piątek, 30 czerwca 2017

konsylium domowe

-Wiesz, cyba dziś nie przyjedziemy, nie mam dziś głowy pakować tych rzeczy dla Ciebie - napisała mi koleżanka na FB.
-Spoko, mam jeszcze czas. Naleśników nie zjesz.
-Nie gniewasz się?
-Daj spokój. Co tam u Was?
Wynieniałyśmy pojedyńcze zdania, a ja w międzyczasie smażyłam naleśniki.
-Zobacz co tracisz - napisałam trochę podstępem, trochę żartem wysyłając zdjęcie.

-Wiesz co jednak przyjedziemy.
 I przyjechali. Koleżanka, jej mąż i córa.

A potem wpadła jeszcze inna koleżanka, bo przejazdem też mi chciała coś podrzucić. Była z mężem, szwagierką i synem. Zaproponowałam żeby weszli (no bo jak miżna inaczej?). 

Mąż mój wrócił z pracy.

I tak bez okazji, a przy okazji, przy komfiturze z truskawek spotkało się: dwóch pediatrów, jeden patomorfolog i weterynarz. Dzieci było czworo (piąte schowane jeszcze mocno) oraz troje nie medycznych ludzi dorosłych.

I dobrze. To jest dom. Otwarty na ludzo, wesoły choć niepoukładany. Nie ważne, że ciasny, w wierzowcu, nieco zbyt ciepły. Ważne, że żyją tu ludzie.

2 komentarze:

  1. Zazdroszczę pełnego życia domu;) fajnie tak;) pozdrawiam ciepło ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nuaczyłam się tego od kuzynki, spróbuj, to proste ;) przesyłam uściski!

    OdpowiedzUsuń