środa, 16 grudnia 2015

gwiazdorek w zaczarowanym lesie

Prezentowy las,
choinka od Cioci A,
oraz choineczka o kwiatuszek od
Bardzo Ważnych dla nas Ludzi,
no i jest zaczarowany las :).

po dzieciowemu czekanie

Już tuż-tuż!

akcenty

Kuchennie...

Pokojowo...

świat sprzed okna

Myszy znów zalęgły się w większej z naszych komnat.

W pokoju dziecinnym/sypialni/pałacu wieczornym niezmiennie kolorowo-barokowo.

Za to w kuchni naszej posiadłości wiecznie prószy śnieg i nawet bałwany już są.
Królestwo tak blisko chmur.

tęskniąc




Święta były, są i będą.
Te pierwsze bez Babci.
To ta dziewczynka, poważna, w okularach,  z lalą. Taka podobna do niej nasza Marysia.
Na zdjęciu z Tatą i Siostrą.
To były Ich pierwsze święta bez Jej Mamy.
To były straszne czasy, ale i wielkie uczucia.
Miłość jak w książkach, On sam i dwoje dzieci.
Po ukochanej żonie, na zdjęciu z dziećmi przy jej grobie napisał "Najpiękniejsze miejsce na świecie, przy tej, którą kochałem bardziej niż siebie".
 


Na meblościance to i inne zdjęcia, w naszej codzienności Oni, którzy zdaje się gdzieś poszli, ale zawsze są blisko. Dalej nie wierzą i zawracam w ostatniej chwili przed Kamienicą.

Zostaje tylko miłość - niewymierna i wielokierunkowa.

szykując prezenty

Gwiazdor skryty obok serwisu Babci już wie co dla kogo, ale prosi o dyskrecje...

Na ubranko czekają kubki, całują się aniołki...

Ktoś wyraźnie maczał w tym łapki... ;)

wtorek, 15 grudnia 2015

infantylizmy poziom hard









Źródło internet

choinka, której nie ma


Moje dzieło, takie jak robił mój ojciec w naszym pokoju.

pasje mojej mamy


nie wygląda pani na lekarza

Od kiedy pracuję w przychodni szokuję bardzo sąsiadów. Szok to jest właściwe słowo, na uczucie, które maluje się na ich twarzy, gdy po raz pierwszy wchodzą do mnie do gabinetu.
-Nie wiedziałem, że pani tu pracuje - mówią usta.
-Nie wygląda pani na lekarza - mówią oczy, ale przyglądając się mi w fartuchu jednak chyba uspokojone trochę, są w stanie w to uwierzyć.

Rok temu, gdy czekałam pod laboratorium w czasie "robienia krzywej cukrowej" w ciąży, wysłuchałam wykładu jednej pani, który sprowadzał się do zdania:
-Lepiej urodzić w siódmym miesiącu niż w ósmym, każdy lekarz to pani powie.
Do tej chwili rozmawiałam z nią jak babka z babką, ale ona weszła w taki niby to naukowy, inteligencki ton traktując mnie z "łaskawą pobłażliwością" (bo jak mówić do kogoś w starym płaszczu, nieumalowanej kobiety, w rozdeptanych butach, nie mądrym wyrazie twarzy - jak to bywa u ludzi z dużymi migdałkami - zupełnie bez ułożonej fryzury, zaczytanej w kryminale), nie mogłam odmówić sobie przyjemności i stwierdzić:
-To bardzo ciekawe co pani mówi. Tak się składa, że jestem lekarzem i wcale tak nie uważam i tego pani nie powiem. Rozumiem, że powtarza pani obiegową opinię, ale może zna pani jej uzasadnienie, jestem bardzo ciekawa właśnie zawodowo jaki miałby być tego powód.
Oczywiście mówiąc to dokładnie wypowiadałam słowa, patrzałam na nią prosto (pilnując, żeby moje zezowate chwilami oko, nie zrobiło mi brzydkiego kawału).
Tłumaczyła coś o kuzynce, o jej lekarzu, o chorym dziecku. Zgodnie ze swoją wiedzą wyjaśniłam jej, że w jakimś konkretnym przypadku wcześniejsze zakończenie ciąży może być wyjściem optymalnym, ale w większości przypadków jednak tak nie jest, bo różnica pomiędzy urodzeniem po 28 tygodniu a po 32 jest kolosalna.

Wyraz jej twarzy zachowam w pamięci jako jedno z piękniejszych zjawisk. Zbita z tropu na całego.

Nie wyglądam na lekarza, czyli kim "na oko" jestem?

Kurą domową bez perspektyw, a może ekspedientką, maszynistą, astronautą, księdzem?

No cóż, zamiast zrobić staranny manicure wolę poczytać Medycynę Praktyczną, taka już jestem. Pozory mylą, warto brać to pod uwagę...

sprytna pani

Sytuacja sprzed paru dni. Zatrzymuje mnie kobitka, w wieku 50-60, bliżej raczej 60, ubrana tak sobie, nie bogato, nie bardzo skromnie. Może zmęczona życiem, może "zużyta" już trochę, zapytała czy nie kupię jej czegoś na obiad.
-Kilo skrzydełek... - rzuciła propozycję patrząc prosząco.
Oczywiście w oddaleniu od sklepu (takie prośby zawsze są daleko od sklepu, jakby ten kto prosi wcale nie chciał towaru a pieniądz, acz może to moja złośliwość i bezduszność podsuwa mi takie skojarzenie).
Akurat moja droga prowadziła w okolicy mięsnego, a że głowę moją pochłaniały przygotowania do świąt, szykowanie prezentów, więc nie odmówiłam, zabrałam panią do sklepu.
Zagadywała o pogodę, a i proponowała, że jeśli skrzydełek to może coś innego, propozycje dotyczyły coraz to droższych rzeczy, które miałabym jej kupić.
-Zobaczymy co będzie w sklepie - ucięłam temat czując się bardzo niezręcznie.
Kupiłam dwie ćwiartki kurczaka i dałam tej pani.
Podziękowała, ale raczej zawiedziona była.

A ja nie wiem co mam czuć i myśleć na jej temat.

Jakieś dziwne przeczucie mam, że się sfrajerzyłam.

A to raz przed biedronką ("sklepie dla ubogich", w którym kupuję namiętnie) widziałam, że ktoś żebra, a potem na jego miejscu zostawał woreczek z kilkoma produktami spożywczymi wściekle ciśniętymi o chodnik. Zupełny przypadek powtarzający się już kilka razy na moich oczach.

Podobała mi się za to akcja w samym sklepie, gdzie postawiono koszyk, a na plakacie nad nim, był krótki apel o pomoc, dla pani, która pracowała w sklepie, ale zachorowała poważnie, a samotnie wychowuje dwoje dzieci.

Włożyliśmy coś do koszyka, a jak!

Co do "szlachetnej paczki" mam mieszane uczucia. Kiedyś czytając "zamówione" prezenty, aż mnie głowa rozbolała, chyba z zazdrości - bo takich prezentów nie śmiałabym się sama spodziewać. Może jednostkowy to przypadek, ale choć nie jestem chciwcem nie trafia do mnie ta akcja.

Nie chwalę się, ani nie żalę. Myślę tylko jak nie być draniem, ale i nie frajerem ostatnim. A ta moja poczciwa, mało inteligentna twarz nie bardzo mi pomaga.

czas rocznicowy

Grudzień jest dla mnie wyjątkowy od samego początku życia.

Właściwie formalnie moje życie zaczęło się w grudniu, dnia 9 tego miesiąca, za rok od tej "wiekopomnej chwili" minie lat trzydzieści. Został mi ostatni rok względnej młodości. Ale nie jest źle - mam na świecie dwójkę dzieci, wyszłam za mąż (wydaje się, że całkiem dobrze), studia skończyłam, kariera jakaś majaczy w przyszłości.

Kilogramów mam tylko na zapas, uzorgowanych na wiele lat głodu.
Na całe szczęście zakładowy lekarz także nie najmniejszy zupełnie się do tego nie przyczepił.

-Wie pani?
-Wiem...

Tyle wystarczyło.

Od stycznia rewolucja której się boję, a i czekam na nią z podnieceniem. Praca przez duże "Prrrr...".

Świąteczna robota nie chce "odchodzić" od ręki, ale magia jest. Musi być. W tych przeklętych mikołajowych czapkach (które zacznę chyba wieczorami od stycznia dziergać, coby dla wszystkich chętnych do grudnia zdążyć), no i wspomnieniach sprzed siedmiu lat.
Jak to nie wierząca w "power od love", okrutnie i bezlitośnie potraktowana zostałam strzałą Amora, a męża mego "zakatarzyniło" na amen.

Ze śmiechem niedowierzania i łezką wzruszenia pewnie tą naiwną i ckliwą historyjkę będę wspominać co rok... No chyba, że stanę się rozwódką kiedyś, wtedy przeklinać będę ten przed świąteczny czas. Na razie na to się jednak nie zanosi. Chociaż mówi się, że po siedmiu latach zmienia się chemia, odwraca czy jakoś tak...

Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.






Tak podsumowując - tak sobie myślę - każde Boże Narodzenie jest pierwsze, każde jest ostatnie. Zależy tylko pod jakim kątem na to spojrzeć.

Czym jest naprawdę, nie dowiemy się zanim go nie przeżyjemy.

To jest mój plan na każdy kolejny dzień - przeżyć.

piątek, 4 grudnia 2015

nowa świecka tradycja


Kochana, zawsze mówić! 
Jeśli tylko dobre rzeczy są do powiedzenia. 

Przesyłam uściski,  specjalnie dla Ciebie, Ty wiesz... 

I ja wiem.