czwartek, 22 stycznia 2015

dzień babci, dzień dziadka

Świętowaliśmy u mojej Babci. Zupełnie specjalnie i umyślnie nie dzwoniłam do niej rano (a zwykle kontaktujemy się przed południem, po południu, a na wieczór zwykle się widzimy). Zajęłam się za to pieczeniem. Jako, że jestem beznadziejną panią domu (i nie ma się niestety czym chwalić w tej materii) upiekłam babeczki z nadzieniem różanym (oczywiście z półproduktu), ale że pranie jeszcze się "robiło", a czasu było troszkę poszperałam w internecie, za przepisem za ciastem marchewkowym - żeby może Młoda zjadła. Ciasto (o dziwo!) wyszło nawet zjadliwe. Młoda (nie dziwne) olała je.
Miałam skromny prezent dla Babci, młoda namalowała obrazki (takie malowanie wodą w specjalnych książeczkach Disney'a), Przyszła do Babci nawet moja siostra z prezentem, Tomek po pracy zjawił się z kwiatami.
Babcia oczywiście swoje - "niepotrzebnie", "ale po co to", "chyba macie za dużo pieniędzy", ale widzieliśmy, że się cieszy. My i tak, tak mało jesteśmy w stanie Jej dać.
A ona zasłużyła na to, żeby na rękach ja nosić. W dzieciństwie była zawsze blisko, gotowa nieść pomoc i pieścić. Gdy jeszcze pracowała, to przed pracą przyjeżdżała z Bartodziej do Fordonu, żeby zobaczyć tylko jak jej wnuki wstają z łóżek. A że naczynia pomyła, czy przypilnowała nas, żeby mama mogła wyskoczyć po zakupy to już inna sprawa. Dziadkowie zresztą pomagali finansowo zawsze moim rodzicom. Ja sama dostałam na osiemnastkę książeczkę oszczędnościową z wkładem, którego połowę wydałam gdy potknęłam się na studiach (na pierwszym nieszczęsnym roku) i powtarzałam go (a tanie to, to nie było), reszta pieniążków rozleciała się na notariusza i przeprowadzkę gdy kupowaliśmy mieszkanie. Ale i wtedy babcia zasponsorowała nam lodówkę, kuchenkę i pralkę. Nie jakiś super drogi sprzęt, ale nasze topniejące wtedy oszczędności nie starczyłyby na wszystko... Pewnie jeszcze teraz spłacalibyśmy raty... Ona się nie pytała, dała i nigdy nie wypomniała. I nie chodzi o samą kasę. Tylko o to, że była z nami (nie tylko ze mną - swoją wnuczką - bądź co bądź mieszkałyśmy razem przez pięć lat, więc przywiązana do mnie była jeszcze bardziej przez to), ale z nami, naszą małą rodziną od samego początku życzliwa i rozumiejąca.
A był czas kiedy moja mama zażądała, żebyśmy się wyprowadzili (w przeciągu 5 tygodni z jej mieszkania), a teściowie... Cóż - mieli wtedy dziwne pretensje na zupełni inny temat i także nie proponowali wylewnie pomocy w trudnej dla nas sytuacji. Byłam w ciąży, studiowałam, grosze dorabiałam tylko, żyliśmy z jednej pensji. Gdy decydowaliśmy się na dziecko myśleliśmy, że pomieszkamy pięć lat u mojej mamy - na dobrych finansowo warunkach, a tu taka niespodzianka. Byłam przerażona i czułam, że ziemia rozstępuje mi się pod nogami.
Przetrwaliśmy, bo zawsze byłą opcja, że przebiedujemy jakiś czas u Babci. Z dzieckiem, my dwoje i Babcia na pokoju z kuchnią (zimną kuchnią i zimną łazienką) - byłoby ciężko. Ale Babcia była jedyną osobą, która wyciągała do nas pomocną dłoń.
Gdy szukaliśmy mieszkania, Babcia od razu mówiła "Weźcie to, bo jest blisko do mnie"... Wzięliśmy i teraz to doceniamy, bo Tomek co drugi dzień przynosi Babci drzewa, jest blisko, więc codziennie możemy u niej być. Zresztą to nasz drugi dom - oboje (o Hali nawet nie wspomnę) czujemy się tam swobodnie. W naszych rodzinnych domach - już nie koniecznie tak jest.

Jaka jest Babcia?
To dyplomatka - nie wypala z grubej rury, kiedy nie musi. Raczej ze wszystkimi pozostaje w przyjaznych stosunkach. Ale jest szczera i nie kłamie. Jest spokojna, lubi książki i wszelkie script document... Swoją rodzinę kocha bardziej niż siebie.
Nie piecze (przynajmniej ja nie pamiętam, żeby ciasto upiekła) i nie lubi robótek ręcznych. Nie lubi prasować (tylko dziadkowi prasowała koszule - ale to była wielka miłość, mi kilka razy wyprasowała fartuch, ale w wyjątkowo tylko, normalnie tylko przypominała o tym).
Można z nią o wszystkim porozmawiać, pośmiać się, lubi dowcipy... Ma duży dystans do wielu spraw. Nigdy nie była mściwa.
Dobrze, aczkolwiek tłusto gotuje.
Uwielbia prawnuczkę i jej to już totalnie na wszystko pozwala. 

Dużo rozmawiałyśmy w życiu, dużo mogłabym o Niej opowiadać. Nie w teraz. Nie czas, może i nie miejsce. WSPANIAŁYM CZŁOWIEKIEM JEST! Aniołem już tu na ziemi, ale takim specjalnym - bo naszym.

Dziadka - już osiem lat jak go nie ma - też miałam wspaniałego. Dlatego tak się upieram, że albo synowi dam na imię Jerzy albo czwartej córce Jerzyna.

Było mi dane poznać jedną Babcię mojego męża. Osobę pełną uroku, mądrą, dobrą i spokojną. I nie zapomnę jak mówiła "moja Kasia przyjechała". To było straszliwie miłe.

A Dziadkowie naszej Hali? (Halina to imię po drugiej babci mojego męża).
Nie mi ich oceniać (mamę moją i teściów), podrosną nasze dzieci - same ułożą sobie kontakty z dziadkami. Nie chcemy ingerować w to czy dzieci nastawiać. Ani źle nastawiać ani zmuszać do wylewności uczuć. To co prawdziwe obroni się samo. My uczymy Halę szacunku, tego, że trzeba dawać od siebie, a nie tylko brać. Reszta po stronie dziadków.

Za dwadzieścia kilka, trzydzieści lat sami będziemy dziadkami - daj Panie Boże tylko zdrowie wszystkim - jacy będziemy?
Pewnie z planów niewiele wyjdzie, ale na dziś to ma być tak - wspierający, ale nie upierdliwi, weseli, troskliwi, ale z własnym życiem. Rozpieszczający, ale nie wychowujący.

Od wychowania są rodzice. Dziadkowie zupełnie od czegoś innego...

4 komentarze:

  1. Bardzo wzruszajace Kasiu. Jak cudownie mieć taką babcię. Taka babcia to skarb! Dużo zdrowia dla Niej! Czas wszystko układa, czasami zupełnie odwrotnie niż chcemy. Wspaniałą jesteś mamą i wnuczką :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniali ludzie mnie otaczają, mi daleko do wspaniałości...
      Babcia jest niesamowita w tej swojej spokojnej zwyczajności. Podziwiam ją i mam nadzieję, być kiedyś w części jak Ona.

      Usuń
  2. Wiesz, kiedyś u siebie pisałam post o dziadkach. Moja i Twoja babcia to takie Anioły cudowne.
    Lilka ma takie "szczęście", że jednej babci już nie ma, w druga ciągle w pracy. Tak bardzo mi szkoda i żal, nie ma tak jak ja miałam, że u babci było najlepiej i ciągle u niej byłam. Dziadków Lil ma 2. Jeden kocha tak, że do końca i jeszcze bardziej, a drugi nie. Nie potrafił kochać żony, syna, teraz jej, "nie życzy sobie kontaktu". Mnie kochać nie ma obowiązku - wzajemnie zresztą. Nie jest to łatwa sytuacja. Ale trzeba dalej, do przodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem wydaje mi się, że rodzina to nie ludzie, którzy są z nami spokrewnieni, a Ci, którzy są blisko nas.

      Usuń