poniedziałek, 24 lipca 2017

siostrzyczki

Wczoraj wieczorem sytuacja:
Mania i Hala od cioci M. dostały kinder-jaja. Marynia zjadła swoje od razu. Gdy wróciliśmy do domu patrzyła się chciwie na jajo Hali. Hala podała jej je i mówi:
-Masz Marysia, zjedz sobie.

Sytuacja dziś wieczorem. Dziewczyny były z Tatą w sklepie, zażyczyły sobie bułki, Hala zjadła swoją od razu, a chwilę poźniej dopiero Marysia wzięła swoją byię, podzieliła na dwie części i jedną część podała Hali.

My, rodzice, w obu tych sytuacjach byliśmy tylko niemymi obserwatorami.

Tak normalnie to one potrafią się bić o kawałek pogniecionej kartki...

Dobry dzień i cuda

Wczoraj był dobry dzień.

Staram się kolekcjonować dobre dni Wczorajszy był wspaniały.

Spędzony rodzinnie i podróżniczo. Posiadanie jeździka (bo to co mamy trudno nazwać autem, ze względu na wiek, przebieg i nakrapianie rdzą) to wolność, która pozwala nam odwiedzać rodzinę, wspólnie z innymi rodzinkami wyprawiać się na wycieczki.

Dobrze jest przyjeżdżać w miejsce "gdzie brama zawsze otwarta czeka", gdzie otrzymuje się życzliwość i prezenty tak niesamowite, bo prosto z serca.Nasze córy radosne biegają pomiędzy innymi dziećmi radośnie. WSPANIALI, KOCHANI!

Taki dzień uświadamia jakim życie jest cudem.

A wracając odebrałam informację od koleżanki - urodziła córkę, a jeszcze rok temu koleżanka nie umiała hamować płaczu, gdy słyszała o dzieciach. Traciła już nadzieję... Ale cuda się zdarzają!

Inna koleżanka - także z problemami w tym temacie jest na progu drugiego trymestru, tak mocno i za nią trzymam kciuki!

Cuda, cuda, cuda...

sobota, 22 lipca 2017

z frontu

W weekendy staramy się odwiedzać cmentarze, chceny nauczyć Dzieciaki nie tylko radości ze spotkań z krewnymi, ale i pamięci o bliskich.

Wkłady do zniczy kupujemy w Biedronce (jak wiele innych rzeczy),zbiegiem okoliczności usłyszane przy kasie:

-Czy te wkłady będą parzyć w ręce?

Nie będę tu pisać co robię, czego nie robię i dlaczego. Jednak przez chwilę tak jakoś uśmiechnęłam się pogodnie.


uwielbiam

Uwielbiam Mojego Męża! On już wie za co ;)

piątek, 21 lipca 2017

co i dlaczego się pamięta

Dziś zupełnie przypadkiem, uświadomiłam sobie, że stwarzanie dobrych wspomnień to ciężka praca.

Byłam w sklepie po gorczycę. W Biedronce nie mieli. Weszłam do osiedlowego sklepu.
 -A co będziecie robić? - spytała się zaprzyjaźniona pani ekspedientka.
-Słoikówkę - odpowiedziałam.
-Co takiego? - zdziwiła się.
-Kiełbasę ze słoika - uściśliłam.

I zaczęły się wspomnienia. Bo jej mama pracowała w mięsnym, a tata w masarni. A mój dziadek przed każdymi świętami kupował jedną lub pół świnki i przerabiał na wędliny. To nie była tylko słoikówka! To była wątrobianka, kaszanka, wędzona szynka, polska, serwolada, kiełbasa parzona z dodatkiem cielęciny, a także wędzone schaby, najlepszy na świecie salceson. No i biała kiełbasa. Pyszna!
Wszystko domowo, bardzo starannie przygotowane. Bez ulepszaczy, smacznie przyprawione. Idealne.
Dziadek umiał to robić. Jego ojciec był rzeźnikiem jeszcze w wojsku w czasie wojny, nawet po przeprowadzce do Bydgoszczy (ja urodziłam się i wychowałam tutaj, ale pochodzenie mam skrajnie niemiejskie) w latach sześćdziesiątych pracował dorywczo w zakładach mięsnych. Mój dziadek był ślusarzem-tokarzem z zawodu, ale przetwory mięsne robił artystycznie. Gdy wędził (na zimno, sam wędzarnie sobie skonstruował tak, że była składana i wynoszona do piwnicy, a gdy używana stawiana na kuchence, ale miała swoje palenisko na troćki), wstawał w nocy kilka razy sprawdzając temperaturę i inne parametry wędzenia. Przekładał, przyprawiał. O samym mieleniu mięsa, rozbiorze, nabijaniu flaka nie wspomnę. I to wszystko w niewielkiej kuchni, w kawalerce, w kamienicy. Pomagała mu Babcia.
Za każdym razem zarzekał się, że to już ostatni raz. Ale gdy zbliżały się święta to już dzwonił do swojego przyjaciela rezerwując odpowiednią świnkę i biegał "pod halę" dokupując odpowiedniego mięsa (tego szlachetniejszego).
Że też mu się chciało...
Szczególnie, że najwięcej dostawaliśmy my (właściwie moi rodzice i ich dzieci - mama była jedynaczką), a i dużo ze swojego wyrobu rozdał znajomym, rodzinie, a nawet sąsiadce (której nie lubił, ale przecież miała wnuka pod opieką i biedę w domu, więc dziadek po przerobieniu świnki szykował i dla niej paczkę).
Dziadek nie krył, że robił to interesownie.
"Ja umrę, a wnuki będą pamiętały jaką kiełbasę jadły".

Pamiętają Dziadziuś, pamiętają!

I nie tylko to kiełbasy, ale palenie w piecu, wyprawę po grzyby, grę w karty, majsterkowanie w szopce, rysowanie zwierząt. Dziadek poświęcał czas i starania, żeby mały człowiek rósł w spokoju i rozwijał swoje zainteresowania.

Kiedy mój mąż zabrał mnie do swojej rodziny w Bory Tucholskie jego wujek częstował mnie swojską kiełbasą - mieli rzeźnika, który im przerobił mięso na przetwory. Dobre było (no, ale Dziadka wiadomo, że lepsze). Kiełbasa tam spróbowana jednak w żaden sposób nie przypominała sklepowej - pachnąca, dobrze przyprawiona, treściwa, bez zbędnej wody i ulepszaczy.
-Dziewczyna z miasta jesteś, to takiej nie jadłaś pewnie - mówił wujek.
-Ja się na takiej wychowałam - odpowiedziałam i zaczęłam o sobie mówić. O sobie i swojej rodzinie. O Dziadku.

Ostatnio siostrzeniec mojego Dziadka (formalnie mój wujek, nieformalnie bliski krewny, z którego żoną jesteśmy w podobnym wieku i uwielbiamy swoje towarzystwo, a i dziećmi wymieniamy się często, że tak powiem) uraczył nas paczką swojskiej białej. Później my podzieliliśmy się słoikówką.

I jakby głupio to nie zabrzmiało - to są chwilę, kiedy wspomnienia o Dziadku ożywają. On wiedział dokładnie co robi.

A miłość to nie słowa, łzy, emocje i wzruszenia, ale ten czas, który daje się drugiemu człowiekowi, będąc z nim lub pracując, żeby mu coś dać. "Bardzo mi na tobie zależy" tego nie powinno się nigdy mówić, a tylko pokazywać.

wtorek, 18 lipca 2017

6 LAT

16 lipca minęło 6 lat naszej niewoli. Naszej niewoli. Męża mego i mojej. I to dobry czas była ta niewola.

Czym dłużej jesteśmy razem coraz więcej wątpliwości mamy czy się lubimy, ale tego, że kochamy się mocno jesteśmy coraz bardziej pewni. Myślę, że większość wad ukrytych już by "wyszło", żadnych poważnych nie stwierdziliśmy.

Czasem to trudno sobie wyobrazić jak by można żyć oddzielnie.

Sobotę spędziliśmy na sprzątaniu i gotowaniu, bo w niedzielę przyjmowaliśmy gości. Dwie cudowne pary naszych znajomych z ich pociechami. I było świetnie. I w sobotę pracując razem wokół domowego ogniska. I w niedzielę z bardzo fajnymi ludźmi.

Pan Bóg błogosławi nam - dobrymi ludźmi, którzy nas otaczają.

Tak mało dajemy, tak wiele otrzymujemy.

I to dosłownie. Po dzieciach pożyczyliśmy im ciuszki (jednym "chłopcowe" i chustę, drugim "dziewczynkowe". I teraz oni nam je oddawali. A to nie te same ciuchy. To dużo lepsze i dużo ładniejsze.

No i czas tak miły i dobry można było spędzić. Koniecznie trzeba powtórzyć to i nie raz. Nasze ciasne cztery kąty dają radę. Bardzo się z tego cieszę.

Lubię te nasze imprezy - rocznice, urodziny, imieniny - gdy nasz domek wypełnia się życzliwymi ludźmi, dziecięcym śmiechem. I choć bywa gorąco (to budownictwo śmieszne, stare) to takie spełnienie marzeń. Gdy ludzie mówią:

-Ale fanie, oczywiście przyjdziemy, u was zawsze jest tak miło.
Nam jest też bardzo miło.

Taki dom chciałam dla swoich dzieci. Udaje nam się Mężu, udaje!

Naiwna ja, naiwna...

Podniecałam się podwyżką cen paliwa? Tak...
No ale teraz fani PISu powiedzą:
-A widzisz, wycofali się z tego.
Ja odpowiem:
-A sądy, co zrobili z sądami?
-To nas nie dotyczy - usłyszę odpowiedź.

No i kurcze bardzo nieprawda.

Jak ja naiwna jestem - nie połapałam się, że z tym paliwem to tylko gierka odwracająca uwagę mas od naprawdę poważnych problemów.

Bo zniszczenie trójpodziału władzy to bardzo poważny problem, a sądy zależne od polityków to już przygrywka totalitaryzmu.

Polityką zajmować się nie będę już, bo niedługo przecież będzie to powód, żeby znaleźć się w więzieniu - wyrażenie publicznej dezaprobaty dla władzy. Niedługo sam się przekonasz drogi fanie PISu, gdy zostaniesz wywłaszczony, gdy staniesz w sądzie na przeciwko państwa w jakiejś śmiesznej sprawie, gdy ten kto Ciebie skrzywdzi będzie niewinny, bo należy do partii...

To już chyba w tym kraju kiedyś grali.

piątek, 14 lipca 2017

coś dziwnego

Kto mnie troszkę zna bliżej, wie że ostatnie miesiące spędzam w domku nie pracując. O powodzie mam nadzieję pochwalić się za jakiś czas. Na razie jeszcze pominę to milczeniem (aczkolwiek trudno nie mówić jak chce się krzyczeć). Ostatnie tygodnie także nie pozwalały mi wejść do kuchni, samopoczucie miałam okrutnie złe.
Teraz jest lepiej. Nieidealnie, ale to niebo do ziemi jak porównać do tego co było. No i gotuję ostatnio. Oczywiście sezonowe potrawy. Wczoraj plaski ziemniaczano-kabaczkowo-szczypiorkowe z sosem czosnokowo-koperkowym, dzisiaj warzywa przeróżne do ryżu. W zeszłym tygodniu z Mężem drogim robiliśmy kiełbasę "słoikową" i przecier pomidorowy... Żałuję, że przegapiłam truskawki do zaprawy - strasznie drogie w tym roku.
Ostatnio mam ochotę... prasować?
Coś dziwnego się ze mną dzieje!

czwartek, 13 lipca 2017

DOCENIAĆ! Doceniaj...

Matko Polko zajmująca się dzieckiem lub dziećmi.

NIE NARZEKAJ!
DOCENIAJ!

Gdy myślisz, że masz ciężko, że jesteś zmęczona, poirytowana... Gdy masz dość tego jak wyglądasz i jak podobne do siebie kolejne dni... Gdy masz marzenia, których już nie zrealizujesz...

Uświadom wtedy sobie, że życie jest cudem. Niewyobrażalnym bogactwem jest śmiech dziecka. Każdy dzień we względnym zdrowiu to niedościgłe marzenie wielu.

Tak mało trzeba, żeby to wszystko runęło.

Mały wypadek, neuroinfekcja, jedna komórka, która zamiast umrzeć zacznie się mnożyć w nieskończoność.

Ile cierpienia nas omija, nie zdajemy sobie sprawy.

DOCENIAĆ. To szare, chwilami nudne życie trzeba doceniać. Szarość bywa najszlachetniejszą barwą - w niej ukryty jest róż, fiolet, czerwień i zieleń, a także słoneczny żółty. Wystarczy odpowiednio spojrzeć.

środa, 12 lipca 2017

tragiczni pomyłka losu, tylko dziecka żal

Dziś z rana obejrzałam reportaż o 12-latku, który zmarł na białaczkę, bo mamusia i tatuś postanowili go leczyć trucizną z pestek jakiś, leczenie zaordynował jakiś pan inżynier od samochodów (o ile dobrze zrozumiałam).

A dlaczego, (kuźwa!) ja nie mogę podbić przeglądu naszego auta? No przecież widzę, że jeździ to wiem, że dobrze się ma... No i pieczątkę mam! Swoją! A na niej lekarz napisane! To co głupiego przeglądu zrobić nie mogę jak bilanse w przychodni robię? To nie to samo?

No kurwa nie! (Tak ta kurwa zaistniała tu naprawdę, jeszcze wczoraj odżegnywałam się od pisania w emocjach, dzisiaj emocje wzięły górę).

Ten chłopiec miał się tak znakomicie po leczeniu u szarlatana. Chodził jak mały samochodzik dosłownie! Potwierdzał to jakiś doktor, co w ogóle był od czegoś innego, przychylił się do tego sąd i na nic starania onkologów (a szanse na wyleczenie przy tej chorobie w tym wieku sięgały 80-90 procent - kosmos jak na nowotwór). Rodzice szanowni nie chcieli truć dziecka chemią, woleli inną truć czymś tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym.

Żalu do szarlatana nie mają. Mamusia tłumaczy, że dusza dziecka nie chciała już żyć.

No KUŹWA, a jak ten biedny dzieciak trawiony przez chorobę mógł chcieć żyć?

Leczenie konwencjonalnie łączy się z cierpieniem, czasem okrutnym i także czasem się nie udaje. Takie jest życie i ta cholerna medycyna, ale opiera się na doświadczeniu i wiedzy setek i tysięcy. Żadna decyzja na onkologicznym oddziale dziecięcym nie jest podejmowana przez jedną osobę - nad każdym pacjentem się dyskutuje w szerokim gronie. Robi się badania, dobiera terapię. Gdy odchodzi dziecko, nawet gdy zespół wie, że wszystko było na tip top, że nic nie mają sobie do zarzucenia i tak jeszcze myślą, rozmawiają i cholernie wszystkim źle, że się nie udało.

Pokora to bardzo bolesna cnota.

Ale pan uzdrowiciel pewny siebie i zadowolony. Mamusia pewna swego, bo przecież sama jest terapeutką (??? WTF ???) i zna się na tym.

Ile jeszcze dzieci znachorzy zagłodzą, zabiją zakazując rodzicom leczenia? Ile razy szaleni rodzice uwierzą w to co przeczy logice.

Zawsze tak było i zawsze będzie.

Temat rzeka.

Nie bronię wszystkich lekarzy - szarlatanowi ktoś niestety pomagał - ale bronię medycyny. Medycyna w pewnym sensie to religia, a może systemem filozoficznym, w której dobro chorego jest na pierwszym miejscu. I tu na prawdę nie chodzi o kasę (znam dużo fajniejsze i bardziej efektywne sposoby zarabiania niż opieka i leczenie chorych onkologicznych).

Jednak pan szarlatan nie uprawiał medycyny. On inkasował grubą kasę za swoją działalność.

Opieka paliatywna nad nieuleczalnie chorymi - następny temat rzeka, ale pół biedy kiedy tonący już człowiek, przed którym medycyna bezradnie rozkłada ręce chwyta się brzytwy w postaci "cudownych mikstur". Z tym każdy po ludzku się godzi. Każdy czeka na cud. Ale gdy dziecko miało dobre rokowanie, można było zwycięsko zawalczyć o jego życie, a o wszystkim zdecydowała nieodpowiedzialność rodziców to strasznie jest żal. Dziecka żal... Tragiczna to była pomyłka losu, że dziecko, które zachorowało nie miało u swego boku ludzi prawdziwie mądrych i odpowiedzialnych.

Ten blog jest moim pisadłem i nie ma wielu czytelników, ale i tak zastrzegam, że komentarze pod tym postem będą moderowane. Dyskusja  na poziomie merytorycznym czy ludzka rozmowa zawsze jest mile widziana, ale nauczona doświadczeniem z dyskusji o szczepieniach, oświadczam, że insynuacji, wycieczek prywatnych i manipulacji danymi na tym blogu nie będzie. Jest on mój i to moja decyzja.

wtorek, 11 lipca 2017

może powinnam...

Zastanawia mnie to, że chcę czy nie chcę żyje w świecie, który bez przerwy czegoś ode mnie chce.

Powinnam być lepsza, bardziej zorganizowana, wyrozumiała...

No fajnie, tylko to wykluczone.

Nie i ... koniec!

Może nie powinnam pisać bo czyjeś uczucia religijno-rodzinno-patryjotyczne zostaną urażone?

A może właśnie powinnam pisać więcej prosto z mostu nazywając pewne patologie.

Ogólnie czasem trochę mdły obraz pojawia się z kolejnych moich postów. Radości, zachwyty, motylki, kwiatki, zadumy... Zupełnie nie w moim stylu.

Czasem mam ochotę napisać o tym, że dzieci trzeba szczepić, że puszczanie starszego dziecka do żłobka gdy w domu jest noworodas to prośba do przeznaczenia o poważną chorobę, że ludzie traktują dzieci jak zabawki (ubrać, pochwalić się, zaprezentować), że to co w ładne papierek zawinięte jest zwykłym gównem nie tak rzadko.

O tym, że nienawidzę tych co nienawidzą... Że nazizm pod każdą postacią jest zły.

Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że jak mam potem czytać debilne dyskusje pod własnymi postami, to mi się odechciewa pisać szczerze i o tym co wkurza mnie najbardziej. Wymsknie mi się czasem co prawda coś politycznego (no ale jak spokojnie przejść obok podwyżek cen paliwa?) albo nawiązującego do bieżących wydarzeń (kwiatki typu święty pisowiec-przemowcowiec), ale ogólnie bez większego zaangażowania traktuję te sprawy.

Z pisaniem jest trochę jak z życiem.
Czasem jest tak, że człowiek daje z siebie wszystko, a później dowiaduje się, że jest czarną owcą, przyczyną wszystkich nieszczęść, diabłem wiodącym na pokuszenie czy też złym człowiekiem.

Pewne rzeczy trzeba mocno zapamiętać, żeby nie wychodzić na debila kiedy biegnie się z pomocą jak głupi kundelek.
Ja przynajmniej znam swoją rasę i nie udaję kogoś więcej niż jestem.

W pisaniu łatwo pamiętać, w życiu przychodzi to ciężej. I tym naiwnym mieszańcem jest się przez kolejne lata. 

Dlatego i idiotyczne zachwyty nad tym co dobre i chwilami nawet oczywiste mi odpowiadają.

Wolałabym być zła niż głupia... Jaka jestem? Wydaje mi się, że kto mnie zna, zna też i odpowiedź.

Ja się czuję głupia, bo dalej czuję. Dalej mam sny.

piątek, 7 lipca 2017

SZEPTY DZIECIŃSTA

Miałam "piłować" tą książkę. Piłowania nie było jednak. Nie było czytania.

POCHŁONĘŁAM ją.

Baśkę - główną bohaterkę - szybko zaczyna się lubić, choć co chwilę człowiek załamuje się i to nie tym, że jest głupia. Nie jest właśnie. I to tak boli, gdy ładuje się w coraz to nowe tarapaty. Natomiast o jej świętej pamięci rodzicielce nic innego nie jestem w stanie pomyśleć, niż właśnie to, że była bezdennie głupia.

Czytając człowiek bardzo się zastanawia czy żyje jak "normalni ludzie" i co to u licha oznacza.
Zakończenie dokładnie takie jak powinno być - ucieszyło mnie bardzo, bo choć wątki są mistrzowsko podomykane to rysuje się jakaś przyszłość przed bohaterami. Lubię tak.

Dobrze się czyta, choć nie umknął mi wątek moralizatorski powieści - problem DDD jest dużo powszechniejszy niż zdaje się na co dzień. Co ratowało Baśkę - miłość do dzieci - tą się czuło i nie podlegała ona najmniejszej dyskusji.

Przejmująca, poruszająca - te określenia widziałam w niejednej recenzji tej książki. Z pełni się z tym zgadzam, ale nadmienić warto, że jest to także "kobiece czytadło" - przyjemne w swojej formie, niebanalne, przystępne.

BRAWO ANIU! Z tego co czytałam Twojego - to było najlepsze.

"Szepty dzieciństwa" zasiedlą tą samą szufladę w głowie, w której siedzi mój ukochany "Martin Eden" i kilka kryminałów Agaty Christie. Żadna to ekskluzywna miejscówka ta moja głowa, ale wyżej wspomniana szuflada ma bezpośrednie połączenie z samą duszą.



PS. Nasza Pani Niania - wspaniała opiekunka moich dzieci czytała wszystkie powieści Anny Sakowicz, ogólnie jest osobą lubiącą czytać szczególnie współczesną literaturę kobiecą, powtarza niejednokrotnie, że właśnie ceni Anię za styl, która uważa za najlepszy pośród tego co czytuje. Wychwala także i fabułę. Z niecierpliwością obie czekamy na kolejną książkę.

czwartek, 6 lipca 2017

nieDOmówienia

Przeczytałam wreszcie. Podobała mi się.

Styl przystępny i ciekawy. Postacie bardzo ładnie skrojone. Szczegóły świata przedstawionego i emocje bohaterów dopracowane we wszystkich szczegółach.

Szkoda mi tylko puenty całej powieści, spodziewałam się po początku kryminału (może nawet ociekającego krwią), okazało się, że od początku do końca jest to powieść obyczajowa. Momentami odważna bardzo nawet, ale raczej nie szokująca. Zgrabna kompozycja, ładnie domknięte wątki.

Ciekawa książka, warta przeczytania.

Teraz "piłuję" "Szepty dzieciństwa"...

Czytam! Znowu czytam! No i piszę ;).


powtarza się, a zawsze inaczej

Trzeci raz przerabiam ten sam życiowy temat.
Wydawałoby się, że powinno być dużo łatwiej. Przecież wiem co i jak. Co po czym i co dlaczego.
Nic bardziej mylnego. Ładunek doświadczenia życiowego napełnia serce trwogą - bo wiem ile różnych rzeczy stać się może, na ile nie mam najmniejszego wpływu.
A i wszystko jest bardziej wyczekane, głębiej mocniej przeżyte.

Czy to mój ostatni raz?

Nie wiem. Na prawdę nie wiem. Kolejnej decyzji takiej chyba nie będę umiała podjąć, ale jeśli Opatrzność zdecyduje za mnie - przyjmę to z radością. I strachem. Ogromnym.

Jestem tchórzem. Okropnym tchórzem. Nie lubię ryzyka.

A co przy tym najgorsze - lubię adrenalinę. Ale gdy ścigam się, sprawdzam, pracuję... Nie w życiu.
Tu lubię to co nazywane jest nudą, stagnacją. Pomiędzy takimi dniami bardzo podobnymi do siebie ukryte jest szczęście.

A urodę tych dni po prostu trzeba umieć doceniać.

I powtórzę jeszcze kolejny banał (przecież cała nieanielica, nieNiebo to same banały, tak jak i ja) miłość dzielona mnoży się.

Za każdym kolejnym razem coraz mocniej kocham. Wszystkich, których kocham.

I bardzo trzymam kciuki, za kogoś kto takiego miłowania pragnie doznać, żeby jak najszybciej było mu dane.

To wszystko jest proste gdy patrzy się z daleka, cholernie trudne gdy spojrzymy z bliska.


środa, 5 lipca 2017

i nie wiem jak to się dzieje...

Wydawałoby się, że ten czas to dla mnie czas lenistwa, spokoju i odpoczynku. Czym mniej się staram tym bardziej nasz dom zapełnia się ludźmi, bez wielkich planów, ale z masą radości. Drzwi się nie zamykają, piski i śmiech dzieci wypełnia nasze kąty. Naleśniki stają się sztandarowym daniem.

W codziennej gonitwie człowiek czasem zapomina ja dobre dusze go otaczają.

Wspaniali kochani. Nie pytają się co mogę dać, proponują pomoc, pytają się o potrzeby. Nie są, co prawda idealni, bo każdy ma własne problemy. Są tacy jak my.

Dobrze, tak dobrze żyć taką chwilą.

Wreszcie znowu mam czas czytać książki. Beletrystykę... Ale dobrze, do prenumerat medycznych nie potrafię nie zajrzeć.

Wreszcie mogę wejść do kuchni. Mam ochotę coś ugotować. Pomysły.

Gdzieś z tyłu głowy jest strach, żeby to wszystko "nie rypnęło". Ten stan szczęścia, zadowolenia, spełnienia... Jak zwykle - modlę się tylko o zdrowie.

Powoli - mentalnie i fizycznie przygotowujemy się do wspaniałego wydarzenia. W tym roku Boże Narodzenie ma być wyjątkowo piękne.

Daj Panie Boże! Proszę... 

niedziela, 2 lipca 2017

Marynia kocha kolor zielony

Zielone farbki spierane z ubrań.
Zielone wzorki kredką wyrysowane na ścianie.
Zielony pisak urozmaicający design mebli.

I te zielono-niebiesko-szare sprytne oczka!

Sukienka też musi być zielona!

dobry czas

-A może wpadniemy do Was na kawę?

Oj lubię takie pytania.

I przyjechali, choć wcale tak blisko nie mają.

Bardzo miły dzień. W domu znowu pełno dzieci.

Ostatnio znowu mogę wchodzić do kuchnii, jak dobrze, bo przyjemnie zrobić, nawet coś prostego.
Nic ambitnego - jogurtowiec z galaretką, babka cytrynowa....

Naszła mnie ochota na przetwory. Tej zimy bardzo się przydadzą.

25 gr/l

Gratuluję wszystkim, którzy zadowoleni są z obecnej władzy.