niedziela, 26 listopada 2017

wtorek, 7 listopada 2017

Infantylizmy choinkowe 2017

Źródło - internet









dynie bo zupa


Nie uznaję i nie obchodzę amerykańskiego święta odbywającego się na skraju października. Nie mam także żadnej fobii strachu przed nim. Gotując wczoraj zupę dyniową (która jest ostatnio naszą ulubioną, z dodatkiem curry i kurkumy oraz z grzaneczkami na domowym masełku), nie mogłam nie poczynić takich oto lampionów, ku wielkiej uciesze Dzieci. Pokraczne te lampiony okropnio, robiłam takowe pierwszy raz w życiu (mniejszy w serduszka, większy w gwiazdki) służą do zainteresowania dziatwy stołem w czasie obiadu. No i śmiesznie jest.
Mimo, że listopad w pełni dynie cieszą, a zupa rozgrzewa.

sobota, 28 października 2017

piątek, 27 października 2017

protest-spam


ogórek


ciesz się kuro domowa

Pisałam tu jakiś czas temu jak wyglądały moje tygodnie jak pracowałam. Etat. Dyżury. Przychodnia. Wieczorami jeszcze papiery do dokończenia, albo samokształcenie - doczytywanie, wertowanie podręczników czasem artykułów zagranicznych. Ukradzione chwile w "między czasie" dla dzieci, karmienie piersią pomiędzy jedną a drugą pracą, potem więcej pracy. Każdy spacer "po jasnemu" jak święto. I ciągle infekcje przynoszone z pracy.

Cholernie ciężko.

Znajomi łapią się za głowę, że trzecie dziecko, że to masa obowiązków itd.
Pusty śmiech.
Przecież przez rok będę w domu, z dziećmi. A i teraz mimo, że w ciąży mam pewne ograniczenia mogę być matką na sto procent, mogę spokojnie gotować obiady, czytać książki, szydełkować... No i być z dziećmi, widzieć jak leniwie się budzą, pieścić, przytulać, rozmawiać.
Kasy jest mniej (dużo mniej)... No ale coś za coś. Kolejne dziecko to skarb, a dorobić się jeszcze zdążymy. A naszej Niani dalej płacimy - bo tak naprawdę jest jedyną osobą, która nam pomoże jeśli musiałabym leżeć w szpitalu. Nikt inny się naszymi dziećmi nie zajmie (dwie kuzynki oferowały się z pomocą, ale one także mają własne dzieci, własne życie i wcale nie tak mało na głowie). Tak czy inaczej nasza Niania i tak warta jest po stokroć więcej niż jej płacimy, choć teraz bywa u nas tylko przygodnie, to jest w ciągłym pogotowiu. Stąd konieczność zrewidowania wszystkich wydatków i mocnego zaciskania pasa.
A i to postrzegam jako swojego rodzaju błogosławieństwo - życie oszczędne smakuje lepiej. I znów jesteśmy jak przy pierwszym dziecku - bogaci w marzenia.

Jak kiedykolwiek znowu usłyszę, "biedną" i "zamęczoną" kobietę, która "siedzi w domu" to chyba w głos się roześmieję. Jestem w stanie zrozumieć, że problem jest jak dziecko lub dzieci są ciężko chore, ale gdy "chowają się normalnie" to fochy kobiet w domu są nieuzasadnione. Jak się nudzą zawsze można iść do pracy i zobaczyć co to za miód, całe dnie nie widzieć dziecka i martwić się o nie. Da się to ogarnąć, ale tak jak wyżej CHOLERNIE TRUDNO.

A niektórzy mają do pomocy babcie i dziadków, którym płacić nie trzeba, a narzekają!
Ja miałam cudownych dziadków, ale już ich nie ma. Radzić sobie trzeba samemu.

Ciesz się kuro domowa, ze swojego udomowienia. Korzystaj i chłoń każdą chwilę z dzieckiem. To są chwile które nie wrócą. I nie marudź, że tyle w domu do zrobienia. Rób to co najważniejsze. Bądź z dzieckiem lub dziećmi, to nie męczeństwo, to przywilej. Najpiękniejsze chwile w Twoim życiu!

wtorek, 24 października 2017

radosna nowina

Nie jestem przesądna, ale czym robię się starsza tym bardziej odczuwam to, że zbyt wczesna radość może nieść ze sobą smutek i rozczarowanie. Bałam się chwalić, ale już czas chyba cieszyć się i tutaj w pełni.

Jestem w ciąży!

I to już całkiem długo, bo kończy się jutro 35. tydzień!

Co uważniejsi czytając moje posty już dawno się zorientowali o co chodzi. Jednak teraz chcę póki ten stan trwa powiedzieć to głośno i wyraźnie.

Żeby moje najmłodsze nigdy nie pomyślało, że z niego cieszyłam się mniej jakoś czy coś... A jest dzieckiem najbardziej świadomie zaplanowanym. Dwoje starszych planowane było i owszem, ale dopiero posiadając je zrozumieliśmy (pewnie tylko i tak w części) jaką odpowiedzialnością jest taki mały człowiek. I tym razem nasza troska i obawa o zdrowie dziecka była silniejsza - jesteśmy starsi, więcej widzieliśmy.

Za miesiąc (mniej więcej) czeka nas prawdziwa rewolucja, w naszym Nie-Niebie zrobi się ciaśniej, ale jeszcze lepiej.

Torba spakowana jest, łóżeczko rozłożone, zapas pieluch jest, ubranka już dawno poprane i poukładane. Jeszcze wózek trzeba przygotować i kilka innych szczegółów.

Nigdy nie bałam się tak jak teraz. Ktoś popuka si palcem w czoło, przecież urodziłam już dwoje dzieci. Tylko, że teraz widzę wszędzie zagrożenia, możliwości komplikacji, nieszczęścia...

Czasem sobie myślę, że dzieci powinno się rodzić - pierwsze mając siedemnaście lat, ostatnie przed trzydziestką, ja mimo, że dobiegam dopiero trzydziestego pierwszego roku życia strasznie starą matką się czuję. Taką bojącą...

Czy kiedyś będzie czwarte? W planach na najbliższe lata takiego nie ma. Ale co Bóg da.

Tylko w Nim pokładam nadzieję, że ta moja trójka (bo odkąd wiem, że jestem w ciąży, to też jasne jest dla mnie, że mam troje dzieci), będzie żyła zdrowa i szczęśliwa.

Jako rodzice trzeciego dziecka już widzę, że z Mężem zatoczyliśmy trochę krąg naszej relacji. Znamy się już jak "łyse konie", ale wróciliśmy do etapu zakochanych narzeczonych, albo bardzo młodego małżeństwa. Jacyś ufni i beztroscy jesteśmy w ostatnich miesiącach... Może to właśnie też doświadczenie życiowe sprawia, że już nie łudzimy się, że cokolwiek poza życiem i miłością jest ważne.

Czasem miałabym ochotę napisać "chwilo trwaj!", ale po dłuższym zastanowieniu napiszę raczej "trwaj radości! A Ty Dziesięciu rośnij i wychodź na świat!".

sobota, 21 października 2017

protest


jesień - podkolorowana i bez koloryzacji




A naprawdę jeszcze piękniej...

nasz jesienny czas

Nie wszystko co ładne jest dobre.

Nie zawsze wszystko wychodzi tak jakbyśmy chcieli, ale to nie powód żeby się tym nie cieszyć. Przekwitły, zachwaszczony ogródek, w którym zawsze odkrywamy nowy kwiatek.

Czasem posiadłość to stara przyczepa i trocgę piachu, ale może być małym rajem. Szmaragdowym rajem. Jesienią jakby kolorowszym.

Budowa prawie ukończona. Z dwóch skrzyń powstała zielona budka na narzędzia. Kret też cś zawzięcie buduje.... Policzymy się z nim w przyszłym roku. A na razie cieszymy się tym co jest. Nie był to może super pracowity sezon, ale na nasze skromne możliwości zadowoleni jesteśmy z tego co się udało zrobić.

piątek, 13 października 2017

niedospanie

I znowu dospać nie mogę...
Wstaję przed świtem.
O niczym nie myślę. Siedzę.
Wstawiłam pranie i jajka do gotowania.
Zanim dzieci wstaną jeszcze ogarnę prasowanie...

Zaglądam na FB.
A tam groźba - zlikwidujemy rezydentury.

Boję się.
Nie o pracę. Gorszej płacy niż rezydencka nie dostanę nigdzie.
Boję się jako pacjent.
Co jeśli będę potrzebowała (ja albo ktoś z moich bliskich) pomocy w szpitalu, niewydolnym, bo pozbawionym dużej części kadry? Ile lekarzy teraz "na już" brakuje? O ile za małe są nakłady na służbę zdrowia. W brew temu co twierdzi telewizja publiczna walka nie trwa o pieniądze na nasze wypłaty, tylko o zwiększenie finansowania całej ochrony zdrowia.

"Niech jadą!" - wczoraj ktoś zaprosił do emigracji.

I co znowu ze swoim stadem gotowi do lotu mamy być?

Pytanie tylko o kierunek. Norweski jest taki trudny...

czwartek, 12 października 2017

tak jest

"Zostałem poinformowany, że ginekolog który będzie odbierał poród mojej żony nie śpi od 30 godzin."

"Zostałam poinformowana ze chirurg który będzie operował mojego syna jest na 3 dyżurze w tym tygodniu, a jest dopiero czwartek"

"Zostałam poinformowana, że pielęgniarka, która pobiera krew mojemu 4-letniemu synkowi jest w pracy trzecia dobę"
"Zostałem poinformowany, że internista, który modyfikuje złożone leczenie mojego ojca chorego na niewydolność serca, robi to będąc po ciężkim dyżurze w SOR"

"Zostałam poinformowana, że psychiatra, który ocenia ryzyko samobójstwa u mojej córki i konieczność jej leczenia wbrew woli w szpitalu, robi to będąc na nogach od 20 godzin".

"Zostałem poinformowany, że pielęgniarz który przygotowuje i wydaje leki mojemu tacie, który przebywa w szpitalu z powodu niewydolności nerek, nie przespał ostatniej nocy bo miał dyżur w karetce"

"Zostałem poinformowany że pediatra, który decyduje o tym czy przyjąć moją 5-letnią córkę do szpitala bo od kilku dni jest ospała, czy mogę ją bezpiecznie zabrać do domu a jej życiu nic nie zagraża, ma pod opieka nie tylko izbę przyjęć ale tez cały oddział i już go wzywają do kolejnych pacjentów. Nie przeszkadza mi że go poganiają"

"Zostałam poinformowana ze ratownik który BĘDZIE MNIE RATOWAŁ PODCZAS WYPADKU, KIEDY POTRĄCI MNIE SAMOCHÓD PROWADZONY PRZEZ PIJANEGO KIEROWCĘ, jeździ w pogotowiu od 16 godzin a to jeszcze nie jest połowa jego dyżuru"

Uważasz, że strajk medyków Cię nie dotyczy? Wyrażasz na to świadomą zgodę?
 
#protestMedyków
#zebyniebylozeniewiedziales #nowaswiadomazgoda #strajkmedykow #glodowkalekarzy #ProtestRezydentow

PAŹDZIERNIK

PAŹDZIERNIK to dziwny miesiąc.
Czasem jak przykrywka do najbardziej przerażającej szarości listopadowych, krótkich dni, czasem jak obietnica zbliżającej się zimy.
A czasem słoneczne, pełne prawdziwych, żywych kolorów spomnienie lata.
Czas szczepienia na grypę.
Czas, w którym przez wiele lat człowiek zaczynał na nowo i biegał po bibliotekach.
Dziś to czekanie. Najpiękniejsze czekanie.

Gdy wyjedzie się za miasto, albo nawet spojrzy przez okno (jestem posiadaczem pięknego widoku z okna, w średnio atrakcyjnym, ale ukochanym mieszkaniu) powala człowieka ilość i żywość barw na tle bezkresnej szarości.

Nie lubię szarości samej w sobie. Ale taka która podkreśla barwy odpowiada mi jak najbardziej.

Stara się robię, bo cieszę się chwilą. Choć czekam to delektuję się samym czekaniem. Tworzę, ale nie śpieszę się. Ufna, w modlitwie skupiona chwilami, twardo stąpam po ziemi.

Pomna wszystkich szczęść i nieszczęść październikowych w historii własnego życia, listopadowych trudności i utrat, wierzę, że ta pora roku może być najpiękniejszą, najhojniejszą ze wszystkich.

środa, 11 października 2017

nie tylko jesteś na FB

WARTO chociaż spróbować ZROZUMIEĆ!

IKEA - nie jestemtym pokoleniem

Mimo że w moim mieście już trochę czasu jest otwarty sklep w/w firmy to dopiero w ostatnią niedzielę tam się pojawiliśmy. Pomiędzy wizytą w Dekathlonie (kurtka dla Maryśki) i CCC (buty dla Hali).
Sklep duży, wszystkiego pełno. Kilka fajnych produktów, ale głównie tych co do znudzenia są reklamowane i komplementowane przez rzesze fanów tego sklepu. Duża powierzchnia, nieregularne ułożenie regałów zmuszające niemal do przejścia całego sklepu i niby to przypadkowe aranżacje.

A gdy się lepiej przyjrzeć to wszystko ustawione tak, żeby pakować do torby jak najwięcej niepotrzebnych drobiazgów. Ceny - nie zawsze adekwatne do jakości, aczkolwiek duże liczydło, półka w kształcie domku i kilka innych drobiazgów ładne.

Rozumiem, że IKEA to ma być sposób spędzania wolnego czasu - ale proszę mi wybaczyć - chodzenie, a raczej błądzenie po zatłoczonym sklepie jakoś nie jest moją ulubioną rozrywką i nigdy nie zostanie. Plusem jest to, że niektóre produkty są tam dostępne przez całe lata, więc można je dokupywać lub wymieniać, jeśli coś się pokochało.

Co do katalogów IKEA mam wrażenie często, że jest na ich zdjęciach bałagan (niemal jak w nieNiebie), ale jakiś upozorowany, który miałby być stylowy. Nie bardzo stylowość w tym widzę. Nie imponują mi niebanalne połączenia, gdyż życie zmusza nas do takich i kwestią wyobraźni jest ich tworzenie, a nie sugestii katalogu wielkiej sieciówki.

Moim zdaniem firma ta sprzedaje poczucie wyjątkowości, a nie wyjątkowe produkty i rozwiązania. Marketing super.... Ale czy warto?

Ja jestem jednak wielkim fanem Biedronki, chwilami wpadam do Tesco, mebli szukam w Abrze, Bodziu i Jysku oraz szeroko pojętym internecie. Ciuchy lubię z BonPrix, włóczki zamawiam z Mila Druciarnia, a książki z Naszej Księgarni uwielbiam. Nie identyfikuję się z żadną z tych firm. Nie jestem "markowa", bo w dzisiejszym pojęciu takich popularnych marek najbardziej markowym się człowiek staję gdy ze swojego życia czyni podróbki katalogu.

wtorek, 10 października 2017

jestem lekarzem, jestem rezydentem

Nie biorę udziału w głodówce. Nie protestuję. W tej chwili nie pracuję. Ale popieram protest!

Zachłanni, chciwi? Konowały?

Tak... Oczywiście. Możesz obrażać mnie ile chcesz.

Nie zamierzam odpowiadać na niepochlebne komentarze.

O co walczą młodzi medycy?

O zwiększenie finansowania OPIEKI zdrowotnej w Polsce. O większą dostępność badań, procedur i terminów wizyt dla pacjentów. To przede wszystkim.

Oczywiście - o pensje też nam chodzi. Bo nie jesteśmy tylko szkolącymi się ludźmi, a lekarzami, którzy ponoszą pełną odpowiedzialność za każdą swoją decyzję. Którzy z pensji (ustalonych przez Ministerstwo Zdrowia - to kwoty, które dziesięć lat temu były do przyjęcia, ale od tego czasu nawet nie drgnęły) kupują sobie stetoskopy, otoskopy, zamawiają prenumeraty, książki, płacą za szkolenia (nieliczne darmowe szkolenia w ramach rezydentury wymagają i tak dojazdu i zakwaterowania na własną rękę, tak jak i obowiązkowe staże poza miejscem specjalizacji).

A przypomnijmy - rezydent to ktoś kto ma za sobą sześć lat studiów (cholernie obciążających) i rok stażu. Za każdym razem gdy przystawia pieczątkę i stawia na niej parafkę może odpowiadać za to przed sądem. Ktoś kto musi brać dyżury w szpitalu (ich ilości nic realnie nie reguluje), bo przecież pewne stanowiska muszą być obstawione. Niejednokrotnie ten ktoś gdzieś dorabia. W moim przypadku była to przychodnia, w której pracę uwielbiam, ale i dzięki której było mnie stać na nianię  dla moich dzieci.

Ja pracowałam tak:
Siedem godzin i trzydzieści pięć minut to etat lekarza rezydenta (ale jak trzeba zostaje się dłużej, ale za to nikt nie zapłaci), sześć lub siedem dyżurów krótkich to pozostanie w pracy przez dwanaście i pół godziny lub osiem godzin w weekend (nie weszłam na długie nocne dyżury jeszcze) w każdym miesiącu (ale jak trzeba zostaje się dłużej, nikt za to nie zapłaci) i POZ dwa razy po dwie godziny (ale jak trzeba to dłużej, POZ prywatny więc tu szefowa była w stanie dorzucić kilka groszy za realnie wykonaną pracę, ale nie liczę w to uzupełniania dokumentacji w domu) w każdym tygodniu. Tak wyglądał mój czas. A pracowałam w porównaniu do innych bardzo mało. Ze względu na dzieci.

Padałam na pysk dosłownie. Wolny weekend albo chociaż wolne popołudnie od piętnastej było trochę jak małe święto. A posprzątać, ugotować, zrobić zakupy i pobyć z dziećmi musiałam być jak każda matka. Ale musiałam też zajrzeć do podręcznika, przejrzeć najnowsze doniesienia i zalecenia oraz skoczyć na konferencję jeśli akurat nie byłam w pracy.

A dzieciom przynosiłam... Zarazki i choroby z pracy.

Tak, uważam, że gdy wrócę do pracy zasługuję na lepsze warunki pracy i płacy.

Wczoraj byłam w swoim szpitalu załatwić swoje sprawy. Spotkałam koleżankę. 
-Ale masz ładne oczy, pewnie się teraz wysypiasz! - powiedziała z zazdrością.
Nie byłam umalowana. Rzeczywiście, po prostu teraz przez jakiś czas się wysypiam i nie pracuję. Jestem tylko kurą domową, matką dwójki dzieci, kobietą w ciąży. I nie odczuwam zmęczenia (poza fizjologicznym). Ale dalej czytam doniesienia, zalecenia, pochłaniam prenumeraty, nie stronię od książek medycznych, bo gdy wrócę do pracy muszę być kompetentna i na bieżąco. Piszę też pracę na polecenie mojego Kierownika Specjalizacji. Trochę dla samej siebie, żeby nie zanikł u mnie język angielski i trochę z tęsknoty za zawodem.

Miło jest słyszeć:
-Kiedy pani doktor do nas wróci? - od pacjentów z przychodni, ale dobrze by było pracować w dobrym, spójnym systemie, mieć normalny zakres obowiązków, regulowany czas pracy i przyzwoitą płacę. Tak żeby móc godzić bycie matką i lekarzem. Bycia matką nie można odkładać na potem. Tak jak życia.

Jestem człowiekiem.
Jestem Kasia.
Jestem matką i żoną.
Jestem lekarzem.
Jestem Rezydentem.

lubię takie niespodzianki - wydania specjalne


poniedziałek, 9 października 2017

zmierzchanie


bigos z kurkami czyli radość jesieni

Odliczam.
Już nie miesiące, ostatnie tygodnie, dni...
Jeszcze wprost nie chcę mówić. Jeszcze chwila.

Ale kto ma wiedzieć wie już od dawna. Życzliwi się domyślają, naprawdę bliscy cieszą się razem z nami.

Pewne rzeczy załatwić trzeba za wczasu. Plan odwiedzin wykonany, najważniejsze zakupy też zrobione. Jeszcze porządki, ostatnie szlify.

Dziś byłam na chwilę w pracy. Zebrałam garść komplementów. Tak mi dobrze, tak lekko!

I bigos z kurkami wyszedł znakomity!

środa, 4 października 2017

już nie tylko ja bajkopiszę

Hala będzie opowiadaczem, amatorem-pisarzem, bajkotwórcą zapewne. Może nie zawodowo, ale pewnie jak ja chwyci za pióro (za pióro chwyciła, stawia pierwsze koślawe litery), a później za klawiaturę i będzie tworzyć postacie, zdarzenia, dialogi, sceny, może powieści.
Od maleńkości dużo mówi i opowiada, wymyśla i inscenizuje zabawy, coraz bardziej złożone fabuły opowiada, a teraz "pisze bajki Marysi" - cokolwiek to znaczy.
Kwiecista jej mowa, nieco jeszcze chwilami niezgrabna, ale już wysublimowana wylewa się z niej potokami, tworząc coraz bardziej sugestywne obrazy.

Nie zostanę pewnie nigdy pisarką (na chałturach mój talent się zaczyna i kończy), ale mam szansę być matką pisarki. Też miłe.
Chociaż co do przyszłości zawodowej obstawiam co innego jeśli chodzi o Halę, ale o tym cisza na razie, niech cieszy się tym co trwa - dzieciństwem.

Ma pięć lat i jest bardzo mądra.
"Ja nie chcę być dorosła" - mówi w chwilach zadumy. I co? I ma rację...

wkrętarkowe love

Od maleńkości nazywaliśmy Marynię małym inżynierem i nic w tym zakresie się nie zmienia. Chociaż polubiła noszenie sukienek, biżuterii dziecięcej, spineczek i wdzięcznie pozuje do zdjęć, to jednak dobrze wie co lubi.
A uwielbia majsterkować.
Wkrętarka mojego małżonka jest jej największym przedmiotem westchnień. W godzinach można liczyć czas, który poświęciła na jej oglądanie. Gdy na działce może zobaczyć wkrętarkę w działaniu (całe lato zajęło nam składanie budki na narzędzia i dopracowywanie jej) szaleje z radości. Ma swoje zabawkowe wkrętarki, zestaw klocków ze śrubkami/wkrętami - beznamiętnie wyczerpuje kolejne zestawy baterii.
Widok chociażby reklamy wkrętarki czy baneru na sklepie z tymże urządzeniem wywołuje atak niepohamowanej radości oraz ekscytację nie z tej ziemi.
Marynia to człowiek małomówny, ale znakomicie praktyczny, konkretny i uparty. Jak nic rośnie inżynier.

PS. Oczywiście niech będzie kim chce, byleby była szczęśliwa.

czwartek, 28 września 2017

twórczo z dziećmi

Szpatułki laryngologiczne nie jedno mają zastosowanie...

Stara meblościanka + fantazja dzieciątek moich.

Wypieki niehadalne, czyli masa solna i plakatówki oraz pisaki. Proste, a genialne.

twórcze dzieci

Miał być las, ale jest i wulkan, i kwiaty, i jezioro. Hala.

Pastele rządzą. Kolor brązowy najmodniejszy w tym sezonie. Mania.

środa, 2 sierpnia 2017

powstanie

Najstraszniejsze...
Wczoraj rocznica.
Furgony porąbonaych ludzi, wspomnienia wyszywane rudą krwią.
Tak mało wiem, tak mało rozumiem.
Tak bardzo nie chcę nigdy zrozumieć.

NIGDY WIĘCEJ WOJNY!

poniedziałek, 24 lipca 2017

siostrzyczki

Wczoraj wieczorem sytuacja:
Mania i Hala od cioci M. dostały kinder-jaja. Marynia zjadła swoje od razu. Gdy wróciliśmy do domu patrzyła się chciwie na jajo Hali. Hala podała jej je i mówi:
-Masz Marysia, zjedz sobie.

Sytuacja dziś wieczorem. Dziewczyny były z Tatą w sklepie, zażyczyły sobie bułki, Hala zjadła swoją od razu, a chwilę poźniej dopiero Marysia wzięła swoją byię, podzieliła na dwie części i jedną część podała Hali.

My, rodzice, w obu tych sytuacjach byliśmy tylko niemymi obserwatorami.

Tak normalnie to one potrafią się bić o kawałek pogniecionej kartki...

Dobry dzień i cuda

Wczoraj był dobry dzień.

Staram się kolekcjonować dobre dni Wczorajszy był wspaniały.

Spędzony rodzinnie i podróżniczo. Posiadanie jeździka (bo to co mamy trudno nazwać autem, ze względu na wiek, przebieg i nakrapianie rdzą) to wolność, która pozwala nam odwiedzać rodzinę, wspólnie z innymi rodzinkami wyprawiać się na wycieczki.

Dobrze jest przyjeżdżać w miejsce "gdzie brama zawsze otwarta czeka", gdzie otrzymuje się życzliwość i prezenty tak niesamowite, bo prosto z serca.Nasze córy radosne biegają pomiędzy innymi dziećmi radośnie. WSPANIALI, KOCHANI!

Taki dzień uświadamia jakim życie jest cudem.

A wracając odebrałam informację od koleżanki - urodziła córkę, a jeszcze rok temu koleżanka nie umiała hamować płaczu, gdy słyszała o dzieciach. Traciła już nadzieję... Ale cuda się zdarzają!

Inna koleżanka - także z problemami w tym temacie jest na progu drugiego trymestru, tak mocno i za nią trzymam kciuki!

Cuda, cuda, cuda...

sobota, 22 lipca 2017

z frontu

W weekendy staramy się odwiedzać cmentarze, chceny nauczyć Dzieciaki nie tylko radości ze spotkań z krewnymi, ale i pamięci o bliskich.

Wkłady do zniczy kupujemy w Biedronce (jak wiele innych rzeczy),zbiegiem okoliczności usłyszane przy kasie:

-Czy te wkłady będą parzyć w ręce?

Nie będę tu pisać co robię, czego nie robię i dlaczego. Jednak przez chwilę tak jakoś uśmiechnęłam się pogodnie.


uwielbiam

Uwielbiam Mojego Męża! On już wie za co ;)

piątek, 21 lipca 2017

co i dlaczego się pamięta

Dziś zupełnie przypadkiem, uświadomiłam sobie, że stwarzanie dobrych wspomnień to ciężka praca.

Byłam w sklepie po gorczycę. W Biedronce nie mieli. Weszłam do osiedlowego sklepu.
 -A co będziecie robić? - spytała się zaprzyjaźniona pani ekspedientka.
-Słoikówkę - odpowiedziałam.
-Co takiego? - zdziwiła się.
-Kiełbasę ze słoika - uściśliłam.

I zaczęły się wspomnienia. Bo jej mama pracowała w mięsnym, a tata w masarni. A mój dziadek przed każdymi świętami kupował jedną lub pół świnki i przerabiał na wędliny. To nie była tylko słoikówka! To była wątrobianka, kaszanka, wędzona szynka, polska, serwolada, kiełbasa parzona z dodatkiem cielęciny, a także wędzone schaby, najlepszy na świecie salceson. No i biała kiełbasa. Pyszna!
Wszystko domowo, bardzo starannie przygotowane. Bez ulepszaczy, smacznie przyprawione. Idealne.
Dziadek umiał to robić. Jego ojciec był rzeźnikiem jeszcze w wojsku w czasie wojny, nawet po przeprowadzce do Bydgoszczy (ja urodziłam się i wychowałam tutaj, ale pochodzenie mam skrajnie niemiejskie) w latach sześćdziesiątych pracował dorywczo w zakładach mięsnych. Mój dziadek był ślusarzem-tokarzem z zawodu, ale przetwory mięsne robił artystycznie. Gdy wędził (na zimno, sam wędzarnie sobie skonstruował tak, że była składana i wynoszona do piwnicy, a gdy używana stawiana na kuchence, ale miała swoje palenisko na troćki), wstawał w nocy kilka razy sprawdzając temperaturę i inne parametry wędzenia. Przekładał, przyprawiał. O samym mieleniu mięsa, rozbiorze, nabijaniu flaka nie wspomnę. I to wszystko w niewielkiej kuchni, w kawalerce, w kamienicy. Pomagała mu Babcia.
Za każdym razem zarzekał się, że to już ostatni raz. Ale gdy zbliżały się święta to już dzwonił do swojego przyjaciela rezerwując odpowiednią świnkę i biegał "pod halę" dokupując odpowiedniego mięsa (tego szlachetniejszego).
Że też mu się chciało...
Szczególnie, że najwięcej dostawaliśmy my (właściwie moi rodzice i ich dzieci - mama była jedynaczką), a i dużo ze swojego wyrobu rozdał znajomym, rodzinie, a nawet sąsiadce (której nie lubił, ale przecież miała wnuka pod opieką i biedę w domu, więc dziadek po przerobieniu świnki szykował i dla niej paczkę).
Dziadek nie krył, że robił to interesownie.
"Ja umrę, a wnuki będą pamiętały jaką kiełbasę jadły".

Pamiętają Dziadziuś, pamiętają!

I nie tylko to kiełbasy, ale palenie w piecu, wyprawę po grzyby, grę w karty, majsterkowanie w szopce, rysowanie zwierząt. Dziadek poświęcał czas i starania, żeby mały człowiek rósł w spokoju i rozwijał swoje zainteresowania.

Kiedy mój mąż zabrał mnie do swojej rodziny w Bory Tucholskie jego wujek częstował mnie swojską kiełbasą - mieli rzeźnika, który im przerobił mięso na przetwory. Dobre było (no, ale Dziadka wiadomo, że lepsze). Kiełbasa tam spróbowana jednak w żaden sposób nie przypominała sklepowej - pachnąca, dobrze przyprawiona, treściwa, bez zbędnej wody i ulepszaczy.
-Dziewczyna z miasta jesteś, to takiej nie jadłaś pewnie - mówił wujek.
-Ja się na takiej wychowałam - odpowiedziałam i zaczęłam o sobie mówić. O sobie i swojej rodzinie. O Dziadku.

Ostatnio siostrzeniec mojego Dziadka (formalnie mój wujek, nieformalnie bliski krewny, z którego żoną jesteśmy w podobnym wieku i uwielbiamy swoje towarzystwo, a i dziećmi wymieniamy się często, że tak powiem) uraczył nas paczką swojskiej białej. Później my podzieliliśmy się słoikówką.

I jakby głupio to nie zabrzmiało - to są chwilę, kiedy wspomnienia o Dziadku ożywają. On wiedział dokładnie co robi.

A miłość to nie słowa, łzy, emocje i wzruszenia, ale ten czas, który daje się drugiemu człowiekowi, będąc z nim lub pracując, żeby mu coś dać. "Bardzo mi na tobie zależy" tego nie powinno się nigdy mówić, a tylko pokazywać.

wtorek, 18 lipca 2017

6 LAT

16 lipca minęło 6 lat naszej niewoli. Naszej niewoli. Męża mego i mojej. I to dobry czas była ta niewola.

Czym dłużej jesteśmy razem coraz więcej wątpliwości mamy czy się lubimy, ale tego, że kochamy się mocno jesteśmy coraz bardziej pewni. Myślę, że większość wad ukrytych już by "wyszło", żadnych poważnych nie stwierdziliśmy.

Czasem to trudno sobie wyobrazić jak by można żyć oddzielnie.

Sobotę spędziliśmy na sprzątaniu i gotowaniu, bo w niedzielę przyjmowaliśmy gości. Dwie cudowne pary naszych znajomych z ich pociechami. I było świetnie. I w sobotę pracując razem wokół domowego ogniska. I w niedzielę z bardzo fajnymi ludźmi.

Pan Bóg błogosławi nam - dobrymi ludźmi, którzy nas otaczają.

Tak mało dajemy, tak wiele otrzymujemy.

I to dosłownie. Po dzieciach pożyczyliśmy im ciuszki (jednym "chłopcowe" i chustę, drugim "dziewczynkowe". I teraz oni nam je oddawali. A to nie te same ciuchy. To dużo lepsze i dużo ładniejsze.

No i czas tak miły i dobry można było spędzić. Koniecznie trzeba powtórzyć to i nie raz. Nasze ciasne cztery kąty dają radę. Bardzo się z tego cieszę.

Lubię te nasze imprezy - rocznice, urodziny, imieniny - gdy nasz domek wypełnia się życzliwymi ludźmi, dziecięcym śmiechem. I choć bywa gorąco (to budownictwo śmieszne, stare) to takie spełnienie marzeń. Gdy ludzie mówią:

-Ale fanie, oczywiście przyjdziemy, u was zawsze jest tak miło.
Nam jest też bardzo miło.

Taki dom chciałam dla swoich dzieci. Udaje nam się Mężu, udaje!

Naiwna ja, naiwna...

Podniecałam się podwyżką cen paliwa? Tak...
No ale teraz fani PISu powiedzą:
-A widzisz, wycofali się z tego.
Ja odpowiem:
-A sądy, co zrobili z sądami?
-To nas nie dotyczy - usłyszę odpowiedź.

No i kurcze bardzo nieprawda.

Jak ja naiwna jestem - nie połapałam się, że z tym paliwem to tylko gierka odwracająca uwagę mas od naprawdę poważnych problemów.

Bo zniszczenie trójpodziału władzy to bardzo poważny problem, a sądy zależne od polityków to już przygrywka totalitaryzmu.

Polityką zajmować się nie będę już, bo niedługo przecież będzie to powód, żeby znaleźć się w więzieniu - wyrażenie publicznej dezaprobaty dla władzy. Niedługo sam się przekonasz drogi fanie PISu, gdy zostaniesz wywłaszczony, gdy staniesz w sądzie na przeciwko państwa w jakiejś śmiesznej sprawie, gdy ten kto Ciebie skrzywdzi będzie niewinny, bo należy do partii...

To już chyba w tym kraju kiedyś grali.

piątek, 14 lipca 2017

coś dziwnego

Kto mnie troszkę zna bliżej, wie że ostatnie miesiące spędzam w domku nie pracując. O powodzie mam nadzieję pochwalić się za jakiś czas. Na razie jeszcze pominę to milczeniem (aczkolwiek trudno nie mówić jak chce się krzyczeć). Ostatnie tygodnie także nie pozwalały mi wejść do kuchni, samopoczucie miałam okrutnie złe.
Teraz jest lepiej. Nieidealnie, ale to niebo do ziemi jak porównać do tego co było. No i gotuję ostatnio. Oczywiście sezonowe potrawy. Wczoraj plaski ziemniaczano-kabaczkowo-szczypiorkowe z sosem czosnokowo-koperkowym, dzisiaj warzywa przeróżne do ryżu. W zeszłym tygodniu z Mężem drogim robiliśmy kiełbasę "słoikową" i przecier pomidorowy... Żałuję, że przegapiłam truskawki do zaprawy - strasznie drogie w tym roku.
Ostatnio mam ochotę... prasować?
Coś dziwnego się ze mną dzieje!

czwartek, 13 lipca 2017

DOCENIAĆ! Doceniaj...

Matko Polko zajmująca się dzieckiem lub dziećmi.

NIE NARZEKAJ!
DOCENIAJ!

Gdy myślisz, że masz ciężko, że jesteś zmęczona, poirytowana... Gdy masz dość tego jak wyglądasz i jak podobne do siebie kolejne dni... Gdy masz marzenia, których już nie zrealizujesz...

Uświadom wtedy sobie, że życie jest cudem. Niewyobrażalnym bogactwem jest śmiech dziecka. Każdy dzień we względnym zdrowiu to niedościgłe marzenie wielu.

Tak mało trzeba, żeby to wszystko runęło.

Mały wypadek, neuroinfekcja, jedna komórka, która zamiast umrzeć zacznie się mnożyć w nieskończoność.

Ile cierpienia nas omija, nie zdajemy sobie sprawy.

DOCENIAĆ. To szare, chwilami nudne życie trzeba doceniać. Szarość bywa najszlachetniejszą barwą - w niej ukryty jest róż, fiolet, czerwień i zieleń, a także słoneczny żółty. Wystarczy odpowiednio spojrzeć.

środa, 12 lipca 2017

tragiczni pomyłka losu, tylko dziecka żal

Dziś z rana obejrzałam reportaż o 12-latku, który zmarł na białaczkę, bo mamusia i tatuś postanowili go leczyć trucizną z pestek jakiś, leczenie zaordynował jakiś pan inżynier od samochodów (o ile dobrze zrozumiałam).

A dlaczego, (kuźwa!) ja nie mogę podbić przeglądu naszego auta? No przecież widzę, że jeździ to wiem, że dobrze się ma... No i pieczątkę mam! Swoją! A na niej lekarz napisane! To co głupiego przeglądu zrobić nie mogę jak bilanse w przychodni robię? To nie to samo?

No kurwa nie! (Tak ta kurwa zaistniała tu naprawdę, jeszcze wczoraj odżegnywałam się od pisania w emocjach, dzisiaj emocje wzięły górę).

Ten chłopiec miał się tak znakomicie po leczeniu u szarlatana. Chodził jak mały samochodzik dosłownie! Potwierdzał to jakiś doktor, co w ogóle był od czegoś innego, przychylił się do tego sąd i na nic starania onkologów (a szanse na wyleczenie przy tej chorobie w tym wieku sięgały 80-90 procent - kosmos jak na nowotwór). Rodzice szanowni nie chcieli truć dziecka chemią, woleli inną truć czymś tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym.

Żalu do szarlatana nie mają. Mamusia tłumaczy, że dusza dziecka nie chciała już żyć.

No KUŹWA, a jak ten biedny dzieciak trawiony przez chorobę mógł chcieć żyć?

Leczenie konwencjonalnie łączy się z cierpieniem, czasem okrutnym i także czasem się nie udaje. Takie jest życie i ta cholerna medycyna, ale opiera się na doświadczeniu i wiedzy setek i tysięcy. Żadna decyzja na onkologicznym oddziale dziecięcym nie jest podejmowana przez jedną osobę - nad każdym pacjentem się dyskutuje w szerokim gronie. Robi się badania, dobiera terapię. Gdy odchodzi dziecko, nawet gdy zespół wie, że wszystko było na tip top, że nic nie mają sobie do zarzucenia i tak jeszcze myślą, rozmawiają i cholernie wszystkim źle, że się nie udało.

Pokora to bardzo bolesna cnota.

Ale pan uzdrowiciel pewny siebie i zadowolony. Mamusia pewna swego, bo przecież sama jest terapeutką (??? WTF ???) i zna się na tym.

Ile jeszcze dzieci znachorzy zagłodzą, zabiją zakazując rodzicom leczenia? Ile razy szaleni rodzice uwierzą w to co przeczy logice.

Zawsze tak było i zawsze będzie.

Temat rzeka.

Nie bronię wszystkich lekarzy - szarlatanowi ktoś niestety pomagał - ale bronię medycyny. Medycyna w pewnym sensie to religia, a może systemem filozoficznym, w której dobro chorego jest na pierwszym miejscu. I tu na prawdę nie chodzi o kasę (znam dużo fajniejsze i bardziej efektywne sposoby zarabiania niż opieka i leczenie chorych onkologicznych).

Jednak pan szarlatan nie uprawiał medycyny. On inkasował grubą kasę za swoją działalność.

Opieka paliatywna nad nieuleczalnie chorymi - następny temat rzeka, ale pół biedy kiedy tonący już człowiek, przed którym medycyna bezradnie rozkłada ręce chwyta się brzytwy w postaci "cudownych mikstur". Z tym każdy po ludzku się godzi. Każdy czeka na cud. Ale gdy dziecko miało dobre rokowanie, można było zwycięsko zawalczyć o jego życie, a o wszystkim zdecydowała nieodpowiedzialność rodziców to strasznie jest żal. Dziecka żal... Tragiczna to była pomyłka losu, że dziecko, które zachorowało nie miało u swego boku ludzi prawdziwie mądrych i odpowiedzialnych.

Ten blog jest moim pisadłem i nie ma wielu czytelników, ale i tak zastrzegam, że komentarze pod tym postem będą moderowane. Dyskusja  na poziomie merytorycznym czy ludzka rozmowa zawsze jest mile widziana, ale nauczona doświadczeniem z dyskusji o szczepieniach, oświadczam, że insynuacji, wycieczek prywatnych i manipulacji danymi na tym blogu nie będzie. Jest on mój i to moja decyzja.

wtorek, 11 lipca 2017

może powinnam...

Zastanawia mnie to, że chcę czy nie chcę żyje w świecie, który bez przerwy czegoś ode mnie chce.

Powinnam być lepsza, bardziej zorganizowana, wyrozumiała...

No fajnie, tylko to wykluczone.

Nie i ... koniec!

Może nie powinnam pisać bo czyjeś uczucia religijno-rodzinno-patryjotyczne zostaną urażone?

A może właśnie powinnam pisać więcej prosto z mostu nazywając pewne patologie.

Ogólnie czasem trochę mdły obraz pojawia się z kolejnych moich postów. Radości, zachwyty, motylki, kwiatki, zadumy... Zupełnie nie w moim stylu.

Czasem mam ochotę napisać o tym, że dzieci trzeba szczepić, że puszczanie starszego dziecka do żłobka gdy w domu jest noworodas to prośba do przeznaczenia o poważną chorobę, że ludzie traktują dzieci jak zabawki (ubrać, pochwalić się, zaprezentować), że to co w ładne papierek zawinięte jest zwykłym gównem nie tak rzadko.

O tym, że nienawidzę tych co nienawidzą... Że nazizm pod każdą postacią jest zły.

Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że jak mam potem czytać debilne dyskusje pod własnymi postami, to mi się odechciewa pisać szczerze i o tym co wkurza mnie najbardziej. Wymsknie mi się czasem co prawda coś politycznego (no ale jak spokojnie przejść obok podwyżek cen paliwa?) albo nawiązującego do bieżących wydarzeń (kwiatki typu święty pisowiec-przemowcowiec), ale ogólnie bez większego zaangażowania traktuję te sprawy.

Z pisaniem jest trochę jak z życiem.
Czasem jest tak, że człowiek daje z siebie wszystko, a później dowiaduje się, że jest czarną owcą, przyczyną wszystkich nieszczęść, diabłem wiodącym na pokuszenie czy też złym człowiekiem.

Pewne rzeczy trzeba mocno zapamiętać, żeby nie wychodzić na debila kiedy biegnie się z pomocą jak głupi kundelek.
Ja przynajmniej znam swoją rasę i nie udaję kogoś więcej niż jestem.

W pisaniu łatwo pamiętać, w życiu przychodzi to ciężej. I tym naiwnym mieszańcem jest się przez kolejne lata. 

Dlatego i idiotyczne zachwyty nad tym co dobre i chwilami nawet oczywiste mi odpowiadają.

Wolałabym być zła niż głupia... Jaka jestem? Wydaje mi się, że kto mnie zna, zna też i odpowiedź.

Ja się czuję głupia, bo dalej czuję. Dalej mam sny.

piątek, 7 lipca 2017

SZEPTY DZIECIŃSTA

Miałam "piłować" tą książkę. Piłowania nie było jednak. Nie było czytania.

POCHŁONĘŁAM ją.

Baśkę - główną bohaterkę - szybko zaczyna się lubić, choć co chwilę człowiek załamuje się i to nie tym, że jest głupia. Nie jest właśnie. I to tak boli, gdy ładuje się w coraz to nowe tarapaty. Natomiast o jej świętej pamięci rodzicielce nic innego nie jestem w stanie pomyśleć, niż właśnie to, że była bezdennie głupia.

Czytając człowiek bardzo się zastanawia czy żyje jak "normalni ludzie" i co to u licha oznacza.
Zakończenie dokładnie takie jak powinno być - ucieszyło mnie bardzo, bo choć wątki są mistrzowsko podomykane to rysuje się jakaś przyszłość przed bohaterami. Lubię tak.

Dobrze się czyta, choć nie umknął mi wątek moralizatorski powieści - problem DDD jest dużo powszechniejszy niż zdaje się na co dzień. Co ratowało Baśkę - miłość do dzieci - tą się czuło i nie podlegała ona najmniejszej dyskusji.

Przejmująca, poruszająca - te określenia widziałam w niejednej recenzji tej książki. Z pełni się z tym zgadzam, ale nadmienić warto, że jest to także "kobiece czytadło" - przyjemne w swojej formie, niebanalne, przystępne.

BRAWO ANIU! Z tego co czytałam Twojego - to było najlepsze.

"Szepty dzieciństwa" zasiedlą tą samą szufladę w głowie, w której siedzi mój ukochany "Martin Eden" i kilka kryminałów Agaty Christie. Żadna to ekskluzywna miejscówka ta moja głowa, ale wyżej wspomniana szuflada ma bezpośrednie połączenie z samą duszą.



PS. Nasza Pani Niania - wspaniała opiekunka moich dzieci czytała wszystkie powieści Anny Sakowicz, ogólnie jest osobą lubiącą czytać szczególnie współczesną literaturę kobiecą, powtarza niejednokrotnie, że właśnie ceni Anię za styl, która uważa za najlepszy pośród tego co czytuje. Wychwala także i fabułę. Z niecierpliwością obie czekamy na kolejną książkę.

czwartek, 6 lipca 2017

nieDOmówienia

Przeczytałam wreszcie. Podobała mi się.

Styl przystępny i ciekawy. Postacie bardzo ładnie skrojone. Szczegóły świata przedstawionego i emocje bohaterów dopracowane we wszystkich szczegółach.

Szkoda mi tylko puenty całej powieści, spodziewałam się po początku kryminału (może nawet ociekającego krwią), okazało się, że od początku do końca jest to powieść obyczajowa. Momentami odważna bardzo nawet, ale raczej nie szokująca. Zgrabna kompozycja, ładnie domknięte wątki.

Ciekawa książka, warta przeczytania.

Teraz "piłuję" "Szepty dzieciństwa"...

Czytam! Znowu czytam! No i piszę ;).


powtarza się, a zawsze inaczej

Trzeci raz przerabiam ten sam życiowy temat.
Wydawałoby się, że powinno być dużo łatwiej. Przecież wiem co i jak. Co po czym i co dlaczego.
Nic bardziej mylnego. Ładunek doświadczenia życiowego napełnia serce trwogą - bo wiem ile różnych rzeczy stać się może, na ile nie mam najmniejszego wpływu.
A i wszystko jest bardziej wyczekane, głębiej mocniej przeżyte.

Czy to mój ostatni raz?

Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Kolejnej decyzji takiej chyba nie będę umiała podjąć, ale jeśli Opatrzność zdecyduje za mnie - przyjmę to z radością. I strachem. Ogromnym.

Jestem tchórzem. Okropnym tchórzem. Nie lubię ryzyka.

A co przy tym najgorsze - lubię adrenalinę. Ale gdy ścigam się, sprawdzam, pracuję... Nie w życiu.
Tu lubię to co nazywane jest nudą, stagnacją. Pomiędzy takimi dniami bardzo podobnymi do siebie ukryte jest szczęście.

A urodę tych dni po prostu trzeba umieć doceniać.

I powtórzę jeszcze kolejny banał (przecież cała nieanielica, nieNiebo to same banały, tak jak i ja) miłość dzielona mnoży się.

Za każdym kolejnym razem coraz mocniej kocham. Wszystkich, których kocham.

I bardzo trzymam kciuki, za kogoś kto takiego miłowania pragnie doznać, żeby jak najszybciej było mu dane.

To wszystko jest proste gdy patrzy się z daleka, cholernie trudne gdy spojrzymy z bliska.


środa, 5 lipca 2017

i nie wiem jak to się dzieje...

Wydawałoby się, że ten czas to dla mnie czas lenistwa, spokoju i odpoczynku. Czym mniej się staram tym bardziej nasz dom zapełnia się ludźmi, bez wielkich planów, ale z masą radości. Drzwi się nie zamykają, piski i śmiech dzieci wypełnia nasze kąty. Naleśniki stają się sztandarowym daniem.

W codziennej gonitwie człowiek czasem zapomina ja dobre dusze go otaczają.

Wspaniali kochani. Nie pytają się co mogę dać, proponują pomoc, pytają się o potrzeby. Nie są, co prawda idealni, bo każdy ma własne problemy. Są tacy jak my.

Dobrze, tak dobrze żyć taką chwilą.

Wreszcie znowu mam czas czytać książki. Beletrystykę... Ale dobrze, do prenumerat medycznych nie potrafię nie zajrzeć.

Wreszcie mogę wejść do kuchni. Mam ochotę coś ugotować. Pomysły.

Gdzieś z tyłu głowy jest strach, żeby to wszystko "nie rypnęło". Ten stan szczęścia, zadowolenia, spełnienia... Jak zwykle - modlę się tylko o zdrowie.

Powoli - mentalnie i fizycznie przygotowujemy się do wspaniałego wydarzenia. W tym roku Boże Narodzenie ma być wyjątkowo piękne.

Daj Panie Boże! Proszę... 

niedziela, 2 lipca 2017

Marynia kocha kolor zielony

Zielone farbki spierane z ubrań.
Zielone wzorki kredką wyrysowane na ścianie.
Zielony pisak urozmaicający design mebli.

I te zielono-niebiesko-szare sprytne oczka!

Sukienka też musi być zielona!

dobry czas

-A może wpadniemy do Was na kawę?

Oj lubię takie pytania.

I przyjechali, choć wcale tak blisko nie mają.

Bardzo miły dzień. W domu znowu pełno dzieci.

Ostatnio znowu mogę wchodzić do kuchnii, jak dobrze, bo przyjemnie zrobić, nawet coś prostego.
Nic ambitnego - jogurtowiec z galaretką, babka cytrynowa....

Naszła mnie ochota na przetwory. Tej zimy bardzo się przydadzą.

25 gr/l

Gratuluję wszystkim, którzy zadowoleni są z obecnej władzy.

piątek, 30 czerwca 2017

wiatry, burze, deszcze

Jeszcze nie dawno nie rozumiałam, gdy Babcia bała się, że wiatr zerwie dach kamienicy. Dziś sama niespokojna się robie, przy tej dziwnej pogodzie. Nie wiem czego się boję, bo cóż może zrobić nam wiatr? W najgorszym razie rozwali budkę na narzędzia. Szkoda by było, ale to nie życiowa tragedia.
Po prostu boję się, obawiam o tak zwaną przyszłość, o szczęście tak kruche jak ludzkie życia. Przebudzam się nad ranem i słucham wycia wiatru. Okropne. Okropne.

Głupia! Ciesz się chwilą póki trwa.




konsylium domowe

-Wiesz, cyba dziś nie przyjedziemy, nie mam dziś głowy pakować tych rzeczy dla Ciebie - napisała mi koleżanka na FB.
-Spoko, mam jeszcze czas. Naleśników nie zjesz.
-Nie gniewasz się?
-Daj spokój. Co tam u Was?
Wynieniałyśmy pojedyńcze zdania, a ja w międzyczasie smażyłam naleśniki.
-Zobacz co tracisz - napisałam trochę podstępem, trochę żartem wysyłając zdjęcie.

-Wiesz co jednak przyjedziemy.
 I przyjechali. Koleżanka, jej mąż i córa.

A potem wpadła jeszcze inna koleżanka, bo przejazdem też mi chciała coś podrzucić. Była z mężem, szwagierką i synem. Zaproponowałam żeby weszli (no bo jak miżna inaczej?). 

Mąż mój wrócił z pracy.

I tak bez okazji, a przy okazji, przy komfiturze z truskawek spotkało się: dwóch pediatrów, jeden patomorfolog i weterynarz. Dzieci było czworo (piąte schowane jeszcze mocno) oraz troje nie medycznych ludzi dorosłych.

I dobrze. To jest dom. Otwarty na ludzo, wesoły choć niepoukładany. Nie ważne, że ciasny, w wierzowcu, nieco zbyt ciepły. Ważne, że żyją tu ludzie.

środa, 21 czerwca 2017

budka na narzędzia - part 1

Z dwóch skrzyń (mąż z pracy dostał po ogromnych maszynach) i kilku desek z tartaku tworzy się pierwsza nasza waspólna budowla. Pierwsza, jeśli nie liczyć kompostownika z palet. Nie są to może ambitne projekty, ale nasze. Szmaragdowy Raj nabiera kształtów rekreacyjnej działeczki.