala się urodziła uparcie śpiewałam jej kołysanki, bo rzeczywiście ją uspakajały, a teraz (gdy poznała się na jakości wątpliwej mojego śpiewania) tworzymy razem prace plastyczne...
Był już łańcuch na choinkę.
Były choinki dla Dziadków wyklejane serduszkami (Hala sama przyklejała serduszka).
Teraz odgrzałyśmy kotlet - miś z brystolu, przypadkiem powstał kot i biedronka jeszcze.
Misiów jest cała półka - pięknych, pluszowych (ale tylko jeden naprawdę ukochany), ale to tymi "zabawkami" bawi się Młoda od wczoraj - zadowolona, jakby nie wiadomo co dostała.
Mając dziecko można choć przez chwilę poczuć się artystą. I to docenianym.
Misie jasny i ciemny, biedronka szalona i rudy, spasły kot.

nie tak...

Nie tak powinno być. Babcia miała być z nami jeszcze długie lata, zdrowa, szczęśliwa i pełna sił... A tak nie będzie.

NIE TAK MIAŁO BYĆ...

Uparcie, tak bardzo chcemy wierzyć, ze zdarzy się jeszcze cud...

(proszę nie komentować tego posta).

poniedziałek, 26 stycznia 2015

wózek w domu, torba spakowana, jeszcze tylko paznokcie

Wczoraj przyprowadziliśmy do domu wózek - głęboki i nosidełko, na dojazd ze szpitala. Dzisiaj piorę co się da z wózka i wkładkę z nosidełka (znaczy fotelika samochodowego).  Tatuś naprawił koła. Zwrotny i piękny pojazd prawie kosmiczny...
Hala - dumna starsza siostra - prowadziła dzielnie wózek (trzymaliśmy go w szopie u mojej babci, trzy ulice dalej). Taki mały człowiek, niespełna 2 i pół roczny, choć wyskoki, to przecież nie wielkolud - uparcie idzie do przodu, pacha wielki, ciężki wózek (x-lander kilkuletni, okazyjnie odkupiony od znajomych). Błękitna kareta czeka na Mamysię. 

Torba do szpitala gotowa. Znaczy plecak turystyczny i torba od wózka. Nic praktyczniejszego nie mogłam wymyślić. Rzeczy niepotrzebne też są. Becik i własne ciuszki dla Małej. Na cały pobyt. Aby jak najkrótszy, zdrowy... Bardzo już czekam na młodszą naszą córkę. A ona wydaje mi się, że troszkę będzie się śpieszyć. Może mi się wydaje, a może rzeczywiście będzie ciut wcześniej.

Obecnie 35 tygodni i 3 dni.

Z planu przygotowań realnie pozostał mi tylko pedicure obiecany przez męża - lakier fioletowy czeka w łazience.

nie wolno palić za sobą mostów, bo na nich stoją ludzie

Wydawało nam się (gdy byłam z Halą w ciąży), że są relacje, które nigdy już nie będą normalne. Moja Mama, Teściowie - sytuacja taka, że człowiek miał ochotę wiać i zapomnieć o wszystkim co dobre, ale nie mógł - bo kochał i był kochany.
Nie spaliły się mosty, a dzisiaj - choć wcale nie tak bardzo często używane - istnieją - są dla nas wsparciem, pomocą i radością.

Nie jest idealnie, ale jest dobrze.

Póki żyją Rodzice, można być jeszcze dzieckiem.

Panie Boże - nich oni żyją jak najdłużej. W zdrowiu i szczęściu. To co dobre w nas, to przecież od nich.

Chyba dzieci kocha się bardziej niż rodziców, ale mając dzieci człowiek dopiero zdaje sobie sprawę jak bardzo sam był kochany. I już wie, że cokolwiek mówią i robią rodzice, to i tak nie przestają kochać dzieci swoich. To nie możliwe.

piątek, 23 stycznia 2015

dwa lata blogowania

Początki - ja zawsze z perspektywy czasu śmieszne i nieporadne - MÓJ PIERWSZY WPIS.
I to jak widziałam siebie - MÓJ DRUGI WPIS.
Co mnie zajmowało, i co próbowałam polubić - GOTOWANIE.
Co mnie zajmowało -ODCHUDZANIE.
Ale najlepsze jest to, że widzę jak ZMIENIA SIĘ mały człowiek, którego urodziłam.
No i my się zmieniamy.

Ja zmieniałam adresy bloga, szukałam miejsca takiego naprawdę swojego. Potem kasowałam wpisy zaczynając zupełnie od nowa. Przez jakiś czas byłam nie Nieanielicą, ale Diabelską... Wydawał mi się, że powinnam ukrywać swoje myśli i zapiski, ale potem wracałam. Poznałam dużo ciekawych ludzi, ale i weszło mi w nawyk to pisanie. Szczególnie potrzebne teraz - gdy znowu nie chodzę do pracy.

Podziękować pragnę wszystkim co czytają to teraz, a wymienić sobie pozwolę (kolejność przypadkowa):

MATCE KUBICZKOWEJ - nie raz będącej natchnieniem i wsparciem, tak dalekiej a bliskiej duszy bratniej...

MARIOLCE MAMUSZKOWEJ - nie raz będącej inspiracją, bardzo życzliwej osobie

KURZE CO PISZE PAZUREM - Aniu, jesteś moim idolem!

ARTE - uwielbiam Ciebie i to Twoje poczucie humoru

ASI PANNIE OCEANNIE - jesteś jaka jesteś i to jest wspaniałe

ZAGUBIONEJ - wrażliwej osobie, o ogromnym sercu i całkiem ostrym języku chwilami

NELI - za to, że dała się odkryć

PAULINIE - za to, że pozwala patrzeć czasem na świat nie moimi oczami, za szczerość

KAHLAN i NATALOSZCE - bo są blisko, pełne wiedzy i bogate w doświadczenia

MEGI - tak innej, i tak podobnej do mnie, ale z gruntu dobrego człowieka

MATCE KRÓLÓW - która tekstem potrafi rozbroić i obezwładnić w pozytywnym tych słów znaczeniu

GROSZKOWEJ MAMIE - za świat pełen przygód i wielką życzliwość

KOKO - której jeszcze nie poznałam

DOROCIE R - bo dużo dobrego od niej mam i w internecie, i bardziej realnym świecie

NIEZDECYDOWANIE-ZDECYDOWANEJ z tęsknotą za jej krótkim, acz trafnymi postami

SELEZINE - nie do końca rozumiejąc, ale z wielką sympatią, która znika i pojawia się zupełnie niespodziewanie, ale jest gdzieś cały czas...

MAGDALENIE, z którą czuję jeszcze nieuchwytną nić porozumienia

Wszystkim DZIĘKUJĘ BARDZO, za to, że są w moim życiu!
 I proszę, aby byli zdrowi i mieli jak najwięcej powodów do radosnych wpisów.

Zaglądam też nierzadko na inne strony. Czasem o rękodziele - KULE KWIATOWE, czasem profesjonalne o lekach. Szczególnie polecam LIFE AND PILLS, na którym sama się dokształcam i przypominam różne rzeczy.

Jeśli kogoś pominęłam - proszę o kontakt - będę koniecznie wbić do głowy sobie dane czytelnika czy też autora czytywanego przeze mnie, aby mieć go zawsze gdzieś blisko w głowie, a może nawet w sercu.

Nie wierzyłam w przyjaźń. Spotkałam moją B.
Nie wierzyłam w miłość - wyszłam za mąż za kogoś, w kim zakochałam się prawie, że od pierwszego wejrzenia.
Nie wierzyłam w to całe blogowanie... Naiwnie myślałam, że może uda się zrobić na tym jakiś pieniądz... Znalazłam coś o czym nie miałam pojęcia.

czwartek, 22 stycznia 2015

Śnieżka czy śpiące królewny

Wczoraj wieczorem po powrocie od Babci mąż mój ogarnął temat naprawy kół do wózka Mamysi. Jedna rzecz więcej na jej urodzenie gotowa! Dzielnie pomagała Mu Hala, ze swoim teraz nie skończony "co to jest". Potem kolacja, kąpiel. A potem dziecię nasze przyszło do nas do łóżka. Nie przeganiamy jej i nie odsyłamy do jej łóżeczka, bo tak rzadko ma już ochotę z nami poleżeć. Ja w ręce już miałam kryminał i odwróciłam się do ściany (względy techniczne bezpieczeństwa - duży brzuch już mam, a Młoda potrafi niezłego kopa przez przypadek zasadzić), mąż mój na wyraźną prośbę naszego dziecięcia czytał jej "Królewnę Śnieżkę".
Zasłuchałam się i ja w bajce. Nie wiem kiedy odłożyłam kryminał, kiedy oczy mi się zamknęły... Pamiętam tylko głos Tomka "patrz, ona zasnęła", a potem "jeszcze na nia popatrzę i zaniosę ją do łóżeczka". Po chwili zabrał mi książkę, i zdjął okulary, szeptając tylko "Mamysia pewnie też zasnęła, co?", odpowiedziałam "yhy"" resztakami świadomości czując, że to prawda, bo i nasze młodsze dziecko w bezruchu sobie leżało wewnątrz brzucha.
I czy to była bajka o Śnieżce czy o śpiących królewnach?

dzień babci, dzień dziadka

Świętowaliśmy u mojej Babci. Zupełnie specjalnie i umyślnie nie dzwoniłam do niej rano (a zwykle kontaktujemy się przed południem, po południu, a na wieczór zwykle się widzimy). Zajęłam się za to pieczeniem. Jako, że jestem beznadziejną panią domu (i nie ma się niestety czym chwalić w tej materii) upiekłam babeczki z nadzieniem różanym (oczywiście z półproduktu), ale że pranie jeszcze się "robiło", a czasu było troszkę poszperałam w internecie, za przepisem za ciastem marchewkowym - żeby może Młoda zjadła. Ciasto (o dziwo!) wyszło nawet zjadliwe. Młoda (nie dziwne) olała je.
Miałam skromny prezent dla Babci, młoda namalowała obrazki (takie malowanie wodą w specjalnych książeczkach Disney'a), Przyszła do Babci nawet moja siostra z prezentem, Tomek po pracy zjawił się z kwiatami.
Babcia oczywiście swoje - "niepotrzebnie", "ale po co to", "chyba macie za dużo pieniędzy", ale widzieliśmy, że się cieszy. My i tak, tak mało jesteśmy w stanie Jej dać.
A ona zasłużyła na to, żeby na rękach ja nosić. W dzieciństwie była zawsze blisko, gotowa nieść pomoc i pieścić. Gdy jeszcze pracowała, to przed pracą przyjeżdżała z Bartodziej do Fordonu, żeby zobaczyć tylko jak jej wnuki wstają z łóżek. A że naczynia pomyła, czy przypilnowała nas, żeby mama mogła wyskoczyć po zakupy to już inna sprawa. Dziadkowie zresztą pomagali finansowo zawsze moim rodzicom. Ja sama dostałam na osiemnastkę książeczkę oszczędnościową z wkładem, którego połowę wydałam gdy potknęłam się na studiach (na pierwszym nieszczęsnym roku) i powtarzałam go (a tanie to, to nie było), reszta pieniążków rozleciała się na notariusza i przeprowadzkę gdy kupowaliśmy mieszkanie. Ale i wtedy babcia zasponsorowała nam lodówkę, kuchenkę i pralkę. Nie jakiś super drogi sprzęt, ale nasze topniejące wtedy oszczędności nie starczyłyby na wszystko... Pewnie jeszcze teraz spłacalibyśmy raty... Ona się nie pytała, dała i nigdy nie wypomniała. I nie chodzi o samą kasę. Tylko o to, że była z nami (nie tylko ze mną - swoją wnuczką - bądź co bądź mieszkałyśmy razem przez pięć lat, więc przywiązana do mnie była jeszcze bardziej przez to), ale z nami, naszą małą rodziną od samego początku życzliwa i rozumiejąca.
A był czas kiedy moja mama zażądała, żebyśmy się wyprowadzili (w przeciągu 5 tygodni z jej mieszkania), a teściowie... Cóż - mieli wtedy dziwne pretensje na zupełni inny temat i także nie proponowali wylewnie pomocy w trudnej dla nas sytuacji. Byłam w ciąży, studiowałam, grosze dorabiałam tylko, żyliśmy z jednej pensji. Gdy decydowaliśmy się na dziecko myśleliśmy, że pomieszkamy pięć lat u mojej mamy - na dobrych finansowo warunkach, a tu taka niespodzianka. Byłam przerażona i czułam, że ziemia rozstępuje mi się pod nogami.
Przetrwaliśmy, bo zawsze byłą opcja, że przebiedujemy jakiś czas u Babci. Z dzieckiem, my dwoje i Babcia na pokoju z kuchnią (zimną kuchnią i zimną łazienką) - byłoby ciężko. Ale Babcia była jedyną osobą, która wyciągała do nas pomocną dłoń.
Gdy szukaliśmy mieszkania, Babcia od razu mówiła "Weźcie to, bo jest blisko do mnie"... Wzięliśmy i teraz to doceniamy, bo Tomek co drugi dzień przynosi Babci drzewa, jest blisko, więc codziennie możemy u niej być. Zresztą to nasz drugi dom - oboje (o Hali nawet nie wspomnę) czujemy się tam swobodnie. W naszych rodzinnych domach - już nie koniecznie tak jest.

Jaka jest Babcia?
To dyplomatka - nie wypala z grubej rury, kiedy nie musi. Raczej ze wszystkimi pozostaje w przyjaznych stosunkach. Ale jest szczera i nie kłamie. Jest spokojna, lubi książki i wszelkie script document... Swoją rodzinę kocha bardziej niż siebie.
Nie piecze (przynajmniej ja nie pamiętam, żeby ciasto upiekła) i nie lubi robótek ręcznych. Nie lubi prasować (tylko dziadkowi prasowała koszule - ale to była wielka miłość, mi kilka razy wyprasowała fartuch, ale w wyjątkowo tylko, normalnie tylko przypominała o tym).
Można z nią o wszystkim porozmawiać, pośmiać się, lubi dowcipy... Ma duży dystans do wielu spraw. Nigdy nie była mściwa.
Dobrze, aczkolwiek tłusto gotuje.
Uwielbia prawnuczkę i jej to już totalnie na wszystko pozwala. 

Dużo rozmawiałyśmy w życiu, dużo mogłabym o Niej opowiadać. Nie w teraz. Nie czas, może i nie miejsce. WSPANIAŁYM CZŁOWIEKIEM JEST! Aniołem już tu na ziemi, ale takim specjalnym - bo naszym.

Dziadka - już osiem lat jak go nie ma - też miałam wspaniałego. Dlatego tak się upieram, że albo synowi dam na imię Jerzy albo czwartej córce Jerzyna.

Było mi dane poznać jedną Babcię mojego męża. Osobę pełną uroku, mądrą, dobrą i spokojną. I nie zapomnę jak mówiła "moja Kasia przyjechała". To było straszliwie miłe.

A Dziadkowie naszej Hali? (Halina to imię po drugiej babci mojego męża).
Nie mi ich oceniać (mamę moją i teściów), podrosną nasze dzieci - same ułożą sobie kontakty z dziadkami. Nie chcemy ingerować w to czy dzieci nastawiać. Ani źle nastawiać ani zmuszać do wylewności uczuć. To co prawdziwe obroni się samo. My uczymy Halę szacunku, tego, że trzeba dawać od siebie, a nie tylko brać. Reszta po stronie dziadków.

Za dwadzieścia kilka, trzydzieści lat sami będziemy dziadkami - daj Panie Boże tylko zdrowie wszystkim - jacy będziemy?
Pewnie z planów niewiele wyjdzie, ale na dziś to ma być tak - wspierający, ale nie upierdliwi, weseli, troskliwi, ale z własnym życiem. Rozpieszczający, ale nie wychowujący.

Od wychowania są rodzice. Dziadkowie zupełnie od czegoś innego...

środa, 21 stycznia 2015

po kilka słów, na kilka tematów, czyli zdanie nieanielicy w sprawach prokreacji i nie tylko

(1)
Wczorajszy HIT interneta:
Papież Franciszek (świetny gość) powiedział, że dobry katolik nie musi mieć dzieci tyle co królik, że ósme dziecko po siedmiu cesarskich cięciach to wystawianie Pana Boga na próbę. Szok. Zawrzało.
Jakoś jako katolik, chrześcijanin (może nie najpierwszejszej jakości, ale nie znowu całkiem taki ostatni) nie byłam tym jakoś zszokowana.
Otwartość na życie - tak - jak najbardziej (o tym przecież Papa mówił na początku).
Ale odpowiedzialność - to jeszcze bardziej.
Jak dla mnie to, że podał Papież liczbę 3 jako całkiem fajną liczbę dzieci nie jest ani szokujące, ani zaskakujące. Wychowanie trojga dzieci leży w zasięgu możliwości wielu ludzi, szczególnie takich jak my - którzy nie zaczęli płodzić zbyt wcześniej (miałam prawie 26 lat jak urodziłam Halę).
Nie dopatrywałabym w wypowiedzi Papieża dla rodzin gdzie dzieci jest mniej (a może z jakiś przyczyn nie ma ich wcale), ani gdzie jest ich więcej. I bawi mnie całe oburzenie pana Terlikowskiego, którego o ile wcześniej można było próbować zrozumieć w iluś kwestiach - teraz robi sam z siebie pośmiewisko.
Litości - przecież Papie nie chodziło o kontrolę urodzeń, ale o to, że człowiek ma rozum, żeby z niego korzystać. 

(2) 
Pigułka "PO"
Profesjonalnie - nic mi do tego czym trują się ludzie (wczesnoporonne działanie pigułki nie jest na 100% jasne, ale środków wczesnoporonnych jest masa cała, nawet niefarmakologicznych - nie oszukujmy się - będzie chciała kobieta zrobić kuku "dzidziusiowi" zrobi).
Dla mnie nawet wygodniej, że nie na receptę takie rozwiązania będą. Nie na swoją odpowiedzialność będę brała podanie wielkiej dawki hormonów, która - zabijcie mnie - ale nie mam pojęcia jak konkretnie zadziała na daną osobę. Z mojej skromnej wiedzy wynika jednak, że tak zupełnie bezpieczna to ona nie jest.
Mniejsza z teorią.
Może dlatego, że u mnie w rodzinie każdą ciąże trzeba się wystarać, wymodlić nawet, dlatego może mój stosunek do zygoty wyrażam słowami "dzidziuś"... Połączyło się jajo z plemnikiem, to łap się kochanie mamusinej macicy i rośnij! 
Jestem jako kobieta przeciwnikiem stosowania środków hormonalnych, wkładek domacicznych, a także wszystkiego co by mogło nawet "najmniejszemu dzidziusiowi" życie utrudnić.
I nikogo nie przekonuję do swoich poglądów, bo to chodzi o mnie i o moje dzieci.
A polemiki wszelkiego rodzaju zostawiam tym, którzy lubią pogadać. Statystyki bywają bardzo różne i zaskakujące.
Ja mam swój światopogląd i system wartości, nie wstydzę się go, ale i nie narzucam.

A dzieci - 3 to fajnie, 4 byłoby świetnie... Ale na razie jest dwoje (jedno jeszcze w fazie końcowej produkcji) i jest co robić i kogo kochać.

(3) 
Karmienie piersią
Także po słowach Papy Franciszka bardzo zawrzało, gdy podczas mszy czy nabożeństwa gdy także udzielał chrztu wielu dzieciom, powiedział do kobiet, że jak dziecko płacze mogą je nakarmić. I rozwiał tym moje ostatnie dylematy na temat karmienia piersią. W poczekalni, w parku, w sklepie, w domu u siebie, i w gościach, w pociągu, autobusie, w Wilczym Szańcu... Halę karmiłam prawie wszędzie piersią. Ale w kościele nie, nie zdarzyła się taka okazja i zastanawiałam się czy można... Może i częściej bym z małym dzieckiem chodziła do kościoła, gdybym była pewna, że to wypada. Bo cyc - jak wiadomo - najlepiej uspakaja skołatane nerwy malucha.
Samo w sobie to bardzo szokujące też nie jest. Przecież nie kto inny jak Pan Bóg dał nam kobietą możliwość karmienia dziecka, ale jakie znowu oburzenie w internecie.
Z ciekawości czytałam komentarze:
"Przecież można wyjść z kościoła", albo "Kulturalnie i higienicznie nakarmić dziecko butelką".
No i tu od komentarza się nie powstrzymam:
Wychodzenie z kościoła (najlepiej na mróz) w czasie mszy wcale nie wydaje mi się lepszym i praktyczniejszym rozwiązaniem niż przystawienie dziecka do piersi (nikt nie mówi o wywalaniu cycków na wierzch, tylko o normalnym karmieniu - zresztą na mrozie to bym cycki sobie przeziębiła właśnie).
Nie wiem co kulturalnego jest w butelce (pod sklepem pije się z butelek średnio kulturalnie), ale higieniczne to nie jest na pewno. Nie ważne czy to mieszanka czy mleko odciągnięte. W butelce zaczyna się psuć już po krótkim czasie od przygotowania. A w cycku - zawsze świeżutkie, odpowiedniej temperatury, a że myję się regularnie - to raczej jakiegoś wielkiego zagrożenia epidemiologicznego raczej nie stanowi.
Jeśli kobiecie jest wygodniej sięgać po butelkę, ba - nawet jak w ogóle nie karmi piersią - to jest jej sprawa. Tu profesjonalnie nie jest mi to obojętne - zawsze będę namawiać, przekonywać, zachęcać... Ale tak naprawdę tylko jeśli chodzi o własne dzieci decyzja należy do mnie (i do mojego męża po trochę). I wiem jaką podejmę (oczywiście nic na siłę - jak przyplącze się jakieś paskudztwo nie będę umierać za karmienie piersią, wszystko z umiarem) i jak bardzo będę się starać karmić cycem, teraz już nawet w kościele. Widziałam po Hali jak jej to służy. Do roku karmiona, a jadła wtedy wszystko... Niejadkiem stała się później... Tak mnie kusi drugie karmić do 2 lat. Dłużej - nie wiem, wyjdzie w praniu.

A i nie lubię tych ciasnych klitek pod tytułem "pokój matki z dzieckiem" - do przewijania jak najbardziej ok, zresztą przewijać mogę i w toalecie jeśli tylko są wystarczające warunki, ale karmienie czy picie (pierś dla dziecka jest jednym i drugim) dlaczego ma odbywać się w ukryciu?
O nie, nie - partyzantka nie dla mnie, tylko otwarte działania!

Nie jestem kobietą super-nowoczesną. Ale za zacofaną także się nie uważam. Świat jest szalony, ale nie wszystko co się dzieje na nim jest złe!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

takie myśli (nie)samokrytyczne

Dla najważniejszych pytań w życiu nie ma prostych odpowiedzi. Nie warto pytać "dlaczego" i "po co", trzeba po prostu żyć.

I łapać każdy dzień.

Kim jestem i czego chcę?
Nigdy do końca nie będę wiedziała.

Czy robię dobrze, czy postępuję właściwie... Też nie wiem, nawet jestem przekonana, że popełniam dużo błędów. Tylko żebym wiedziała kiedy i gdzie - starałabym się ich unikać

Żyję tu i teraz, choć wierzę, że to ma większy sens, nie próbuję go zgadnąć. Jestem tylko człowiekiem. I aż człowiekiem.

Kocham.

I dlatego czasem się boję.

I cierpię.

Kocham i dlatego wiem co to szczęście.

I tylu ważnych ludzi, tak różnie poznanych, tak różnych i niezwykłych, a jedynych.

Gdybym była mądrzejsza ogarnęłabym to rozumem. Nie potrafię.
Głupia byłam, głupia będę.

A niech! Bywa...

Pełna i przy nadziei, zmęczona i pełna zapału w jednej tej samej chwili. Zasypiam i nie mogę zasnąć. Biegną i stoję w miejscu bujając się na boki.

I proszę w modlitwie pokracznej jak ja sama, nie tylko za siebie.

Jakieś plany, marzenia wszystko majaczy w przyszłości. Duża rodzina, radosne dzieci, z mężem do końca życia zakochani jak dziś i wczoraj, mała kariera uszyta na miarę, mieszkanie przestronne i jasne z ciemnymi meblami w kuchni otwartej na pokój dzienny i ludzi. Spokój i radość...

Byle zdrowie, byle życie było...
Choroba niweczy i zabiera wszystko, zabierając i ludzi.
Póki trwa życie w naiwności ludzkiej czekać można na cudowne odwrócenie losu.

Jest Tam Ktoś Kto zaplanował to wszystko. I ma on Miłosierdzie.
I wierzę... I wierzyć nie potrafię.

Ja słaby człowiek.

piątek, 16 stycznia 2015

pieluchowanie, chustowanie czyli ambitne plany nieanielicy, zainspirowanej przez inne matki

Zbliżamy się do Mamysiowego urodzenia. Jak każda matka (-wariatka) szukam najfajniejszych rozwiązań dla dziecka. Moja dobra koleżanka (mama naszego chrześniaka) także zdecydowała się na wielopieluchowanie i chustowanie, u niej podejrzałam jak wygląda to na żywo.
Sama mam pewne doświadczenia. Tetrę miałam do 3 miesiąca Hali, ale potem mieliśmy problem z suszeniem (akurat zima była), a poza tym podeszłam do tematu staromodnie tetra+majty, a to rozwiązanie jest bardzo wilgotne i ciągnie za sobą masę prania, nie tylko pieluch... Ale jedno było rewelacyjne - brak problemów ze skórą dziecka w tych okolicach. Dlatego na noc jeszcze długo używałam tetry, aby to co ma się wywietrzyć wywietrzyło się dobrze.
Do tetry dla Hali wróciłam w innym wydaniu (z otulaczem) i trenujemy numer z nocnikiem. Raz lepiej, raz gorzej wychodzi, ale otulacze sprawdzają się świetnie. Ze z tetrą LUX (znaczy tą grubszą), w tej właśnie chwili testujemy wkłady z bambusowej froty... Tak sobie myślę czy na spacery latem, wraz mikropolarem nie sprawdziłyby się. A może dwie takie froty na noc założyć... Albo łączyć je razem z tetrą? Jestem w fazie eksperymentów na starszym dziecku.
Dwie sztuki otulaczy z trzyelementowej kolekcji Hali. Trzeci element ubrany, właśnie używany...

Dla młodszego mam już kolekcję otulaczy, która mam nadzieje powiększy się jeszcze (o ile się sprawdzą) o jakiś z coolmaxem (coś już mam upatrzony) i z wełny merinosa własnej roboty (ale jeszcze zaprojektować i wykonać go muszę, aczkolwiek pomysł jest) - specjalnie na noc taki wełniany.
Trzy otulacze z Milovii z polarem...

... i jeden ze SmartLove z coolmaxem- wygląda bardzo zachęcająco, i chociaż mnie już kusi to zobaczymy jak się będzie sprawował, zanim zamówię następne...

Pierwszy miesiąc pewnie po domu będzie tradycyjnie - dwie tetry i flanelka na około. Dopóki dzieciaczek jest noworodkiem to fajnie się u nas sprawdzało. A na spacery (tak bardzo chcę, żeby nie było zbyt wielkich mrozów i można było chodzić na spacery od razu) to pewnie jednorazówki na początku...

Mam już trzy paczki "tescowych pampersów" (u nas najlepsza, sprawdzona marka) dla Mamysi i jedną dla Hali - bo jestem człowiekiem leniwym i dobrym dla siebie, więc czasem zapragnąć mogę i takiej odmiany.

No i gadżeciki związane wielopieluchowaniem:
Worek i mata do przewijania z PUL... Worki koniecznie trzeba jeszcze domówić, jeśli marzy mi się także wyjściowo używać wielorazówek. Tak doradza koleżanka, a ja je wierzę, bo fajne są i milusie te z pupusa (takie kudłate).

Karmienie piersią będzie oczywiście, więc i takie wkładki wypróbować trzeba. Mam zapas takich jednorazowych, ale może do tych się przekonam...
Może nie super seksowne, ale czaderskie, nie?


No i chusta. Nie do końca "jej wierzę", że noworodka i maleńkiego niemowlaka utrzyma, ale biegając za prawie już przedszkolakiem innej opcji nie widzę. Mam nadzieję, że po miesiącu życia Mamysia coraz więcej i chętniej będzie korzystać, a ja nadrobię z Halą spacery i zabawę na świeżym powietrzu. Wcześniej mieliśmy (i mamy, bo Hala się przywiązała) takie nosidło mei tai z pasków (na upały co by nie grzało za mocno). Wykonanie nie było porażające. Poprawiała nam to miła Pani na wakacjach, ale praktyczność tego nas zachwyciła. Do dzisiaj Hala korzysta z tego od czasu do czasu. W chuście zamotał się raz mój mąż i Halę wsadziliśmy (no może nawet kilka razy), ale zachwycona nie była. Nie przesadza się starych drzew, może i dwulatków do nowego chustowania się nie przekonuje.
Największa, skośno-krzyżykowa, tkana... Troszkę ciemniejsza niż na zdjęciu. No zobaczymy jak będzie.


Takie plany, dość ambitne. Jak będzie - nie wiem. Byleby zdrowo. Bo radośnie na pewno!

już nie rozumiem, czyli o tym jak marzenia zmieniają się

Przez całe studia, a nawet grubo przed nimi byłam przekonana, że zostanę psychiatrą.

To był mój ukochany przedmiot na studiach, kilka lat należałam do "Koła psychiatrycznego". Fascynowało mnie to strasznie. Ta babraninka w odmętach duszy ludzkiej... To zgłębianie, zrozumienie drugiego człowieka... Świadomość, że nie ma łatwych odpowiedzi, ani pewności co do niczego. Strasznie mnie to kręciło.

Nadawałam się - tak mi się zdawało, bo rozumiałam wszystko i wszystkich. Taka naiwna, życzliwa, nic niepragnąca dla siebie. No ale plan na życie miałam skrajnie różny. Miała być kariera, dużo, dużo pracy... Poświęcenie dla ludzi.

Nie bałam się, żyłam przecież dla siebie, odpowiadając za siebie tylko.

Gdy jednak założyłam rodzinę, urodziłam Młodą jeszcze na łóżku porodowym (podczas zszywania - wiecie czego - zupełnie serio - jak głupio to nie zabrzmi) doszłam do wniosku, że nie mogę dalej pragnąć tego samego.

Trzymając swoje pierwsze dziecko na piersi poczułam wszechogarniający strach - czy będzie szczęśliwa, czy zapewnię jej właściwą opiekę, czy nikt jej nie skrzywdzi... Przyszła też wtedy myśl, że nie mogę być psychiatrą, że wcale tego nie chcę. To nie dla mnie.

I wcześniejsze doświadczenia, i późniejsze - z ludźmi zaburzonymi w otoczeniu bliższym i dalszym utwierdziły mnie tylko w tym. Okazało się, że gdy nie pędzę na każde zawołanie, nie poświęcam wszystkiego swojego czasu, sił i chęci to "nie rozumiem już", "jestem niewrażliwa" i "ignoruje", a nawet "krzywdzę", "dręczę" i "ranię"...

Nie dostrzegałam nigdy w pacjentach ludzi, którzy niszczą swoje życie, a także rozwalają otoczenie. Pacjenta zawsze traktuje się lepiej bardziej rozumie niż kogoś kogo się na, lubi albo kocha.

Człowiek wiele rozumie, ale w końcu przestaje. Chce być normalnie szczęśliwy, dawać siebie ludziom, ale choć trochę zostawiać dla siebie.

Od dnia, w którym urodziłam córkę, wiedziałam, że moje marzenia zawodowe musiały sie zmienić.

Hala byłą malutka gdy wymacałam u niej węzełki chłonne powiększone - i panika - lekarz pediatra, skierowanie do hematologa. I prośba do Pana Boga "spraw, żeby była zdrowa, a ja będę inne dzieci kiedyś leczyć, proszę...".

Wyniki dobre.

Obietnicy dotrzymać trzeba.

Najmniej lubiany przedmiot na studiach - pediatria - ma być moją przyszłością?

Poszłam na staż. Z pediatrii był najlepszy. Na każde dziecko patrzałam przez pryzmat własnego. Więcej rozumiałam, więcej chciałam, odnalazłam się w tym co przez lata wydawało mi się abstrakcją. Gdy tylko zakończę macierzyński składam dokumenty na pediatrię. Ta praca da mi satysfakcję (na wdzięczność i pieniądze to raczej liczyć nie powinno się nigdzie) i jakiś wewnętrzny spokój (choć spokojna też nie będzie). Wiem to, bo uczciwie pracowałam na stażu.

Staż z psychiatrii też był miły. Pacjenta nie da się nie lubić z czymkolwiek nie przyjdzie i jakkolwiek się nie zachowuje. Jeśli to nie jest osoba bliska, to człowiek w pracy jest zupełnie pozbawiony złych emocji, osądu i irytacji. Tylko, że ja już czułam, że to dla mnie rozdział zamknięty. Chociaż parę razy (w tym od pani ordynator) słyszałam pytanie czy nie chciałabym przyjść do pracy do nich, bo się podobno nadaję.

Wiem, że jestem szalona, ale już tego nie czuję.
Czego?
Miłości do psychiatrii. Odkochałam się.

Teraz po pierwsze jestem Kasia. Po drugie mama. Po trzecie żona. Dopiero później lekarz i mniej czy bardziej człowiek, który stara się być dobrym...

Kiedyś mówiłam:
-Na pewno psychiatria, w życiu nie pediatria!
Teraz mówię:
-Zobaczymy jak się życie ułoży, grunt żebyśmy zdrowi byli...

dobry dzień, dobry wieczór, czyli chwile idealne

Czasem moja Młoda zachowuje się tak jakby zawczasu chciała mnie przygotować na "bunt nastolatka" i przyzwyczaić "buntem dwulatka" do pewnych zjawisk.Wiadomo - kocham ją, niezależnie od tego, ale to męczy, przede wszystkim to jej niejedzenie. Męczy, bo zadaję sobie pytanie "gdzie robię błąd"... Martwię się przecież, jak każda matka.

Wczoraj jednak było CUDOWNIE! Wstała z uśmiechem. Potem bawiła się radośnie. Bunty trwały dosłownie kilka sekund i przechodziły w niepamięć. Bardzo grzecznie chodziła za rękę na spacerze. U Babci obyło się bez krzyków, raczyła wszystkich pocałunkami, posprzątała po sobie zabawki bez buntu najmniejszego. Uśmiechając się przy tym jak hollywoodzka gwiazda. Pogardziła obiadem i owocem, ale chleb jadła z apetytem, kaszkę i serek homogenizowany nawet w sporych ilościach. Na kolacje dwa kawałki chleba z majonezem (i nawet ze skórką - co nie zdarza się jej często).

Potem we troje (licząc Marysię czworo) siedzieliśmy na dywanie. Młoda znalazła miarę krawiecką, mierzyliśmy sobie i lali brzuchy i głowy. Śmialiśmy się.Kto miał największy brzuch, no kto?
Zwijaliśmy ślimak z miary, układaliśmy lalę do snu... Wszyscy razem. Przy tym dużo całowania i przytulania.

Potem czytałyśmy bajki, na koniec poprosiłyśmy tatę Halinkowego, żeby włączył nam Roszpunkę ("Kukunkę" czyli "Zaplątanych") na komputerze. Usnęłyśmy obie oglądając film.

Więcej takich dni, proszę!

PS. Co do Roszpunki - młoda siada na krześle z miarą krawiecką, spuszcza ją ze szczytu krzesła. Pokazuje na swoje włosy i mówi "Kukunka, włosy Halinka". Co to znaczy łatwo zgadnąć.

środa, 14 stycznia 2015

praktyczna garderoba, a także tiule i koronki

Ostatnimi dniami pochłania mnie szykowanie garderoby dla Mamysi (wspominałam już o tym? Nie możliwe!).

Przy Hali uważałam, że ciuszki mają być praktyczne, że nie ważne jak będzie ubrana, byleby czysto, wygodnie... Dziwiłam się gdy kuzynka podarowała nam sukieneczkę wykończoną tiulem. Dla niemowlaka? Po co?

Większość ciuszków (lwią część) miałam po dzieciach kuzynów - samych chłopakach (a że wózek też niebieski - odkupiony po chłopcu) to sąsiedzi dopiero po ponad pół roku zdali sobie sprawę, że nasze dziecko to córeczka nie synek. Ale wtedy było trochę inaczej.

Rozdałam mnóstwo ciuszków (znowu nosili je chłopcy - bo tak się ułożyło) na dziewczynkowe nie było chętnych. Ciuszki nie dość, że powracały wszystkie (dlatego bez sensu jest je dusić w szafach, albo jak to robią niektórzy "lepsze sobie zostawić, a pożyczyć tylko te gorsze") to jeszcze cudownie się rozmnożyły.

Jest ich bardzo dużo:

Proszę zwrócić uwagę na najgenialniejsze spodnie ze smokiem! Piękne na dziecku (w pampersie i w tetrze także samo), a praktyczne, genialnie szybko schnące... Oh! A śpiochy z misiem (po lewej, w paseczki) - ulubione były nasze na spacery... Z większością tych rzeczy wiążą się jakieś wspomnienia...


Wyszperane w sh rzeczy także wyglądają zachęcająco, przygarnięte nie dlatego, że były potrzebne, a dlatego, że były śliczne:
No nie mogę się doczekać kiedy Mamysia będzie nosić te szałowe ciuszki. Tak, tak - ten nudny róż dla dziewczynek... Ale czy jest coś słodszego? Kwiatki, kwiatuszki...

Trzy sukieneczki są po Hali (otrzymane w prezencie), tylko błękitną kupiliśmy teraz (za mniej niż 1/3 ceny wyjściowej), żeby Marysia miała coś nowego, kupionego specjalnie dla niej.
Dwie mniejsze, dwie "bodziakowe" większe. Troszkę jak laleczka, troszkę jak księżniczka. Marzę...


Sukienek jest oczywiście więcej, ale te są najbardziej strojne i trzeba prać je w ręku, bo aż szkoda wkładać do pralki (choć zapewne przypadkiem juz się tam kiedyś zaplątały i zaplątają w przyszłości).

A teraz odkryłam przecenę włóczek bawełnianych w sklepie internetowym, z którego korzystam ostatnimi czasy... Trzeba zrobić zapas - na sukieneczkę i sweterek do Chrztu!

zachody słońca

Na niebie życia jest wiele Słońc.

Gdy zbliżają się ku zachodowi człowiek staje wobec tego bezsilny.

Ale i tak wierzy, do końca, że zdarzy się coś co odwróci los, da jeszcze trochę czasu by być razem, by pogrzać się w promieniach Słońca. By oddać chociaż część tej dobroci i miłości, którą się dostało.
Bardzo się wierzy, że czekają nas jeszcze lata, a wdzięcznym należy być (i należało być od zawsze) za każdy dzień.

Modlimy się i wierzymy.
I choć braknie słów - jesteśmy.

(proszę o nie umieszczanie komentarzy pod tym postem)

Marny ze mnie fotograf, nie potrafię uchwycić tych wszystkich odcieni nieba - tego szkarłatu, który rozlewa się po granicy Niebie i Ziemi... Ale jest tam.

wtorek, 13 stycznia 2015

rozmyślania ciążowe znad deski do prasowania

Szykujemy wyprawkę dla Mamysi. Pralka bezustannie pierze kolejne porcje garderoby mojej młodszej córki, a ona spokojnie, radośnie podskakuje sobie w moim brzuchu. Ubranka prasuje. Pościel też wyprasowałam. Nie dlatego, że uważam, że to potrzebne, pamiętam przecież, że tak szybko chwalebne prasowanie zarzuciliśmy przy Hali. No, ale chociaż trochę poprasuje, chociaż na start. Żeby nie miała dużo gorzej młodsza niż miała starsza, żeby nigdy nie przyszło jej do głowy, że jest mniej ważna (ani ważniejsza) od siostry...

Nie skarżę się na to prasowanie, bo dotykanie, przekładanie i układanie tych malutkich kaftaników, piżamek, spodenek, bluzeczek, sukieneczek daje mi spokój.

-Ty to lubisz? - pytał się mnie mąż,, a ja odpowiedziałam:
-Ja tego potrzebuje. 

Potrzebuję wić nasze gniazdo, chociaż podchodzić do wszystkiego staram się praktycznie i tak popadam w niemałe szaleństwo.

Wyobrażałam sobie, że druga ciąża będzie taka jak pierwsza. Okazało się, że zupełnie nie tak jest. Wyczekana jest jeszcze bardziej niż pierwsza, przyjęta przez nas z radością, ale dużym niedowierzaniem. ostrożnością. Pierwsze tygodnie, ba - nawet miesiące - cóż moje samopoczucie dalekie było od dobrego. Nie skarżę się oczywiście, bo wszystko ma swój sens. Ale było na tyle inaczej, że byłam skłonna uwierzyć w sugestię lekarza, który w dwunastym tygodniu coś dostrzegał między nogami.

Chociaż tak naprawdę, wewnątrz siebie od początku wiedziałam, że to będzie dziewczynka. Mąż także samo mówił:

-Przecież wiem co sam zrobiłem! 

I wyszło na jego. Skąd to przekonanie nasze?
Nie mam zielonego pojęcia.
Półtora roku temu, czuliśmy, że miał być chłopiec... Czy mieliśmy rację nie przekonamy się nigdy...
Ale przy Halinie też byliśmy pewni, że to dziewczynka, tak jak teraz. Złe samopoczucie wcale okazało się nie być związane z płcią dziecka. Dziewczynka - pewne to jest, nasz lekarz jest przekonany, a nawet mężu mój stwierdził, że na USG widział wyraźnie, że to mała kobietka.

I dobrze, bo już wszystko mamy przygotowane pod dziewczynkę, a Hali obiecaliśmy siostrzyczkę.

-Gdzie jest Marysia? - pytamy się jej.
-W buchu, Mamysia w buchu - Halina pokazuje na mój brzuch. 
Tłumaczymy, że będzie wyglądać jak lala, że mama pójdzie do szpitala, a potem wróci z Marysią, że Marysia będzie spać w łóżeczku, które rozłożyliśmy w większym pokoju, a wszystko co teraz przygotowujemy to prezenty dla Marysi, na to jej urodzenie.
Niby dla dziecka to skomplikowane, ale Hala zaskakuje nas czasami powtarzając te rzeczy sama z siebie, zupełnie z sensem i przekonaniem.
Strasznie kocha D. naszego chrześniaka, miejmy nadzieję, że i siostrę polubi.

Teraz na pewno mam mniej czasu dla siebie, dla dziecka w brzuchu, mniej rozmyślania, mniej głaskania po  brzuchu, ale nie mniej miłości, radości... To jest coś zupełnie innego, zupełnie nowego. Tak jak zupełnie inna, nowa, niezwykła będzie Ta, która się urodzi.

Żeby tylko Babcia mogła się i nią jeszcze nacieszyć.

Tyle mówi się o szkodliwości stresu w ciąży, a ja do końca nie wiem jak z tym jest. W pierwszej z Haliną stresu nie brakowało - rodzinne niesnaski, nasza przeprowadzka, końcowe egzaminy, sytacja materialna - bardzo niepewna.

Teraz - kłótnie, w które jesteśmy wciągani (zupełnie inne, nowe problemy rodzinne), choroba Babci, która spadła na nas jak grom z jasnego nieba. I ten strach w ciąży od samego początku, żeby złe historie się nie powtórzyły.

Chyba w życiu nigdy nie ma dobrego czasu na ciąże, bo nigdy nie ma spokoju.

Dziś 33 tygodnie i 4 dni, a ja czuję się jakbym co najmniej już była w 37 lub 38 tygodniu ciąży, kulam się bardziej niż idę, boli mnie spojenie łonowe, zmachałam się strasznie niosąc do pracy L4 - już nie ma mowy o marszu, tylko wolniutki spacerek. Czy Mamysia nadejdzie wcześniej, czy może to tylko kilogramy robią swoje? Nie wiem... Nie przejmuję się na razie tym tak bardzo - bo doktor nasz mówi, że wszystko w najlepszym porządku, wzorowo, tak jak powinno być.

Wierzę, bo w coś wierzyć trzeba żeby nie zwariować.

Czasem wyczuwam Jej kolanko i stópkę... Czasem wydaje mi się, że tak łaskocze, bo przebiera łapkami. I tylko o zdrowie na resztę ciąży, na poród i na całe życie proszę dla dziecka mego. Tak jak nie pragnę niczego tak jak zdrowia i szczęścia Hali.

Ciekawa jestem, cierpliwie czekam, choć tak tęsknię do wiosny... Chwilami jednak - gdy przez chmury przebija się słońce, a wiatr bywa cieplejszy, patrzę na zazielenione trawniki i słyszę ptaki. Myślę sobie wtedy:

-To już niedługo...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

intensywna niedziela, czyli u fryzjera i pożegnanie z wózkiem

Coraz więcej rzeczy dzieje się dla Mamysi i z myślą o Mamysi. Łóżeczko rozstawione, ubrana pościel, przykryte prześcieradłem, żeby się nie kurzyło. Ubranka piorą się, pieluchy poskładane, kocyki się suszą. Praca wre.
Wczoraj czas było, aby Hala pożegnała się ze spacerówką. Ostatnia przejażdżka do mojej Babci (gdzie w szopie na opał można zdeponować co cenniejsze z naszego dobytku), pa pa i Młoda już nie będzie jeździć wózkiem. Never ever! Nosidło, ewentualnie chusta jeśli się zdecyduje Młoda na wejście do chusty, ale przede wszystkim nogi, tylko czasem nasze ręce... Za mały metraż i za mało rąk, żeby trzymać dwa wózki, a projekt przyprowadzenia do domu gondoli w toku. Jeszcze serwis ogumienia, a niebieskie "porsze" znowu stanie u nas w przedpokoju.
Aby jednak osłodzić naszej Córce (jedynej poza brzuchem jak na razie) to rozstanie zabraliśmy dziecię nasze do fryzjera. Ścięłam się ja (przezornie, bo po porodzie będą wypadać włosy jak szalone, w zapomnienie odeszła zeszłoroczna trwała i wszystkie loki co się od tamtej pory uchowały), a potem Hala bez skrępowania siadła na fotel. Pani wyrównała jej piórka, zrobiła grzywkę. Młoda byłą zachwycona.
Ona to już pokochała. Oj będzie się dziecię nam włóczyć po kosmetyczkach, fryzjerach... To taki bardzo kobiecy typ.
Mąż też skrócił włosy. Jak szaleć to szaleć! Wszyscy odnowieni, szczęśliwi wróciliśmy do domu, odwiedzając jeszcze raz moją Babcie. I tak minęła niedziela.
Do Kościoła nie zdążyliśmy, bo dziecko wykończone wizytą w salonie fryzjerskim zległo jeszcze w gościnie i chociaż obudzone przez nas okrutnie po godzinie snu, to do północy bawiło nas swoim towarzystwem. Jak Jej nie kochać?

wsaniały trzydziestoletni, czyli urodziny męża mego

Dziś mój Małżonek wchodzi w najlepszy czas dla mężczyzny, kończy trzydzieści lat.
Gdy poznaliśmy się był super chłopakiem, ale teraz jest jeszcze lepszy, ekstra facet. Nie ładnie się chwalić i przechwalać, czego ja nie mam - a mam! Bardzo dobrego męża, przystojnego, inteligentnego, zdolnego, zaradnego, opiekuńczego, z poczuciem humoru!

Ostatnio - gdy oprócz ciążowych dolegliwości trapi mnie poważniejszy problem - choroba Babci - tym bardziej widzę jak wspaniałego Męża mam. Pomaga, wspiera, chętny, uśmiechnięty, łagodny...

Niech żyje sto lat, niech się nie zmienia za bardzo... Uwielbiam go takiego!

Bez balu, bez wielkiej fety dzisiaj będzie - pewnie skończy się na tradycyjnym, świątecznym kebabie - jak to u nas, ale będzie jak zwykle - dobrze, miło... Tylko białą czekoladę muszę kupić. Jakiś choć symboliczny prezent. (głupio robić większe prezenty ze wspólnej, bardzo ograniczonej kasy), a jak doczołgam się do pasmanterii przy rynku (w mojej tego nie ma) dokupię włóczki na szalik i choćby było już lato, zrobię mu szal, który obiecałam.

Ot, takie plany na ten dzień i na dalsze życie nasze. 

czwartek, 8 stycznia 2015

i jeszcze kilka słów o tym, co oglądamy

Uwielbiam ciepłe komedie w stylu "Listy do M."
Z niemałym zaangażowaniem oglądamy disnejowskie produkcje: "Kraina Lodu", "Zaplątani", "Auta", "Auta 2", "Samoloty", "Piękna i Bestia", wszystkie "Shrecki", "Epoki Lodowcowe", ""Madagaskary" i co tylko wpada w ręce. Przecież dziecka samego przed komputerem (telewizora - jak powszechnie wiadomo - samego się nie zostawia).
Najbardziej jednak przemawiają do mnie filmy i seriale traktujące o tym, co jest najgorszym doświadczeniem ludzkości w XX wieku - o Drugiej Wojnie Światowej. Niedawno dokończyliśmy oglądać "Czas Honoru" jak dla mnie najlepszy serial w dziejach polskiej telewizji. Z ciekawości zaczęliśmy "Sprawiedliwych" i mimo początkowego zniechęcenia po dwóch odcinkach wiedzieliśmy, że obejrzymy do końca. Warto - choć serial wygląda chwilami teatralnie, odrobinę sztucznie, to jednak historia opowiedziana wciąga bez reszty. Dużo symboli różnego rodzaju się tam pojawia. A wszystko jest bardzo ludzkie. O bohaterstwie, ale nie zawsze do końca i czasem z przypadku...
Głośno dyskutowany serial "Nasze matki, nasi ojcowie" wbił mnie w fotel (a właściwie dywan, bo fotela nie mam, a filmy oglądam najczęściej z dywanu). Nie mi oceniać wartość merytoryczną tego serialu (nie znam się tak na historii), ale sama opowieść o piątce przyjaciół bardzo mnie przekonała. Szczególnie postacie dwóch braci, którzy totalnie zmieniają się podczas walki. Perspektywa niemiecka pokazana w tym serialu nie stanowi dla mnie problemu, bo ja raczej w wojennych serialach szukam zawsze wątku człowieczeństwa postawionego przed najstraszniejszymi wyborami jakie można sobie wyobrazić. No i czekam na dobre zakończenie, chociaż jest ich tak mało.
W planach mam obejrzeć oczywiście "Miasto 44", do którego podchodzę nieco sceptycznie. Chociaż "Jutro idziemy do kina" zachwyciło mnie dopiero po parokrotnym obejrzeniu, chociaż bezpośrednio o wojnie nie traktuje.
"Kamienie na szaniec" także koniecznie muszę zobaczyć. 

Filmy o wojnie są filmami o CZYMŚ, o prawdziwych emocjach - bólu, cierpieniu i strachu, ale i szczęściu... Nadziei, że koniec bliski i szczęśliwy. I trochę o tym jak my jesteśmy szczęśliwi, choć zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy.

A ten teledysk jest sam jak film. Film, w którym chcemy pytać kim są bohaterowi i czy przeżyli...



PS. Tak, nauczyłam się niedawno wstawiać filmiki na bloga i jestem z tego dumna! (jak to blondynka)

o muzyce ciąg dalszy, tym razem fascynującej

Pewnie wszyscy już o nich wiedzą, wszyscy słuchali po sto razy... Ale my odkryliśmy ich dopiero w te święta. Tym razem troszkę poważniej, ale bardzo wesoło i radośnie.

Znane, lubiane, a w tej aranżacji jeszcze lepsze:

Jedyne wykonanie tego utworu akceptowane przez mojego Męża (bo sama piosenka doprowadza go do pasji szewskiej):

Pieśń (chyba religijna) o bardzo ciekawym przesłaniu, a słucha się pięknie.

środa, 7 stycznia 2015

Ylvis, czyli coś co ostatnio rozśmiesza nas do łez

Do tego "zespołu" czy też może bardziej "kabaretu" wracamy już któryś raz... Przesłuchasz ich piosenki - wydaje się ok - różnorodne, ale dobrze wykonane. Wsłuchasz się (wczytasz) w słowa - wiesz dlaczego tak bardzo nas rozbrajają.
Oto moja ulubiona ich piosenka:



Coś z mojej "branży":

Najbardziej znany przebój tej grupy:

Dobre, nawet bardzo dobre:

Ulubiony utwór Męża mego:

No i to skandynawskie, norweskie coś... Uwodzi ten kraj, uwodzi...

faza "co to?", "kto to?", mała perfekcyjna pani domu i wielkie pranie

Hala weszła w piękny etap gdy ciągle dopytuje się "co to?" i ""kto to?" czasem powtarza pytanie po kilka razy, powtarza też odpowiedź utrwalając idealnie nowe słowa. Czasem w pytaniu pojawia się nawet słówko "jest" i tak powstają pierwsze zdania.

Udawane rozmowy przez telefon w wykonaniu Młodej też są przecudne.
"Cześć tatuś, halo, halo, w domku jesteś, chlebek przynieś, no to pa pa". Fascynujące jest to jak chłonie to co dla nas jest codziennością i układa w swojej główce. Jak bardzo nas naśladuje.

Od Dziadków na święta dostała między innymi porcelanową zastawę z myszką Mini do zabawy, od Chrzestnego małą plastikową kuchenkę, od naszych znajomych wózek z akcesoriami do sprzątania. No i to są zabawki najlepsze. Miotła i zabawkowy odkurzacz, oraz robienie herbatki (którą niewidzialną dzielnie spijamy hektolitrami) i smażenie plastikowego jaja sadzonego są zabawami przez Młodą ukochanymi. Po kim te fascynacje? No, na pewno nie po mnie...

Ale budowanie klockami drewnianymi też jest ok... Szczególnie burzenie wież Tatusia.

Na przykład takich...
Tak jak zapowiadałam, szybko rozstaliśmy się z choinką, przygotowując się na Nasze Rodzinne Święto. Oto co stanęło teraz w pokoju i pewnie długo się z tym nie rozstaniemy:
Suszarka do prania, aktualnie z połową tetry i ręcznikami.
Pranie, a przy tym także suszenie o tej porze roku w naszym przepastnym mieszkaniu to zadanie bardzo logistycznie skomplikowane. Dlatego już zaczęliśmy... Łóżeczko już też stanęło na odpowiednim miejscu, pościel czeka na wypranie (wkłady i owijacz od materaca wyschnięte czekają na pościel i ubranie). Ruszyliśmy z przygotowaniami, gdy tylko kurier dostarczył pieluchy tetrowe i proszki do prania.
Podniecenie, radość, ale i trochę przerażenie - jak to wszystko ogarnąć. Jak zwykle samowystarczalni jesteśmy, nie angażujemy nikogo spoza naszej trójki (tak, tak Hala już też pomaga). Daliśmy raz radę, damy i drugi raz, a potem trzeci i czwarty jak Pan Bóg tak da!

niedziela, 4 stycznia 2015

wielkie radości i nie małe smutki

GRATULUJĘ POLUCHNY MARYŚ! Cieszę się wraz z Tobą jak i z Uleńką... Wspaniałe, piękne jesteście Wy wspaniałe Kobiety, choć ja tak daleko, tak mało widzę, tak bardzo czuję jednak. I Wasze Szczęście przenika i mnie.

Ale i myślę o tych, którzy dziś nie są tak bardzo radośni, kto ma wiedzieć, dla kogo to pisze, wie... Będzie lepiej, zawsze po złym przychodzi dobre, po deszczu słońce. Czasem tylko cholernie trudno w to uwierzyć!

Tak jak i u mnie teraz... Moja Mamysia i moja Babcia. Wszystko odwrotnie, tylko miłość - to samo uczucie.

plan Londyn jak najbardziej realny, czyli Asiu jedź - Londyn oczami nieanielicy po raz drugi 2010-04-05

Drugi raz byłam w Londynie z moim, już wtedy, Narzeczonym. Na kilka dni przed Jego powrotem na stałe do Polski. W pracy, gdy Go żegnano, zamiast drobiazgu na pamiątkę dostał kopertę z napisem (po angielsku oczywiście "Na zwiedzanie z narzeczoną", a w środku pewna ilość funtów, którą oczywiście wykorzystaliśmy chętnie w przeznaczonym celu.











Obie wyprawy do Londynu były trochę na wariackich papierach. Z małym przewodnikiem z metra w ręce, trochę w nieznane...Kiedyś tam wrócimy, z dziećmi, pozwiedzać, popatrzeć.
Asiu, jeśli starczy Ci czasu (no i kaski) to jedź koniecznie, tam jest co oglądać!
A mnie na dzień dzisiejszy kusi Kraków nawet, przez jakiś czas jednak bardzo małe będą nasze wielkie wyprawy... ;). 

na pokuszenie dla Joanny czyli Londyn moimi oczami część pierwsza - 2009-08-23

Ktoś pochwalił się, że marzy o wycieczce do Londynu, ja nie marzyłam o tym, ale byłam tam dwa razy, za sprawą tego, że mój ówczesny Chłopak, potem Narzeczony, aż w końcu dzisiaj Mąż pracował w UK, mieszkał w bardzo przyjemnej miejscowości niecałą godzinę pociągiem od Londynu. Oto na pokuszenie dla Panny Oceanny kilka fotek z pierwszej naszej wspólnej wycieczki do tego miasta.
















sobota, 3 stycznia 2015

sylwestrowe wspomnienia i dumania, czyli z przeszłości w przyszłość, moc pocałunków i Szczęśliwego Nowego Roku

Nowy Rok już trwa w najlepsze od jakiegoś czasu, ja blogowych życzeń jeszcze nie składałam.

Poprawiam się.

Dużo zdrowia dla Wszystkich i dla Każdego z osobna!

Tylko tyle, i aż tyle. Jeśli jest zdrowie jest wszystko. Powtarzam się, ale to coś co uważam rzeczywiście za jedyną wartość. Zdrowie to szczęście i siły do spełniania marzeń. To możność odczuwania i okazywania miłości.

Ten Sylwester był jednym z najspokojniejszych jakie można sobie wyobrazić. Posiedzieliśmy po południu u mojej Babci, wieczorem w domu bawiliśmy się z Dziecięciem Naszym - kuchenką plastykową, zastawą deserową zabawkową, klockami drewnianymi, obejrzeliśmy jakąś bajkę. Przed północą odgrzaliśmy bigos, Młoda wpatrywała się w wybuchy na niebie, powtarzała po swojemu "Petady stelają, petady!".
Była zachwycona, a rok temu potwornie się bała wystrzałów.
Tak mniej więcej witaliśmy Nowy 2015 Rok, spokojnie, po domowemu...
Sentymentalna się ostatnio zrobiłam, bo przypomniał mi się Sylwester sprzed wielu lat.
U Dziadków byłam. Dziadek po lampce wina pocałował Babcię w usta (!), wtedy dopiero do mnie dotarło (a miałam już ze dwadzieścia lat), że Ci ludzie się kochają. I to wcale nie jest miłość czysta i niewinna. To było wielkie odkrycie.

Nie myślałam, że i mi coś takiego się w życiu zdarzy. A tu i w tym roku, u mojej Babci, na tej samej kanapie, mąż mój sprzedał mi całusa także po lampce wina (ja ze względów oczywistych pozostałam absolutnie trzeźwiutka, jak aniołek). Jak szybko historia zatacza krąg.

A sześć lat temu, nie długo po tym (po dwóch tygodniach?) od naszego pierwszego spotkania spędziliśmy z Tomkiem pierwszego wspólnego sylwestra. Teście (wtedy przyszli, teraz obecni) zabrali nas ze sobą na Stary Rynek. Miło było, wesoło, Teść miał w plecaku termos z kawą, Oni sami bawili się jak młodzi ludzie, młodzi i zakochani.
My zakochani byliśmy, ale nieśmiali, podrygiwaliśmy w tańcu. Na scenie grał Dżem. Czekałam na jego pierwszy krok, na wyznanie, może i pocałunek... Ale jak tak, przy Rodzicach? Ale jak tak, może wcale to nie jakieś wielkie uczucie? Minęła północ, były życzenia grzeczności i nic... Minął jeszcze jakiś czas. Wreszcie mój Luby nachylił się i powiedział średnio romantyczne "a co mi tam" i pocałował mnie, a ja mu na to równie romantycznie odrzekłam "nie krępuj się"... No i usta do ust przylgnęły. Teściowie za złe tego chyba nam nie mieli, zresztą poza kilkoma sprawami, które nas poróżniły, to są całkiem fajni ludzie i kochają się na wzajem. Nauczyli też kochać mojego Męża i za to zawsze będę ich bardzo szanować.

Gdy myślę o tym co było 6 lat temu, o tym podnieceniu, niepewności, podnieceniu, radości, ale i niepewności, ciarki mnie przechodzą. I bardzo się cieszę, że pięknie się to wszystko nam zaczęło, a dziś mamy już dwójkę dzieci. Jedno na wierzchu, drugie jeszcze spakowane...

radości świąteczne i codzienne



Radość nr 1
Radość nr 2