piątek, 13 października 2017

niedospanie

I znowu dospać nie mogę...
Wstaję przed świtem.
O niczym nie myślę. Siedzę.
Wstawiłam pranie i jajka do gotowania.
Zanim dzieci wstaną jeszcze ogarnę prasowanie...

Zaglądam na FB.
A tam groźba - zlikwidujemy rezydentury.

Boję się.
Nie o pracę. Gorszej płacy niż rezydencka nie dostanę nigdzie.
Boję się jako pacjent.
Co jeśli będę potrzebowała (ja albo ktoś z moich bliskich) pomocy w szpitalu, niewydolnym, bo pozbawionym dużej części kadry? Ile lekarzy teraz "na już" brakuje? O ile za małe są nakłady na służbę zdrowia. W brew temu co twierdzi telewizja publiczna walka nie trwa o pieniądze na nasze wypłaty, tylko o zwiększenie finansowania całej ochrony zdrowia.

"Niech jadą!" - wczoraj ktoś zaprosił do emigracji.

I co znowu ze swoim stadem gotowi do lotu mamy być?

Pytanie tylko o kierunek. Norweski jest taki trudny...

czwartek, 12 października 2017

tak jest

"Zostałem poinformowany, że ginekolog który będzie odbierał poród mojej żony nie śpi od 30 godzin."

"Zostałam poinformowana ze chirurg który będzie operował mojego syna jest na 3 dyżurze w tym tygodniu, a jest dopiero czwartek"

"Zostałam poinformowana, że pielęgniarka, która pobiera krew mojemu 4-letniemu synkowi jest w pracy trzecia dobę"
"Zostałem poinformowany, że internista, który modyfikuje złożone leczenie mojego ojca chorego na niewydolność serca, robi to będąc po ciężkim dyżurze w SOR"

"Zostałam poinformowana, że psychiatra, który ocenia ryzyko samobójstwa u mojej córki i konieczność jej leczenia wbrew woli w szpitalu, robi to będąc na nogach od 20 godzin".

"Zostałem poinformowany, że pielęgniarz który przygotowuje i wydaje leki mojemu tacie, który przebywa w szpitalu z powodu niewydolności nerek, nie przespał ostatniej nocy bo miał dyżur w karetce"

"Zostałem poinformowany że pediatra, który decyduje o tym czy przyjąć moją 5-letnią córkę do szpitala bo od kilku dni jest ospała, czy mogę ją bezpiecznie zabrać do domu a jej życiu nic nie zagraża, ma pod opieka nie tylko izbę przyjęć ale tez cały oddział i już go wzywają do kolejnych pacjentów. Nie przeszkadza mi że go poganiają"

"Zostałam poinformowana ze ratownik który BĘDZIE MNIE RATOWAŁ PODCZAS WYPADKU, KIEDY POTRĄCI MNIE SAMOCHÓD PROWADZONY PRZEZ PIJANEGO KIEROWCĘ, jeździ w pogotowiu od 16 godzin a to jeszcze nie jest połowa jego dyżuru"

Uważasz, że strajk medyków Cię nie dotyczy? Wyrażasz na to świadomą zgodę?
 
#protestMedyków
#zebyniebylozeniewiedziales #nowaswiadomazgoda #strajkmedykow #glodowkalekarzy #ProtestRezydentow

PAŹDZIERNIK

PAŹDZIERNIK to dziwny miesiąc.
Czasem jak przykrywka do najbardziej przerażającej szarości listopadowych, krótkich dni, czasem jak obietnica zbliżającej się zimy.
A czasem słoneczne, pełne prawdziwych, żywych kolorów spomnienie lata.
Czas szczepienia na grypę.
Czas, w którym przez wiele lat człowiek zaczynał na nowo i biegał po bibliotekach.
Dziś to czekanie. Najpiękniejsze czekanie.

Gdy wyjedzie się za miasto, albo nawet spojrzy przez okno (jestem posiadaczem pięknego widoku z okna, w średnio atrakcyjnym, ale ukochanym mieszkaniu) powala człowieka ilość i żywość barw na tle bezkresnej szarości.

Nie lubię szarości samej w sobie. Ale taka która podkreśla barwy odpowiada mi jak najbardziej.

Stara się robię, bo cieszę się chwilą. Choć czekam to delektuję się samym czekaniem. Tworzę, ale nie śpieszę się. Ufna, w modlitwie skupiona chwilami, twardo stąpam po ziemi.

Pomna wszystkich szczęść i nieszczęść październikowych w historii własnego życia, listopadowych trudności i utrat, wierzę, że ta pora roku może być najpiękniejszą, najhojniejszą ze wszystkich.

środa, 11 października 2017

nie tylko jesteś na FB

WARTO chociaż spróbować ZROZUMIEĆ!

IKEA - nie jestemtym pokoleniem

Mimo że w moim mieście już trochę czasu jest otwarty sklep w/w firmy to dopiero w ostatnią niedzielę tam się pojawiliśmy. Pomiędzy wizytą w Dekathlonie (kurtka dla Maryśki) i CCC (buty dla Hali).
Sklep duży, wszystkiego pełno. Kilka fajnych produktów, ale głównie tych co do znudzenia są reklamowane i komplementowane przez rzesze fanów tego sklepu. Duża powierzchnia, nieregularne ułożenie regałów zmuszające niemal do przejścia całego sklepu i niby to przypadkowe aranżacje.

A gdy się lepiej przyjrzeć to wszystko ustawione tak, żeby pakować do torby jak najwięcej niepotrzebnych drobiazgów. Ceny - nie zawsze adekwatne do jakości, aczkolwiek duże liczydło, półka w kształcie domku i kilka innych drobiazgów ładne.

Rozumiem, że IKEA to ma być sposób spędzania wolnego czasu - ale proszę mi wybaczyć - chodzenie, a raczej błądzenie po zatłoczonym sklepie jakoś nie jest moją ulubioną rozrywką i nigdy nie zostanie. Plusem jest to, że niektóre produkty są tam dostępne przez całe lata, więc można je dokupywać lub wymieniać, jeśli coś się pokochało.

Co do katalogów IKEA mam wrażenie często, że jest na ich zdjęciach bałagan (niemal jak w nieNiebie), ale jakiś upozorowany, który miałby być stylowy. Nie bardzo stylowość w tym widzę. Nie imponują mi niebanalne połączenia, gdyż życie zmusza nas do takich i kwestią wyobraźni jest ich tworzenie, a nie sugestii katalogu wielkiej sieciówki.

Moim zdaniem firma ta sprzedaje poczucie wyjątkowości, a nie wyjątkowe produkty i rozwiązania. Marketing super.... Ale czy warto?

Ja jestem jednak wielkim fanem Biedronki, chwilami wpadam do Tesco, mebli szukam w Abrze, Bodziu i Jysku oraz szeroko pojętym internecie. Ciuchy lubię z BonPrix, włóczki zamawiam z Mila Druciarnia, a książki z Naszej Księgarni uwielbiam. Nie identyfikuję się z żadną z tych firm. Nie jestem "markowa", bo w dzisiejszym pojęciu takich popularnych marek najbardziej markowym się człowiek staję gdy ze swojego życia czyni podróbki katalogu.

wtorek, 10 października 2017

jestem lekarzem, jestem rezydentem

Nie biorę udziału w głodówce. Nie protestuję. W tej chwili nie pracuję. Ale popieram protest!

Zachłanni, chciwi? Konowały?

Tak... Oczywiście. Możesz obrażać mnie ile chcesz.

Nie zamierzam odpowiadać na niepochlebne komentarze.

O co walczą młodzi medycy?

O zwiększenie finansowania OPIEKI zdrowotnej w Polsce. O większą dostępność badań, procedur i terminów wizyt dla pacjentów. To przede wszystkim.

Oczywiście - o pensje też nam chodzi. Bo nie jesteśmy tylko szkolącymi się ludźmi, a lekarzami, którzy ponoszą pełną odpowiedzialność za każdą swoją decyzję. Którzy z pensji (ustalonych przez Ministerstwo Zdrowia - to kwoty, które dziesięć lat temu były do przyjęcia, ale od tego czasu nawet nie drgnęły) kupują sobie stetoskopy, otoskopy, zamawiają prenumeraty, książki, płacą za szkolenia (nieliczne darmowe szkolenia w ramach rezydentury wymagają i tak dojazdu i zakwaterowania na własną rękę, tak jak i obowiązkowe staże poza miejscem specjalizacji).

A przypomnijmy - rezydent to ktoś kto ma za sobą sześć lat studiów (cholernie obciążających) i rok stażu. Za każdym razem gdy przystawia pieczątkę i stawia na niej parafkę może odpowiadać za to przed sądem. Ktoś kto musi brać dyżury w szpitalu (ich ilości nic realnie nie reguluje), bo przecież pewne stanowiska muszą być obstawione. Niejednokrotnie ten ktoś gdzieś dorabia. W moim przypadku była to przychodnia, w której pracę uwielbiam, ale i dzięki której było mnie stać na nianię  dla moich dzieci.

Ja pracowałam tak:
Siedem godzin i trzydzieści pięć minut to etat lekarza rezydenta (ale jak trzeba zostaje się dłużej, ale za to nikt nie zapłaci), sześć lub siedem dyżurów krótkich to pozostanie w pracy przez dwanaście i pół godziny lub osiem godzin w weekend (nie weszłam na długie nocne dyżury jeszcze) w każdym miesiącu (ale jak trzeba zostaje się dłużej, nikt za to nie zapłaci) i POZ dwa razy po dwie godziny (ale jak trzeba to dłużej, POZ prywatny więc tu szefowa była w stanie dorzucić kilka groszy za realnie wykonaną pracę, ale nie liczę w to uzupełniania dokumentacji w domu) w każdym tygodniu. Tak wyglądał mój czas. A pracowałam w porównaniu do innych bardzo mało. Ze względu na dzieci.

Padałam na pysk dosłownie. Wolny weekend albo chociaż wolne popołudnie od piętnastej było trochę jak małe święto. A posprzątać, ugotować, zrobić zakupy i pobyć z dziećmi musiałam być jak każda matka. Ale musiałam też zajrzeć do podręcznika, przejrzeć najnowsze doniesienia i zalecenia oraz skoczyć na konferencję jeśli akurat nie byłam w pracy.

A dzieciom przynosiłam... Zarazki i choroby z pracy.

Tak, uważam, że gdy wrócę do pracy zasługuję na lepsze warunki pracy i płacy.

Wczoraj byłam w swoim szpitalu załatwić swoje sprawy. Spotkałam koleżankę. 
-Ale masz ładne oczy, pewnie się teraz wysypiasz! - powiedziała z zazdrością.
Nie byłam umalowana. Rzeczywiście, po prostu teraz przez jakiś czas się wysypiam i nie pracuję. Jestem tylko kurą domową, matką dwójki dzieci, kobietą w ciąży. I nie odczuwam zmęczenia (poza fizjologicznym). Ale dalej czytam doniesienia, zalecenia, pochłaniam prenumeraty, nie stronię od książek medycznych, bo gdy wrócę do pracy muszę być kompetentna i na bieżąco. Piszę też pracę na polecenie mojego Kierownika Specjalizacji. Trochę dla samej siebie, żeby nie zanikł u mnie język angielski i trochę z tęsknoty za zawodem.

Miło jest słyszeć:
-Kiedy pani doktor do nas wróci? - od pacjentów z przychodni, ale dobrze by było pracować w dobrym, spójnym systemie, mieć normalny zakres obowiązków, regulowany czas pracy i przyzwoitą płacę. Tak żeby móc godzić bycie matką i lekarzem. Bycia matką nie można odkładać na potem. Tak jak życia.

Jestem człowiekiem.
Jestem Kasia.
Jestem matką i żoną.
Jestem lekarzem.
Jestem Rezydentem.

lubię takie niespodzianki - wydania specjalne


poniedziałek, 9 października 2017

zmierzchanie


bigos z kurkami czyli radość jesieni

Odliczam.
Już nie miesiące, ostatnie tygodnie, dni...
Jeszcze wprost nie chcę mówić. Jeszcze chwila.

Ale kto ma wiedzieć wie już od dawna. Życzliwi się domyślają, naprawdę bliscy cieszą się razem z nami.

Pewne rzeczy załatwić trzeba za wczasu. Plan odwiedzin wykonany, najważniejsze zakupy też zrobione. Jeszcze porządki, ostatnie szlify.

Dziś byłam na chwilę w pracy. Zebrałam garść komplementów. Tak mi dobrze, tak lekko!

I bigos z kurkami wyszedł znakomity!

środa, 4 października 2017

już nie tylko ja bajkopiszę

Hala będzie opowiadaczem, amatorem-pisarzem, bajkotwórcą zapewne. Może nie zawodowo, ale pewnie jak ja chwyci za pióro (za pióro chwyciła, stawia pierwsze koślawe litery), a później za klawiaturę i będzie tworzyć postacie, zdarzenia, dialogi, sceny, może powieści.
Od maleńkości dużo mówi i opowiada, wymyśla i inscenizuje zabawy, coraz bardziej złożone fabuły opowiada, a teraz "pisze bajki Marysi" - cokolwiek to znaczy.
Kwiecista jej mowa, nieco jeszcze chwilami niezgrabna, ale już wysublimowana wylewa się z niej potokami, tworząc coraz bardziej sugestywne obrazy.

Nie zostanę pewnie nigdy pisarką (na chałturach mój talent się zaczyna i kończy), ale mam szansę być matką pisarki. Też miłe.
Chociaż co do przyszłości zawodowej obstawiam co innego jeśli chodzi o Halę, ale o tym cisza na razie, niech cieszy się tym co trwa - dzieciństwem.

Ma pięć lat i jest bardzo mądra.
"Ja nie chcę być dorosła" - mówi w chwilach zadumy. I co? I ma rację...

wkrętarkowe love

Od maleńkości nazywaliśmy Marynię małym inżynierem i nic w tym zakresie się nie zmienia. Chociaż polubiła noszenie sukienek, biżuterii dziecięcej, spineczek i wdzięcznie pozuje do zdjęć, to jednak dobrze wie co lubi.
A uwielbia majsterkować.
Wkrętarka mojego małżonka jest jej największym przedmiotem westchnień. W godzinach można liczyć czas, który poświęciła na jej oglądanie. Gdy na działce może zobaczyć wkrętarkę w działaniu (całe lato zajęło nam składanie budki na narzędzia i dopracowywanie jej) szaleje z radości. Ma swoje zabawkowe wkrętarki, zestaw klocków ze śrubkami/wkrętami - beznamiętnie wyczerpuje kolejne zestawy baterii.
Widok chociażby reklamy wkrętarki czy baneru na sklepie z tymże urządzeniem wywołuje atak niepohamowanej radości oraz ekscytację nie z tej ziemi.
Marynia to człowiek małomówny, ale znakomicie praktyczny, konkretny i uparty. Jak nic rośnie inżynier.

PS. Oczywiście niech będzie kim chce, byleby była szczęśliwa.

czwartek, 28 września 2017

twórczo z dziećmi

Szpatułki laryngologiczne nie jedno mają zastosowanie...

Stara meblościanka + fantazja dzieciątek moich.

Wypieki niehadalne, czyli masa solna i plakatówki oraz pisaki. Proste, a genialne.

twórcze dzieci

Miał być las, ale jest i wulkan, i kwiaty, i jezioro. Hala.

Pastele rządzą. Kolor brązowy najmodniejszy w tym sezonie. Mania.

środa, 2 sierpnia 2017

powstanie

Najstraszniejsze...
Wczoraj rocznica.
Furgony porąbonaych ludzi, wspomnienia wyszywane rudą krwią.
Tak mało wiem, tak mało rozumiem.
Tak bardzo nie chcę nigdy zrozumieć.

NIGDY WIĘCEJ WOJNY!

poniedziałek, 24 lipca 2017

siostrzyczki

Wczoraj wieczorem sytuacja:
Mania i Hala od cioci M. dostały kinder-jaja. Marynia zjadła swoje od razu. Gdy wróciliśmy do domu patrzyła się chciwie na jajo Hali. Hala podała jej je i mówi:
-Masz Marysia, zjedz sobie.

Sytuacja dziś wieczorem. Dziewczyny były z Tatą w sklepie, zażyczyły sobie bułki, Hala zjadła swoją od razu, a chwilę poźniej dopiero Marysia wzięła swoją byię, podzieliła na dwie części i jedną część podała Hali.

My, rodzice, w obu tych sytuacjach byliśmy tylko niemymi obserwatorami.

Tak normalnie to one potrafią się bić o kawałek pogniecionej kartki...

Dobry dzień i cuda

Wczoraj był dobry dzień.

Staram się kolekcjonować dobre dni Wczorajszy był wspaniały.

Spędzony rodzinnie i podróżniczo. Posiadanie jeździka (bo to co mamy trudno nazwać autem, ze względu na wiek, przebieg i nakrapianie rdzą) to wolność, która pozwala nam odwiedzać rodzinę, wspólnie z innymi rodzinkami wyprawiać się na wycieczki.

Dobrze jest przyjeżdżać w miejsce "gdzie brama zawsze otwarta czeka", gdzie otrzymuje się życzliwość i prezenty tak niesamowite, bo prosto z serca.Nasze córy radosne biegają pomiędzy innymi dziećmi radośnie. WSPANIALI, KOCHANI!

Taki dzień uświadamia jakim życie jest cudem.

A wracając odebrałam informację od koleżanki - urodziła córkę, a jeszcze rok temu koleżanka nie umiała hamować płaczu, gdy słyszała o dzieciach. Traciła już nadzieję... Ale cuda się zdarzają!

Inna koleżanka - także z problemami w tym temacie jest na progu drugiego trymestru, tak mocno i za nią trzymam kciuki!

Cuda, cuda, cuda...

sobota, 22 lipca 2017

z frontu

W weekendy staramy się odwiedzać cmentarze, chceny nauczyć Dzieciaki nie tylko radości ze spotkań z krewnymi, ale i pamięci o bliskich.

Wkłady do zniczy kupujemy w Biedronce (jak wiele innych rzeczy),zbiegiem okoliczności usłyszane przy kasie:

-Czy te wkłady będą parzyć w ręce?

Nie będę tu pisać co robię, czego nie robię i dlaczego. Jednak przez chwilę tak jakoś uśmiechnęłam się pogodnie.


uwielbiam

Uwielbiam Mojego Męża! On już wie za co ;)

piątek, 21 lipca 2017

co i dlaczego się pamięta

Dziś zupełnie przypadkiem, uświadomiłam sobie, że stwarzanie dobrych wspomnień to ciężka praca.

Byłam w sklepie po gorczycę. W Biedronce nie mieli. Weszłam do osiedlowego sklepu.
 -A co będziecie robić? - spytała się zaprzyjaźniona pani ekspedientka.
-Słoikówkę - odpowiedziałam.
-Co takiego? - zdziwiła się.
-Kiełbasę ze słoika - uściśliłam.

I zaczęły się wspomnienia. Bo jej mama pracowała w mięsnym, a tata w masarni. A mój dziadek przed każdymi świętami kupował jedną lub pół świnki i przerabiał na wędliny. To nie była tylko słoikówka! To była wątrobianka, kaszanka, wędzona szynka, polska, serwolada, kiełbasa parzona z dodatkiem cielęciny, a także wędzone schaby, najlepszy na świecie salceson. No i biała kiełbasa. Pyszna!
Wszystko domowo, bardzo starannie przygotowane. Bez ulepszaczy, smacznie przyprawione. Idealne.
Dziadek umiał to robić. Jego ojciec był rzeźnikiem jeszcze w wojsku w czasie wojny, nawet po przeprowadzce do Bydgoszczy (ja urodziłam się i wychowałam tutaj, ale pochodzenie mam skrajnie niemiejskie) w latach sześćdziesiątych pracował dorywczo w zakładach mięsnych. Mój dziadek był ślusarzem-tokarzem z zawodu, ale przetwory mięsne robił artystycznie. Gdy wędził (na zimno, sam wędzarnie sobie skonstruował tak, że była składana i wynoszona do piwnicy, a gdy używana stawiana na kuchence, ale miała swoje palenisko na troćki), wstawał w nocy kilka razy sprawdzając temperaturę i inne parametry wędzenia. Przekładał, przyprawiał. O samym mieleniu mięsa, rozbiorze, nabijaniu flaka nie wspomnę. I to wszystko w niewielkiej kuchni, w kawalerce, w kamienicy. Pomagała mu Babcia.
Za każdym razem zarzekał się, że to już ostatni raz. Ale gdy zbliżały się święta to już dzwonił do swojego przyjaciela rezerwując odpowiednią świnkę i biegał "pod halę" dokupując odpowiedniego mięsa (tego szlachetniejszego).
Że też mu się chciało...
Szczególnie, że najwięcej dostawaliśmy my (właściwie moi rodzice i ich dzieci - mama była jedynaczką), a i dużo ze swojego wyrobu rozdał znajomym, rodzinie, a nawet sąsiadce (której nie lubił, ale przecież miała wnuka pod opieką i biedę w domu, więc dziadek po przerobieniu świnki szykował i dla niej paczkę).
Dziadek nie krył, że robił to interesownie.
"Ja umrę, a wnuki będą pamiętały jaką kiełbasę jadły".

Pamiętają Dziadziuś, pamiętają!

I nie tylko to kiełbasy, ale palenie w piecu, wyprawę po grzyby, grę w karty, majsterkowanie w szopce, rysowanie zwierząt. Dziadek poświęcał czas i starania, żeby mały człowiek rósł w spokoju i rozwijał swoje zainteresowania.

Kiedy mój mąż zabrał mnie do swojej rodziny w Bory Tucholskie jego wujek częstował mnie swojską kiełbasą - mieli rzeźnika, który im przerobił mięso na przetwory. Dobre było (no, ale Dziadka wiadomo, że lepsze). Kiełbasa tam spróbowana jednak w żaden sposób nie przypominała sklepowej - pachnąca, dobrze przyprawiona, treściwa, bez zbędnej wody i ulepszaczy.
-Dziewczyna z miasta jesteś, to takiej nie jadłaś pewnie - mówił wujek.
-Ja się na takiej wychowałam - odpowiedziałam i zaczęłam o sobie mówić. O sobie i swojej rodzinie. O Dziadku.

Ostatnio siostrzeniec mojego Dziadka (formalnie mój wujek, nieformalnie bliski krewny, z którego żoną jesteśmy w podobnym wieku i uwielbiamy swoje towarzystwo, a i dziećmi wymieniamy się często, że tak powiem) uraczył nas paczką swojskiej białej. Później my podzieliliśmy się słoikówką.

I jakby głupio to nie zabrzmiało - to są chwilę, kiedy wspomnienia o Dziadku ożywają. On wiedział dokładnie co robi.

A miłość to nie słowa, łzy, emocje i wzruszenia, ale ten czas, który daje się drugiemu człowiekowi, będąc z nim lub pracując, żeby mu coś dać. "Bardzo mi na tobie zależy" tego nie powinno się nigdy mówić, a tylko pokazywać.

wtorek, 18 lipca 2017

6 LAT

16 lipca minęło 6 lat naszej niewoli. Naszej niewoli. Męża mego i mojej. I to dobry czas była ta niewola.

Czym dłużej jesteśmy razem coraz więcej wątpliwości mamy czy się lubimy, ale tego, że kochamy się mocno jesteśmy coraz bardziej pewni. Myślę, że większość wad ukrytych już by "wyszło", żadnych poważnych nie stwierdziliśmy.

Czasem to trudno sobie wyobrazić jak by można żyć oddzielnie.

Sobotę spędziliśmy na sprzątaniu i gotowaniu, bo w niedzielę przyjmowaliśmy gości. Dwie cudowne pary naszych znajomych z ich pociechami. I było świetnie. I w sobotę pracując razem wokół domowego ogniska. I w niedzielę z bardzo fajnymi ludźmi.

Pan Bóg błogosławi nam - dobrymi ludźmi, którzy nas otaczają.

Tak mało dajemy, tak wiele otrzymujemy.

I to dosłownie. Po dzieciach pożyczyliśmy im ciuszki (jednym "chłopcowe" i chustę, drugim "dziewczynkowe". I teraz oni nam je oddawali. A to nie te same ciuchy. To dużo lepsze i dużo ładniejsze.

No i czas tak miły i dobry można było spędzić. Koniecznie trzeba powtórzyć to i nie raz. Nasze ciasne cztery kąty dają radę. Bardzo się z tego cieszę.

Lubię te nasze imprezy - rocznice, urodziny, imieniny - gdy nasz domek wypełnia się życzliwymi ludźmi, dziecięcym śmiechem. I choć bywa gorąco (to budownictwo śmieszne, stare) to takie spełnienie marzeń. Gdy ludzie mówią:

-Ale fanie, oczywiście przyjdziemy, u was zawsze jest tak miło.
Nam jest też bardzo miło.

Taki dom chciałam dla swoich dzieci. Udaje nam się Mężu, udaje!

Naiwna ja, naiwna...

Podniecałam się podwyżką cen paliwa? Tak...
No ale teraz fani PISu powiedzą:
-A widzisz, wycofali się z tego.
Ja odpowiem:
-A sądy, co zrobili z sądami?
-To nas nie dotyczy - usłyszę odpowiedź.

No i kurcze bardzo nieprawda.

Jak ja naiwna jestem - nie połapałam się, że z tym paliwem to tylko gierka odwracająca uwagę mas od naprawdę poważnych problemów.

Bo zniszczenie trójpodziału władzy to bardzo poważny problem, a sądy zależne od polityków to już przygrywka totalitaryzmu.

Polityką zajmować się nie będę już, bo niedługo przecież będzie to powód, żeby znaleźć się w więzieniu - wyrażenie publicznej dezaprobaty dla władzy. Niedługo sam się przekonasz drogi fanie PISu, gdy zostaniesz wywłaszczony, gdy staniesz w sądzie na przeciwko państwa w jakiejś śmiesznej sprawie, gdy ten kto Ciebie skrzywdzi będzie niewinny, bo należy do partii...

To już chyba w tym kraju kiedyś grali.

piątek, 14 lipca 2017

coś dziwnego

Kto mnie troszkę zna bliżej, wie że ostatnie miesiące spędzam w domku nie pracując. O powodzie mam nadzieję pochwalić się za jakiś czas. Na razie jeszcze pominę to milczeniem (aczkolwiek trudno nie mówić jak chce się krzyczeć). Ostatnie tygodnie także nie pozwalały mi wejść do kuchni, samopoczucie miałam okrutnie złe.
Teraz jest lepiej. Nieidealnie, ale to niebo do ziemi jak porównać do tego co było. No i gotuję ostatnio. Oczywiście sezonowe potrawy. Wczoraj plaski ziemniaczano-kabaczkowo-szczypiorkowe z sosem czosnokowo-koperkowym, dzisiaj warzywa przeróżne do ryżu. W zeszłym tygodniu z Mężem drogim robiliśmy kiełbasę "słoikową" i przecier pomidorowy... Żałuję, że przegapiłam truskawki do zaprawy - strasznie drogie w tym roku.
Ostatnio mam ochotę... prasować?
Coś dziwnego się ze mną dzieje!

czwartek, 13 lipca 2017

DOCENIAĆ! Doceniaj...

Matko Polko zajmująca się dzieckiem lub dziećmi.

NIE NARZEKAJ!
DOCENIAJ!

Gdy myślisz, że masz ciężko, że jesteś zmęczona, poirytowana... Gdy masz dość tego jak wyglądasz i jak podobne do siebie kolejne dni... Gdy masz marzenia, których już nie zrealizujesz...

Uświadom wtedy sobie, że życie jest cudem. Niewyobrażalnym bogactwem jest śmiech dziecka. Każdy dzień we względnym zdrowiu to niedościgłe marzenie wielu.

Tak mało trzeba, żeby to wszystko runęło.

Mały wypadek, neuroinfekcja, jedna komórka, która zamiast umrzeć zacznie się mnożyć w nieskończoność.

Ile cierpienia nas omija, nie zdajemy sobie sprawy.

DOCENIAĆ. To szare, chwilami nudne życie trzeba doceniać. Szarość bywa najszlachetniejszą barwą - w niej ukryty jest róż, fiolet, czerwień i zieleń, a także słoneczny żółty. Wystarczy odpowiednio spojrzeć.

środa, 12 lipca 2017

tragiczni pomyłka losu, tylko dziecka żal

Dziś z rana obejrzałam reportaż o 12-latku, który zmarł na białaczkę, bo mamusia i tatuś postanowili go leczyć trucizną z pestek jakiś, leczenie zaordynował jakiś pan inżynier od samochodów (o ile dobrze zrozumiałam).

A dlaczego, (kuźwa!) ja nie mogę podbić przeglądu naszego auta? No przecież widzę, że jeździ to wiem, że dobrze się ma... No i pieczątkę mam! Swoją! A na niej lekarz napisane! To co głupiego przeglądu zrobić nie mogę jak bilanse w przychodni robię? To nie to samo?

No kurwa nie! (Tak ta kurwa zaistniała tu naprawdę, jeszcze wczoraj odżegnywałam się od pisania w emocjach, dzisiaj emocje wzięły górę).

Ten chłopiec miał się tak znakomicie po leczeniu u szarlatana. Chodził jak mały samochodzik dosłownie! Potwierdzał to jakiś doktor, co w ogóle był od czegoś innego, przychylił się do tego sąd i na nic starania onkologów (a szanse na wyleczenie przy tej chorobie w tym wieku sięgały 80-90 procent - kosmos jak na nowotwór). Rodzice szanowni nie chcieli truć dziecka chemią, woleli inną truć czymś tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym.

Żalu do szarlatana nie mają. Mamusia tłumaczy, że dusza dziecka nie chciała już żyć.

No KUŹWA, a jak ten biedny dzieciak trawiony przez chorobę mógł chcieć żyć?

Leczenie konwencjonalnie łączy się z cierpieniem, czasem okrutnym i także czasem się nie udaje. Takie jest życie i ta cholerna medycyna, ale opiera się na doświadczeniu i wiedzy setek i tysięcy. Żadna decyzja na onkologicznym oddziale dziecięcym nie jest podejmowana przez jedną osobę - nad każdym pacjentem się dyskutuje w szerokim gronie. Robi się badania, dobiera terapię. Gdy odchodzi dziecko, nawet gdy zespół wie, że wszystko było na tip top, że nic nie mają sobie do zarzucenia i tak jeszcze myślą, rozmawiają i cholernie wszystkim źle, że się nie udało.

Pokora to bardzo bolesna cnota.

Ale pan uzdrowiciel pewny siebie i zadowolony. Mamusia pewna swego, bo przecież sama jest terapeutką (??? WTF ???) i zna się na tym.

Ile jeszcze dzieci znachorzy zagłodzą, zabiją zakazując rodzicom leczenia? Ile razy szaleni rodzice uwierzą w to co przeczy logice.

Zawsze tak było i zawsze będzie.

Temat rzeka.

Nie bronię wszystkich lekarzy - szarlatanowi ktoś niestety pomagał - ale bronię medycyny. Medycyna w pewnym sensie to religia, a może systemem filozoficznym, w której dobro chorego jest na pierwszym miejscu. I tu na prawdę nie chodzi o kasę (znam dużo fajniejsze i bardziej efektywne sposoby zarabiania niż opieka i leczenie chorych onkologicznych).

Jednak pan szarlatan nie uprawiał medycyny. On inkasował grubą kasę za swoją działalność.

Opieka paliatywna nad nieuleczalnie chorymi - następny temat rzeka, ale pół biedy kiedy tonący już człowiek, przed którym medycyna bezradnie rozkłada ręce chwyta się brzytwy w postaci "cudownych mikstur". Z tym każdy po ludzku się godzi. Każdy czeka na cud. Ale gdy dziecko miało dobre rokowanie, można było zwycięsko zawalczyć o jego życie, a o wszystkim zdecydowała nieodpowiedzialność rodziców to strasznie jest żal. Dziecka żal... Tragiczna to była pomyłka losu, że dziecko, które zachorowało nie miało u swego boku ludzi prawdziwie mądrych i odpowiedzialnych.

Ten blog jest moim pisadłem i nie ma wielu czytelników, ale i tak zastrzegam, że komentarze pod tym postem będą moderowane. Dyskusja  na poziomie merytorycznym czy ludzka rozmowa zawsze jest mile widziana, ale nauczona doświadczeniem z dyskusji o szczepieniach, oświadczam, że insynuacji, wycieczek prywatnych i manipulacji danymi na tym blogu nie będzie. Jest on mój i to moja decyzja.

wtorek, 11 lipca 2017

może powinnam...

Zastanawia mnie to, że chcę czy nie chcę żyje w świecie, który bez przerwy czegoś ode mnie chce.

Powinnam być lepsza, bardziej zorganizowana, wyrozumiała...

No fajnie, tylko to wykluczone.

Nie i ... koniec!

Może nie powinnam pisać bo czyjeś uczucia religijno-rodzinno-patryjotyczne zostaną urażone?

A może właśnie powinnam pisać więcej prosto z mostu nazywając pewne patologie.

Ogólnie czasem trochę mdły obraz pojawia się z kolejnych moich postów. Radości, zachwyty, motylki, kwiatki, zadumy... Zupełnie nie w moim stylu.

Czasem mam ochotę napisać o tym, że dzieci trzeba szczepić, że puszczanie starszego dziecka do żłobka gdy w domu jest noworodas to prośba do przeznaczenia o poważną chorobę, że ludzie traktują dzieci jak zabawki (ubrać, pochwalić się, zaprezentować), że to co w ładne papierek zawinięte jest zwykłym gównem nie tak rzadko.

O tym, że nienawidzę tych co nienawidzą... Że nazizm pod każdą postacią jest zły.

Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że jak mam potem czytać debilne dyskusje pod własnymi postami, to mi się odechciewa pisać szczerze i o tym co wkurza mnie najbardziej. Wymsknie mi się czasem co prawda coś politycznego (no ale jak spokojnie przejść obok podwyżek cen paliwa?) albo nawiązującego do bieżących wydarzeń (kwiatki typu święty pisowiec-przemowcowiec), ale ogólnie bez większego zaangażowania traktuję te sprawy.

Z pisaniem jest trochę jak z życiem.
Czasem jest tak, że człowiek daje z siebie wszystko, a później dowiaduje się, że jest czarną owcą, przyczyną wszystkich nieszczęść, diabłem wiodącym na pokuszenie czy też złym człowiekiem.

Pewne rzeczy trzeba mocno zapamiętać, żeby nie wychodzić na debila kiedy biegnie się z pomocą jak głupi kundelek.
Ja przynajmniej znam swoją rasę i nie udaję kogoś więcej niż jestem.

W pisaniu łatwo pamiętać, w życiu przychodzi to ciężej. I tym naiwnym mieszańcem jest się przez kolejne lata. 

Dlatego i idiotyczne zachwyty nad tym co dobre i chwilami nawet oczywiste mi odpowiadają.

Wolałabym być zła niż głupia... Jaka jestem? Wydaje mi się, że kto mnie zna, zna też i odpowiedź.

Ja się czuję głupia, bo dalej czuję. Dalej mam sny.

piątek, 7 lipca 2017

SZEPTY DZIECIŃSTA

Miałam "piłować" tą książkę. Piłowania nie było jednak. Nie było czytania.

POCHŁONĘŁAM ją.

Baśkę - główną bohaterkę - szybko zaczyna się lubić, choć co chwilę człowiek załamuje się i to nie tym, że jest głupia. Nie jest właśnie. I to tak boli, gdy ładuje się w coraz to nowe tarapaty. Natomiast o jej świętej pamięci rodzicielce nic innego nie jestem w stanie pomyśleć, niż właśnie to, że była bezdennie głupia.

Czytając człowiek bardzo się zastanawia czy żyje jak "normalni ludzie" i co to u licha oznacza.
Zakończenie dokładnie takie jak powinno być - ucieszyło mnie bardzo, bo choć wątki są mistrzowsko podomykane to rysuje się jakaś przyszłość przed bohaterami. Lubię tak.

Dobrze się czyta, choć nie umknął mi wątek moralizatorski powieści - problem DDD jest dużo powszechniejszy niż zdaje się na co dzień. Co ratowało Baśkę - miłość do dzieci - tą się czuło i nie podlegała ona najmniejszej dyskusji.

Przejmująca, poruszająca - te określenia widziałam w niejednej recenzji tej książki. Z pełni się z tym zgadzam, ale nadmienić warto, że jest to także "kobiece czytadło" - przyjemne w swojej formie, niebanalne, przystępne.

BRAWO ANIU! Z tego co czytałam Twojego - to było najlepsze.

"Szepty dzieciństwa" zasiedlą tą samą szufladę w głowie, w której siedzi mój ukochany "Martin Eden" i kilka kryminałów Agaty Christie. Żadna to ekskluzywna miejscówka ta moja głowa, ale wyżej wspomniana szuflada ma bezpośrednie połączenie z samą duszą.



PS. Nasza Pani Niania - wspaniała opiekunka moich dzieci czytała wszystkie powieści Anny Sakowicz, ogólnie jest osobą lubiącą czytać szczególnie współczesną literaturę kobiecą, powtarza niejednokrotnie, że właśnie ceni Anię za styl, która uważa za najlepszy pośród tego co czytuje. Wychwala także i fabułę. Z niecierpliwością obie czekamy na kolejną książkę.

czwartek, 6 lipca 2017

nieDOmówienia

Przeczytałam wreszcie. Podobała mi się.

Styl przystępny i ciekawy. Postacie bardzo ładnie skrojone. Szczegóły świata przedstawionego i emocje bohaterów dopracowane we wszystkich szczegółach.

Szkoda mi tylko puenty całej powieści, spodziewałam się po początku kryminału (może nawet ociekającego krwią), okazało się, że od początku do końca jest to powieść obyczajowa. Momentami odważna bardzo nawet, ale raczej nie szokująca. Zgrabna kompozycja, ładnie domknięte wątki.

Ciekawa książka, warta przeczytania.

Teraz "piłuję" "Szepty dzieciństwa"...

Czytam! Znowu czytam! No i piszę ;).


powtarza się, a zawsze inaczej

Trzeci raz przerabiam ten sam życiowy temat.
Wydawałoby się, że powinno być dużo łatwiej. Przecież wiem co i jak. Co po czym i co dlaczego.
Nic bardziej mylnego. Ładunek doświadczenia życiowego napełnia serce trwogą - bo wiem ile różnych rzeczy stać się może, na ile nie mam najmniejszego wpływu.
A i wszystko jest bardziej wyczekane, głębiej mocniej przeżyte.

Czy to mój ostatni raz?

Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Kolejnej decyzji takiej chyba nie będę umiała podjąć, ale jeśli Opatrzność zdecyduje za mnie - przyjmę to z radością. I strachem. Ogromnym.

Jestem tchórzem. Okropnym tchórzem. Nie lubię ryzyka.

A co przy tym najgorsze - lubię adrenalinę. Ale gdy ścigam się, sprawdzam, pracuję... Nie w życiu.
Tu lubię to co nazywane jest nudą, stagnacją. Pomiędzy takimi dniami bardzo podobnymi do siebie ukryte jest szczęście.

A urodę tych dni po prostu trzeba umieć doceniać.

I powtórzę jeszcze kolejny banał (przecież cała nieanielica, nieNiebo to same banały, tak jak i ja) miłość dzielona mnoży się.

Za każdym kolejnym razem coraz mocniej kocham. Wszystkich, których kocham.

I bardzo trzymam kciuki, za kogoś kto takiego miłowania pragnie doznać, żeby jak najszybciej było mu dane.

To wszystko jest proste gdy patrzy się z daleka, cholernie trudne gdy spojrzymy z bliska.


środa, 5 lipca 2017

i nie wiem jak to się dzieje...

Wydawałoby się, że ten czas to dla mnie czas lenistwa, spokoju i odpoczynku. Czym mniej się staram tym bardziej nasz dom zapełnia się ludźmi, bez wielkich planów, ale z masą radości. Drzwi się nie zamykają, piski i śmiech dzieci wypełnia nasze kąty. Naleśniki stają się sztandarowym daniem.

W codziennej gonitwie człowiek czasem zapomina ja dobre dusze go otaczają.

Wspaniali kochani. Nie pytają się co mogę dać, proponują pomoc, pytają się o potrzeby. Nie są, co prawda idealni, bo każdy ma własne problemy. Są tacy jak my.

Dobrze, tak dobrze żyć taką chwilą.

Wreszcie znowu mam czas czytać książki. Beletrystykę... Ale dobrze, do prenumerat medycznych nie potrafię nie zajrzeć.

Wreszcie mogę wejść do kuchni. Mam ochotę coś ugotować. Pomysły.

Gdzieś z tyłu głowy jest strach, żeby to wszystko "nie rypnęło". Ten stan szczęścia, zadowolenia, spełnienia... Jak zwykle - modlę się tylko o zdrowie.

Powoli - mentalnie i fizycznie przygotowujemy się do wspaniałego wydarzenia. W tym roku Boże Narodzenie ma być wyjątkowo piękne.

Daj Panie Boże! Proszę... 

niedziela, 2 lipca 2017

Marynia kocha kolor zielony

Zielone farbki spierane z ubrań.
Zielone wzorki kredką wyrysowane na ścianie.
Zielony pisak urozmaicający design mebli.

I te zielono-niebiesko-szare sprytne oczka!

Sukienka też musi być zielona!

dobry czas

-A może wpadniemy do Was na kawę?

Oj lubię takie pytania.

I przyjechali, choć wcale tak blisko nie mają.

Bardzo miły dzień. W domu znowu pełno dzieci.

Ostatnio znowu mogę wchodzić do kuchnii, jak dobrze, bo przyjemnie zrobić, nawet coś prostego.
Nic ambitnego - jogurtowiec z galaretką, babka cytrynowa....

Naszła mnie ochota na przetwory. Tej zimy bardzo się przydadzą.

25 gr/l

Gratuluję wszystkim, którzy zadowoleni są z obecnej władzy.

piątek, 30 czerwca 2017

wiatry, burze, deszcze

Jeszcze nie dawno nie rozumiałam, gdy Babcia bała się, że wiatr zerwie dach kamienicy. Dziś sama niespokojna się robie, przy tej dziwnej pogodzie. Nie wiem czego się boję, bo cóż może zrobić nam wiatr? W najgorszym razie rozwali budkę na narzędzia. Szkoda by było, ale to nie życiowa tragedia.
Po prostu boję się, obawiam o tak zwaną przyszłość, o szczęście tak kruche jak ludzkie życia. Przebudzam się nad ranem i słucham wycia wiatru. Okropne. Okropne.

Głupia! Ciesz się chwilą póki trwa.




konsylium domowe

-Wiesz, cyba dziś nie przyjedziemy, nie mam dziś głowy pakować tych rzeczy dla Ciebie - napisała mi koleżanka na FB.
-Spoko, mam jeszcze czas. Naleśników nie zjesz.
-Nie gniewasz się?
-Daj spokój. Co tam u Was?
Wynieniałyśmy pojedyńcze zdania, a ja w międzyczasie smażyłam naleśniki.
-Zobacz co tracisz - napisałam trochę podstępem, trochę żartem wysyłając zdjęcie.

-Wiesz co jednak przyjedziemy.
 I przyjechali. Koleżanka, jej mąż i córa.

A potem wpadła jeszcze inna koleżanka, bo przejazdem też mi chciała coś podrzucić. Była z mężem, szwagierką i synem. Zaproponowałam żeby weszli (no bo jak miżna inaczej?). 

Mąż mój wrócił z pracy.

I tak bez okazji, a przy okazji, przy komfiturze z truskawek spotkało się: dwóch pediatrów, jeden patomorfolog i weterynarz. Dzieci było czworo (piąte schowane jeszcze mocno) oraz troje nie medycznych ludzi dorosłych.

I dobrze. To jest dom. Otwarty na ludzo, wesoły choć niepoukładany. Nie ważne, że ciasny, w wierzowcu, nieco zbyt ciepły. Ważne, że żyją tu ludzie.

środa, 21 czerwca 2017

budka na narzędzia - part 1

Z dwóch skrzyń (mąż z pracy dostał po ogromnych maszynach) i kilku desek z tartaku tworzy się pierwsza nasza waspólna budowla. Pierwsza, jeśli nie liczyć kompostownika z palet. Nie są to może ambitne projekty, ale nasze. Szmaragdowy Raj nabiera kształtów rekreacyjnej działeczki.

kwiaty cmentarne

U Dziadków

niedziela, 11 czerwca 2017

prawdziwy

Nasz pierwszy prawdziwy ogródek. Różności posiane, wschodzą powoli. Maciejka, turki, moeszanki kwiatów rabatowych. Co jest czym, trudno odgadnąć. Kamienie własnorecznie zbierane z własnej ziemi. Mieć ten mikroskopijny wycinek kuli ziemskiej to jest żyć po swojemu.


piątek, 9 czerwca 2017

ciekawość

To pierwszy stopień do piekła.

Bawi mnie to strasznie mocno.

Zabawa słowem, konwencją i kontekstem.

Rozumiesz? A może tylko Ci się tak zdaje?

A może to ja nic nie wiem...

A jednak... Ciekawość.

cure and treat

W pewnym wieku należy rozróżniać powyższe pojęcia.

A co do kłamstwa, widziałam na własne oczy to szkaradzieństwo, ma krótke nogi, ale wcale nie zapierdala jak zwykło się mówić, stroi głupie miny udając uczucia.

Kłamstwo podpala i podsyca pożary. Pogrywa, niszczy, oddala ludzi. Odwraca, przekręca, oskarża. Krzywdzi.

Prawda boli, ale jak wszystko co szlachetne, zna swoją wartość.

Dobre, prawe, tylko to jest cokolwiek warte.

czekanie

Czekanie staje się treścią życia. Życie to czekanie. W między czasie dzieją się kolejne dni.

poniedziałek, 15 maja 2017

nie brak atrakcji

Pogoda lepsza. Słońce łaskawie pieści nasze poliki. To co teraz zakiełkuje, późniejbędzie wyrarastać, kwitnąć i owocować.
Czas siewu i starań. Marzeń?
Kochania.

poniedziałek, 8 maja 2017

deszcz

Dobijają mnie te majowe upały, te których nie ma.
Tyle mam pomysłów i planów, a mało sił i możliwości. Działka czeka na konstruktywne jakieś działanie.
Tak dużo by lepiej było patrzeć nawet na deszczowy ogród. A tam w kącie krzak porzeczki i borówki, grusza, dwie jabłonie, śliwa, przy szopie na narzedzia winorośl. Mała czereśnia. Pod oknem krzak bzu. Kawa na tarasie.
Już tam jestem, chociaż miejsca tego jeszcze nie ma.

wtorek, 18 kwietnia 2017

pan przez bardzo małe "p"

Myślałam, że sprawa B.M., proregowanego A.M. będzie długo największym hitem internetów, ale nie... Pobił go miejscowy dla mnie radny, pan P.
Ludzki pan z partii lepszych Polaków.
A hiciorem jest nagranie gdzie przez bite 40 minut lży żonę. Bite to dobre słowo. Bicie też tam jest.
Pod którąś dyskusją w internetach znalazłam sugestie, że to kryptogej wypierający swoją naturę i wyżywający się na żonie. Całkiem możliwe - używa wobec niej słów "pedale" i "cwelu"... Dyskusja także o dziecko, pseudointelektualne wywody - to co lubię najbardziej...

Kuźwa, kobiety!

Szanujcie się choć trochę, nie pozwólcie się krzywdzić! W imię czego?
W tym wypadku nie ma wyższego dobra!

Cacy, cacy, cmok, cmok, ę i ą, a gdy drzwi się zamykają cham i prostak. Mały, śliski sadysta z kompleksami. Ale ona latami uśmiecha się szeroko. Przy ludziach to on nawet jej broni przed innymi, w domu za to samo ją obije.

Ta sama historia tysiąc razy powtórzona za Chiny nie chce być śmieszna. Ona daje się niszczyć - chyba to już lubi? Ale dlaczego pozwala niszczyć dzieci, krzywić je i dezorganizować ich osobowość? A może ona śpi? Dlaczego tak długo, tak mocno?

Spacery za rękę, słodkie zdjęcia na FB, a w domu bijatka, zasmarkane dziecko trzęsie się z nerwów w kącie, blat pęknięty, odpryski na kafalkach, bo rodzice dyskutowali. Ona ciemne okulary i pluje jadem do wszystkich które mają od niej lepiej.

No ale się kochają!

Do diabła z taką miłością!

takie jak kiedyś

Nasza pierwsza Wielkanoc jako małżeństwa była szalona -Mężu skończył skręcać kuchnie w sobotę wieczorem, do północy sprzataliśmy kartony, odkurzaliśmy. Sąsiedzi wracali z mszy paschalnej gdy szykowaliśmy się spać.
W poniedziałek wieljanocny odeszła Babcia Męża mego. Byłam w ciąży z Halą.
Minęło 5 lat.
Sprzatanie kończyliśmy o północy z soboty na niedzielę, z dwójlą dzieci żyjemy po swojemu dalej. Dużo los zabrał. Bezsprzecznie jednak, Ci, którzy kochają są blisko.

Gdy się miłość dzieli to się mnoży.

Zmienia się wszystko, a jednak wciąż jest tak samo.

piątek, 7 kwietnia 2017

bohaterka?

Niejaka Natalia P., przyznała publicznie, że skrobała się, bo miała małe mieszkanie (60 m2 ?)... Super kobieta? Wolne żarty. Głupia pipka bez wyobraźni.

A świat przyklaskuje marginalizując fakty, wychwalając wolność.
Chwalmy myślenie. Odpowiedzialność.

A nie gwiazdorstwo przez bardzo małe "gie".

czego tu?

Co pragniesz tu zobaczyć?
A może szukasz siebie?
Jak zabiedzony pies kąsając na oślep łakniesz podrapania za uchem. Żałośnie jak każdy - marzysz akceptacji.
Nie znajdziesz tu siebie.
Tu jestem ja.
Oczywiście wszystko co napiszę zostanie wykożystane przeciwko mnie. Tak to bywa z oskarżonymi. Nawet na amerykańskich filmach.
Ja już nie pragnę ani przyjaźni, ani uznania.
Jeśli jestem złym człowiekiem pokornie się z tym godzę.
Robię swoje.
Po czynach bedziemy kiedyś sądzeni. Słowa rozmyją się w czasie.

CZEGO TU szukasz?

Czytasz co piszę, to jest Twój wybór.
Dlaczego czytasz?

Oczywiście - jeśli lubimy się w tzw. realnym świecie lub utrzymujemy relacje towarzyskie w świecie wirtualnym - to nie pytam "czego tu?" , a mówię "Witaj Miły Gościu", ale to już zupełnie inna historia.

poniedziałek, 6 lutego 2017

wzruszające

Na fejsie widziałam dziś zdjęcia, które mnie wzruszyły.
Zaręczyny.
Syna koleżanki z pracy z Anglii mojego meża.
Niby zwykłe zdjęcia, zakochani ufnie patrzący w przyszłość. Pocałunek pary narzeczonych. Radosne rodziny obojga ich. Matka pełna miłości i dumy.

Para młodych uśmiechnięta, elegancka. Syn koleżanki jak zwykle czarujący.
On i jego facet wyglądali naprawdę wspaniale!

Taka już jest ta koleżanka mojego męża wspiera swoje dzieci, chwali się nimi, jest z nich dumna, chociaż dużo złego przeszła, pokonała wiele przeciwności (m. in. jest niepełnosprawna, jej rodziny nie oszczędzały złe zdarzenia). Ona wie, że orientacja syna to nie nieszczęście.

Ile ludzi musi żyć w fikcji, bo ich rodziny tego nie pojmują?

A ona nie płacze "oj mój biedny syn jest gejem, tylko żeby ludzie się nie dowiedzieli", ona mowi "ten przystojny gej to mój syn".

Brawo dla Tej Pani!

Gratulacje dla Narzeczonych!

kredens

Po babci, w piwnicy mojej mamy, czeka podobny regał, aby stanąć kiedyś w mojej dużej kuchni, która bedzie sercem domu.
Będzie tam pewnie kanapa, może kominek? Ktoś niedoinformowany może nazywać to miejsce salonem z aneksem kuchennym, ale to bedzie kuchnia z ogromnym stołem i nałym aneksem wypoczynkowym. Duże okna, zlew pod oknem na podjazd, naprzeciw przeszklenia na ogród.
Na ścianach dużo zdjęć, starych, głownie ldzi i czadów za którymi tęsknimy.


niedziela, 5 lutego 2017

poczytajka

DO PODUSZKI


nie jestem i nie będę...

... IDEALNA!

Czlowieka czasem wciska w podłogę poczucie, że mógłby być lepszy niż jest. To, bo tamto, jeszcze coś, a do tego... Ale zatrzymuję się, rozglądam, a w okół ludzie. I nie ma diamentu bez rysy.
Ufff...
Można żyć dalej.

*** 4 ***

Kto jaki jest, najlepiej pokazuje sam. 
On jest... 
Ona jest...
Ja jestem...
No! Coś tam już powiem!

a gdyby tak...

ZAMIESZKAĆ NAD FIORDEM ???


dobra niedziela

Pierwszy raz od długiego czasu byłam dziś mamą na pełen etat. 
Ewoluujemy jako rodzina. Wypracowujemy nowe schematy. 
Coś się kończy, coś zaczyna.
Dobry czas.


imieninowo

Dla siostruni. W dzieciństwie znienawidzony prezent, dziś jeden z najlepszych - skarpety.

prawie jak szmaragdowy raj - infantylizmy