wtorek, 13 stycznia 2015

rozmyślania ciążowe znad deski do prasowania

Szykujemy wyprawkę dla Mamysi. Pralka bezustannie pierze kolejne porcje garderoby mojej młodszej córki, a ona spokojnie, radośnie podskakuje sobie w moim brzuchu. Ubranka prasuje. Pościel też wyprasowałam. Nie dlatego, że uważam, że to potrzebne, pamiętam przecież, że tak szybko chwalebne prasowanie zarzuciliśmy przy Hali. No, ale chociaż trochę poprasuje, chociaż na start. Żeby nie miała dużo gorzej młodsza niż miała starsza, żeby nigdy nie przyszło jej do głowy, że jest mniej ważna (ani ważniejsza) od siostry...

Nie skarżę się na to prasowanie, bo dotykanie, przekładanie i układanie tych malutkich kaftaników, piżamek, spodenek, bluzeczek, sukieneczek daje mi spokój.

-Ty to lubisz? - pytał się mnie mąż,, a ja odpowiedziałam:
-Ja tego potrzebuje. 

Potrzebuję wić nasze gniazdo, chociaż podchodzić do wszystkiego staram się praktycznie i tak popadam w niemałe szaleństwo.

Wyobrażałam sobie, że druga ciąża będzie taka jak pierwsza. Okazało się, że zupełnie nie tak jest. Wyczekana jest jeszcze bardziej niż pierwsza, przyjęta przez nas z radością, ale dużym niedowierzaniem. ostrożnością. Pierwsze tygodnie, ba - nawet miesiące - cóż moje samopoczucie dalekie było od dobrego. Nie skarżę się oczywiście, bo wszystko ma swój sens. Ale było na tyle inaczej, że byłam skłonna uwierzyć w sugestię lekarza, który w dwunastym tygodniu coś dostrzegał między nogami.

Chociaż tak naprawdę, wewnątrz siebie od początku wiedziałam, że to będzie dziewczynka. Mąż także samo mówił:

-Przecież wiem co sam zrobiłem! 

I wyszło na jego. Skąd to przekonanie nasze?
Nie mam zielonego pojęcia.
Półtora roku temu, czuliśmy, że miał być chłopiec... Czy mieliśmy rację nie przekonamy się nigdy...
Ale przy Halinie też byliśmy pewni, że to dziewczynka, tak jak teraz. Złe samopoczucie wcale okazało się nie być związane z płcią dziecka. Dziewczynka - pewne to jest, nasz lekarz jest przekonany, a nawet mężu mój stwierdził, że na USG widział wyraźnie, że to mała kobietka.

I dobrze, bo już wszystko mamy przygotowane pod dziewczynkę, a Hali obiecaliśmy siostrzyczkę.

-Gdzie jest Marysia? - pytamy się jej.
-W buchu, Mamysia w buchu - Halina pokazuje na mój brzuch. 
Tłumaczymy, że będzie wyglądać jak lala, że mama pójdzie do szpitala, a potem wróci z Marysią, że Marysia będzie spać w łóżeczku, które rozłożyliśmy w większym pokoju, a wszystko co teraz przygotowujemy to prezenty dla Marysi, na to jej urodzenie.
Niby dla dziecka to skomplikowane, ale Hala zaskakuje nas czasami powtarzając te rzeczy sama z siebie, zupełnie z sensem i przekonaniem.
Strasznie kocha D. naszego chrześniaka, miejmy nadzieję, że i siostrę polubi.

Teraz na pewno mam mniej czasu dla siebie, dla dziecka w brzuchu, mniej rozmyślania, mniej głaskania po  brzuchu, ale nie mniej miłości, radości... To jest coś zupełnie innego, zupełnie nowego. Tak jak zupełnie inna, nowa, niezwykła będzie Ta, która się urodzi.

Żeby tylko Babcia mogła się i nią jeszcze nacieszyć.

Tyle mówi się o szkodliwości stresu w ciąży, a ja do końca nie wiem jak z tym jest. W pierwszej z Haliną stresu nie brakowało - rodzinne niesnaski, nasza przeprowadzka, końcowe egzaminy, sytacja materialna - bardzo niepewna.

Teraz - kłótnie, w które jesteśmy wciągani (zupełnie inne, nowe problemy rodzinne), choroba Babci, która spadła na nas jak grom z jasnego nieba. I ten strach w ciąży od samego początku, żeby złe historie się nie powtórzyły.

Chyba w życiu nigdy nie ma dobrego czasu na ciąże, bo nigdy nie ma spokoju.

Dziś 33 tygodnie i 4 dni, a ja czuję się jakbym co najmniej już była w 37 lub 38 tygodniu ciąży, kulam się bardziej niż idę, boli mnie spojenie łonowe, zmachałam się strasznie niosąc do pracy L4 - już nie ma mowy o marszu, tylko wolniutki spacerek. Czy Mamysia nadejdzie wcześniej, czy może to tylko kilogramy robią swoje? Nie wiem... Nie przejmuję się na razie tym tak bardzo - bo doktor nasz mówi, że wszystko w najlepszym porządku, wzorowo, tak jak powinno być.

Wierzę, bo w coś wierzyć trzeba żeby nie zwariować.

Czasem wyczuwam Jej kolanko i stópkę... Czasem wydaje mi się, że tak łaskocze, bo przebiera łapkami. I tylko o zdrowie na resztę ciąży, na poród i na całe życie proszę dla dziecka mego. Tak jak nie pragnę niczego tak jak zdrowia i szczęścia Hali.

Ciekawa jestem, cierpliwie czekam, choć tak tęsknię do wiosny... Chwilami jednak - gdy przez chmury przebija się słońce, a wiatr bywa cieplejszy, patrzę na zazielenione trawniki i słyszę ptaki. Myślę sobie wtedy:

-To już niedługo...

10 komentarzy:

  1. Piękne są Twoje przemyślenia,

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja nic nie wiedziałam, bo nie zaglądałam (przez jakiś czas odwiedzałam tylko blogi, w których blox mi mówił, że są nowe notki). o rany rany rany, jak pięknie! jak pięknie!:-) trzymam kciuki z całej siły, żeby wszystko było jak najpiękniej:-) pozdrawiamy Was serdecznie i obiecujemy, że spróbujemy częściej wpadać, żeby nie mieć potem taaaaakich haniebnych zaległości:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to się gubimy i znajdujemy w tym internecie :) Zapraszam serdecznie i zaglądam także, życzliwie podglądając co słychać dobrego u Was! Pozdrowionka!

      Usuń
  3. O rany, jak pięknie napisałaś! Przrf chwilą i ja doświadczałam tych ruchów u smyrnięć a teraz trzymam moją Truskaweczkę do odbicia ♡

    To już niedługo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest takie magiczne i niepojęte, że to jest człowiek, żyje sobie w drugim człowieku, a potem hop i jest już całkiem osobny...

      Usuń
    2. Odpowiednie rzeczy dać słowo - hop i już :D

      Usuń
    3. Może to "hop" to troszkę uproszczenie, ale z perspektywy posiadania dziecka to poród jest właśnie takim "hop" ważnym, ale nie decydującym o wszystkim. Zresztą w pamięci to co ciężkie jakoś się zaciera, a pozostaje tylko to co piękne... Takie "hop" ;) Przynajmniej u mnie tak było.

      Usuń