sobota, 28 lutego 2015

termin

Wydawało mi się, bardzo długo wydawało, że Mamysi śpieszy się na świat, jednak doczekałyśmy do terminu w "jednym kawałku".
Niecierpliwie, ale radośnie (mimo wszystko) czekamy już na jej decyzję o wyjściu z brzucha.

Wydaje mi się, że Hala jest święcie przekonana, że jej siostra wyskoczy z mojego pępka. No cóż, na razie takie przekonanie jej wystarczy.

Zrobiliśmy wczoraj zakup bardzo poważny (z dawna oczekiwany) - rowerek biegowy dla Hali. Z jej ulubionym Zyg-Zakiem McQueen'em. Poszukiwanie promocyjnego towaru zajęło nam dłuższą chwilę w markecie, ale było warto. Dziecko szczęśliwe i strasznie "podjarane".

Czy z siostry też się bezie tak cieszyć?

wtorek, 24 lutego 2015

oczekiwanie...

39 tygodni i 4 dni... Brzuch nisko, ale jeszcze nic się nie dzieje... Czekamy.
Strach i obawa związana z narodzinami dziecka jest, ale wraz z radością ukrywa się gdzieś przed tym co nieuniknione.
Urodzenie to sprawa dni...
Odejście też może okazać się sprawą dni, może tygodni, raczej nie miesięcy...
Trudno godzić się z tym.

Dni przybliżające nas do powitania zbliżają do pożegnania.
Zresztą nie wiemy nigdy z kim i w jakich okolicznościach, jak szybko przyjdzie się nam żegnać.
To przerażające.

Jedyne co trzyma człowieka na granicy szaleństwa, "po tej dobrej stronie" to wiara, w to, że pożegnania nie są na zawsze. Kiedyś będziemy wszyscy razem, szczęśliwi - młodzi i zdrowi.

piątek, 13 lutego 2015

13 piątek katarzyny i zakochana matematyka

Dziś właściwie moje imieniny (data wybrana przez rodziców), chociaż większość życzeń odbieram w listopadzie.
Nie boję się dziś pecha - bo jakby to było - we własne imieniny?

A może Marysia już dziś się zdecyduje wyjść na świat?

Ma jeszcze czas - dopiero 37 tygodni i 6 dni.

Jutro Walentynki i dokładnie koniec 38 tygodnia. Taka zakochana matematyka...

czwartek, 12 lutego 2015

porywam sie dzisiaj z motyką na słońcę, ale kto wie, może się uda...

Z okazji Tłustego Czwartku mam zamiar dopieścić męża mego, a przynajmniej spróbować... Za pomocą faworków (czy też chruścików) własnej roboty.
Wczoraj zrobiłam ciasto marchewkowe (inspirowane przepisami z internetu, ale według własnego przepisu) - wyszło względnie jadalne. Dziś podchodzę do tematu faworka - z dużym stresem.

To będzie "mój pierwszy raz"...

Zresztą to ostatnia okazja podjeść sobie coś tłustego bez wyrzutów sumienia... Po urodzeniu dzieciątka wreszcie trzeba będzie się troszkę ogarnąć.

A co jeśli faworki nie wyjdą?

Zawsze zostają awaryjne, niezawodne - mini-pączki z serka homogenizowanego.

Tłusty Czwartek jak i wszystkie inne pozostałe dni spędzamy popołudniem u Babci, łapiąc każdą chwilę...

środa, 11 lutego 2015

będzie wszystko inaczej...

Lada dzień nasz świat wywróci się do góry nogami. I dobrze! Przecież czekamy na to, pragniemy tego... Ale dopiero teraz - gdy niby wszystko zaplanowane i zrobione - dopiero do mnie dochodzi, że nie umiem sobie wyobrazić tej naszej nowej rzeczywistości.
I ten strach we mnie - czy wszystko pójdzie dobrze, czy mała urodzi się zdrowa i silna... Nie wiadomo skąd pojawia się też strach o starszą. Czy zajmiemy sie nią należycie. Czy nie pochoruje się, czy będzie szczęśliwa mając rodzeństwo.
Niby to już czas, kiedy nie zostało na myślenie ani chwili, ale teraz właśnie myśli są najbardziej natrętne, aż nieprzyjazne chwilami...
I śni mi się, że karmię już Mamysię piersią (tylko dlaczego przez słomkę?), moje myśli nie uporządkowane zupełnie, nie chcą współpracować ze mną i przez o nie sposób podjąć jakieś uporządkowane działanie. Gdzieś tkwię w zawieszeniu, nawet teraz nie będąc pewna, czy słowa, które wystukuję na klawiaturze mają jakikolwiek sens...
Nie jest tak, że siedzę i myślę... Nie...Nic z tych rzeczy.
Staram się nadganiać wszystko co do nadgonienia jest. Nowym telefonem (stary odmówił posłuszeństwa) robię zdjęcia Hali dokumentując szczęśliwe jej jeszcze jedynacze chwile.
Codziennie (raz albo dwa razy) jesteśmy u Babci, robiąc tyle ile możemy - będąc z nią...
Nauczyliśmy się korzystać z otulaczy, wkładek bambusowych i polarku zamiast pampersów. Piekę ciasta, robię mini-pączki. Coś tam czasem gotuje. Na zaś przygotowuje wielkanocne prezenty dla dzieciaków z rodziny i "przyległości". Wiję gniazdo dawno już uwite.
Twórczość moja różnoraka leży i kwiczy, bo ani twórcza ani zawzięta być nie potrafię już...

Może powinnam zrobić coś jeszcze, lepiej przygotować nasz dom/świat na Mamysię? Może za mało do Niej mówię, może za mało głaskam brzuszek.

To jest zupełnie inna ciąża niż Halinowa. Zupełnie inna jest nasza sytuacja, zupełnie inne dziecko (nawet buźka na USG zupełnie inna wydaje się być).

Nie boję się, że będę kochać mniej, któreś z dzieci - kocham do szaleństwa obie córki, ale to co nowe, inne, niepewne jest tak nieodgadnione i tajemnicze... Bardzo chcę żeby to było już, a sama jakby w głowie odwlekam to na później.
Niepozbierana.

zmęczona padam na ryjek...

Moja koleżanka tak czasem mówi. "Padam na ryjek, nie dam rady tego czy owego zrobić".
Doszłam właśnie do tego etapu.
Padam na ryjek.
Ciężko mi jest się kulać. Ciągle chce mi się spać.
Wykańczają mnie chwile kiedy Marysia się nie rusza, a ja już zaczynam płakać prawie i zbierać się do wyjazdu do szpitala. A kiedy skacze wesoło sama nie wiem jak usiąść, żeby obu nam było wygodnie (37 tygodni i 5 dni).
Zmęczona jestem nieporządkiem, który osiągnął w mieszkaniu nową jakość i zdaje się przytaczać.
Strasznie męczy mnie choroba Babci i ta nasza bezradność (w żadnym razie nie mam do Babci pretensji - nic z tych rzeczy).
Męczy mnie Hala, żywiołowa i nieprzewidywalna, aczkolwiek bardziej dręczy mnie jej katar czy kaszel od czasu do czasu.
Wykańcza mnie ciągły deficyt snu, a także wstawanie siku w nocy. Własna łajzowatość i powolność.
Iść inaczej niż "noga za nogą" nie bardzo już mogę.
Czekanie też mnie męczy, ale i świadomość, że to już zaraz...

Nie mam do nikogo, o nic pretensji, szczęśliwa jestem z tych niepełnych  38 tygodni, kocham moją Halę, męża mego, rodzinę... Tylko jestem potwornie zmęczona...

poniedziałek, 9 lutego 2015

białe polowanie i małe przyjemności

Wczoraj udało nam się wyjść na sanki. Pierwszy raz w życiu Hali (wcześniej nie było odpowiedniej pogody). Tata dzielnie ciągnął sanki. Było zjeżdżanie z małej górki. Dużo radości. Zdjęcia na sankach.
Takie zwykłe coś, a jednak...
A nasze dziecko przez sen powtarzało "sankach jedzie, Halinka, jedzie sankach"...

Inną małą przyjemnością było upolowanie na przecenie w tesco kombinezonu dla Marysi - już na przyszły rok... Niby duże wyprzedzenie, a tylko z pewną miarą prawdopodobieństwa mogę podejrzewać jej wielkość za rok (na piątek ważyła wg USG 2850 g), ale połowa ceny wydała się kusząca. A przy kasie okazało się, że to jeszcze mniej... Zamiast 100 złotych 30!

Hala nosiła kombinezon po kuzynach - ale pora roku pasowała do wielkości (Hala jest wrześniowa). Dla Marysi w żadnym razie tamten dobry nie będzie. A i jest we mnie dzika przyjemność gdy kupuję dzieciom coś nowego (chociaż z przeceny). I nie chodzi o to, że coś złego jest w rzeczach używanych - większość dzieciaków ubrań jest "po kimś", ale o to, że czasem można pozwolić sobie na taką "odrobinę luksusu".

Raczej niewiele do szczęścia nam trzeba!

A my z mężem kupiliśmy sobie gazetę z płytą "Miasto 44"... Kiedy obejrzymy? Nie mamy pojęcia - gdy znajdziemy czas, a to nie prędko może być. Chcieliśmy wczoraj, ale skończyło się na "Kocie w butach".

piątek, 6 lutego 2015

śpiąca, powolna, troszkę obolała

Taka jestem ostatnio. Ciągle śpiąca, leniwa do granic możliwości... Co mogę zrobić dziś z przyjemnością odkładam na jutro. Chodzę (toczę się?) wolniutko. Boli mnie i spojenie łonowe, i w krzyżu łupie - przy zmianie pozycji a już przy wstawaniu z łóżka (tu dzież podłogi gdy bawię się z Halą) to już nawet bardzo. Jestem niezgrabna, zamaszysta w ruchach, łajzowata bardziej niż kiedykolwiek.
Ale Mamysia wesoło podskakuje w brzuchu, który jest już dość nisko (czasem mam wrażenie, że noszę go pomiędzy nogami), więc i mi tak bardzo źle nie jest.
Przypętał nam się jednak katarek do noska Halinkowego...
Babcia raz silniejsza, raz słabsza... A to od choroby, a to od leczenia.
Czekamy, czekamy na nasze młodsze dziecko.
dziś 37 tygodni i 0 dni.

środa, 4 lutego 2015

zima chociaż na chwilę

Pojawiła się niespodziewanie dziś. Zima. W pełnej okazałości, chociaż termometr i słonko coraz odważniej świecące sugerują, że przyszła tylko na chwilę. Ale jest. Piękna, radosna i - wciąz to mówię, do znudzenia - wiosenna. Mamysiowa?

Widoczek nr 1


Widoczek nr 2

wtorek, 3 lutego 2015

kolejne stopnie gotowości

36 tygodni i 4 dni

Łóżeczko - gotowe.
Wózek - gotowy.
Ubranka - gotowe.
Fotelik samochodowy wraz z kocyki - przygotowane.
Paznokcie u stóp pomalowane.

Od Walentynek legalnie możemy się rodzić.  Termin 28 luty...

poniedziałek, 2 lutego 2015

lutowe słońce

To słońce lutowe jest tak głęboko niepokojące, jakby już zapraszało do radosnych pląsów wiosennych. A i rozsądek i zimny wiatr uspakaja "to jeszcze zima" zdaje się pojękiwać, zagłuszany przez śpiew ptaków i rozwijające się pąki na drzewach.
Nowe życie, wiosna, na którą co roku z utęsknieniem czeka Babcia.
Wszystko miesza się tak pięknie, ale wcale nie łatwo i nie do końca przyjemnie.

Czasem chciałoby się biec przed siebie i z oddalenia obejrzeć przeszłość, która jeszcze jest przyszłością.

Daleko nie pobiegnę, kulając się bardziej niż idąc, ale czekam z twarzą ogrzaną promieniami słońca i pozwalam, aby moja głowa wolna była od wszelkiej myśli.