sobota, 3 stycznia 2015

sylwestrowe wspomnienia i dumania, czyli z przeszłości w przyszłość, moc pocałunków i Szczęśliwego Nowego Roku

Nowy Rok już trwa w najlepsze od jakiegoś czasu, ja blogowych życzeń jeszcze nie składałam.

Poprawiam się.

Dużo zdrowia dla Wszystkich i dla Każdego z osobna!

Tylko tyle, i aż tyle. Jeśli jest zdrowie jest wszystko. Powtarzam się, ale to coś co uważam rzeczywiście za jedyną wartość. Zdrowie to szczęście i siły do spełniania marzeń. To możność odczuwania i okazywania miłości.

Ten Sylwester był jednym z najspokojniejszych jakie można sobie wyobrazić. Posiedzieliśmy po południu u mojej Babci, wieczorem w domu bawiliśmy się z Dziecięciem Naszym - kuchenką plastykową, zastawą deserową zabawkową, klockami drewnianymi, obejrzeliśmy jakąś bajkę. Przed północą odgrzaliśmy bigos, Młoda wpatrywała się w wybuchy na niebie, powtarzała po swojemu "Petady stelają, petady!".
Była zachwycona, a rok temu potwornie się bała wystrzałów.
Tak mniej więcej witaliśmy Nowy 2015 Rok, spokojnie, po domowemu...
Sentymentalna się ostatnio zrobiłam, bo przypomniał mi się Sylwester sprzed wielu lat.
U Dziadków byłam. Dziadek po lampce wina pocałował Babcię w usta (!), wtedy dopiero do mnie dotarło (a miałam już ze dwadzieścia lat), że Ci ludzie się kochają. I to wcale nie jest miłość czysta i niewinna. To było wielkie odkrycie.

Nie myślałam, że i mi coś takiego się w życiu zdarzy. A tu i w tym roku, u mojej Babci, na tej samej kanapie, mąż mój sprzedał mi całusa także po lampce wina (ja ze względów oczywistych pozostałam absolutnie trzeźwiutka, jak aniołek). Jak szybko historia zatacza krąg.

A sześć lat temu, nie długo po tym (po dwóch tygodniach?) od naszego pierwszego spotkania spędziliśmy z Tomkiem pierwszego wspólnego sylwestra. Teście (wtedy przyszli, teraz obecni) zabrali nas ze sobą na Stary Rynek. Miło było, wesoło, Teść miał w plecaku termos z kawą, Oni sami bawili się jak młodzi ludzie, młodzi i zakochani.
My zakochani byliśmy, ale nieśmiali, podrygiwaliśmy w tańcu. Na scenie grał Dżem. Czekałam na jego pierwszy krok, na wyznanie, może i pocałunek... Ale jak tak, przy Rodzicach? Ale jak tak, może wcale to nie jakieś wielkie uczucie? Minęła północ, były życzenia grzeczności i nic... Minął jeszcze jakiś czas. Wreszcie mój Luby nachylił się i powiedział średnio romantyczne "a co mi tam" i pocałował mnie, a ja mu na to równie romantycznie odrzekłam "nie krępuj się"... No i usta do ust przylgnęły. Teściowie za złe tego chyba nam nie mieli, zresztą poza kilkoma sprawami, które nas poróżniły, to są całkiem fajni ludzie i kochają się na wzajem. Nauczyli też kochać mojego Męża i za to zawsze będę ich bardzo szanować.

Gdy myślę o tym co było 6 lat temu, o tym podnieceniu, niepewności, podnieceniu, radości, ale i niepewności, ciarki mnie przechodzą. I bardzo się cieszę, że pięknie się to wszystko nam zaczęło, a dziś mamy już dwójkę dzieci. Jedno na wierzchu, drugie jeszcze spakowane...

6 komentarzy:

  1. Czytam i się sama do siebie uśmiecham i do Was :)
    Ach, jakie to jest odkrycie, że miłość dziadków, to nie tylko wielki szacunek, ale i szaleństwo miłości :D
    Zdrowia dla Was również w tym Nowym Roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to odkrycie największe na świecie, a jakże potrzebne!

      Usuń
  2. I niech duch miłości zawsze w Waszych Rodzinach będzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochajmy się - we Wszystkich Rodzinach ;)

      Usuń
  3. Och jak lubię takie wspomnienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sentymentalna i bardzo wspominająca coś jestem ostatnio :P

      Usuń