piątek, 21 lipca 2017

co i dlaczego się pamięta

Dziś zupełnie przypadkiem, uświadomiłam sobie, że stwarzanie dobrych wspomnień to ciężka praca.

Byłam w sklepie po gorczycę. W Biedronce nie mieli. Weszłam do osiedlowego sklepu.
 -A co będziecie robić? - spytała się zaprzyjaźniona pani ekspedientka.
-Słoikówkę - odpowiedziałam.
-Co takiego? - zdziwiła się.
-Kiełbasę ze słoika - uściśliłam.

I zaczęły się wspomnienia. Bo jej mama pracowała w mięsnym, a tata w masarni. A mój dziadek przed każdymi świętami kupował jedną lub pół świnki i przerabiał na wędliny. To nie była tylko słoikówka! To była wątrobianka, kaszanka, wędzona szynka, polska, serwolada, kiełbasa parzona z dodatkiem cielęciny, a także wędzone schaby, najlepszy na świecie salceson. No i biała kiełbasa. Pyszna!
Wszystko domowo, bardzo starannie przygotowane. Bez ulepszaczy, smacznie przyprawione. Idealne.
Dziadek umiał to robić. Jego ojciec był rzeźnikiem jeszcze w wojsku w czasie wojny, nawet po przeprowadzce do Bydgoszczy (ja urodziłam się i wychowałam tutaj, ale pochodzenie mam skrajnie niemiejskie) w latach sześćdziesiątych pracował dorywczo w zakładach mięsnych. Mój dziadek był ślusarzem-tokarzem z zawodu, ale przetwory mięsne robił artystycznie. Gdy wędził (na zimno, sam wędzarnie sobie skonstruował tak, że była składana i wynoszona do piwnicy, a gdy używana stawiana na kuchence, ale miała swoje palenisko na troćki), wstawał w nocy kilka razy sprawdzając temperaturę i inne parametry wędzenia. Przekładał, przyprawiał. O samym mieleniu mięsa, rozbiorze, nabijaniu flaka nie wspomnę. I to wszystko w niewielkiej kuchni, w kawalerce, w kamienicy. Pomagała mu Babcia.
Za każdym razem zarzekał się, że to już ostatni raz. Ale gdy zbliżały się święta to już dzwonił do swojego przyjaciela rezerwując odpowiednią świnkę i biegał "pod halę" dokupując odpowiedniego mięsa (tego szlachetniejszego).
Że też mu się chciało...
Szczególnie, że najwięcej dostawaliśmy my (właściwie moi rodzice i ich dzieci - mama była jedynaczką), a i dużo ze swojego wyrobu rozdał znajomym, rodzinie, a nawet sąsiadce (której nie lubił, ale przecież miała wnuka pod opieką i biedę w domu, więc dziadek po przerobieniu świnki szykował i dla niej paczkę).
Dziadek nie krył, że robił to interesownie.
"Ja umrę, a wnuki będą pamiętały jaką kiełbasę jadły".

Pamiętają Dziadziuś, pamiętają!

I nie tylko to kiełbasy, ale palenie w piecu, wyprawę po grzyby, grę w karty, majsterkowanie w szopce, rysowanie zwierząt. Dziadek poświęcał czas i starania, żeby mały człowiek rósł w spokoju i rozwijał swoje zainteresowania.

Kiedy mój mąż zabrał mnie do swojej rodziny w Bory Tucholskie jego wujek częstował mnie swojską kiełbasą - mieli rzeźnika, który im przerobił mięso na przetwory. Dobre było (no, ale Dziadka wiadomo, że lepsze). Kiełbasa tam spróbowana jednak w żaden sposób nie przypominała sklepowej - pachnąca, dobrze przyprawiona, treściwa, bez zbędnej wody i ulepszaczy.
-Dziewczyna z miasta jesteś, to takiej nie jadłaś pewnie - mówił wujek.
-Ja się na takiej wychowałam - odpowiedziałam i zaczęłam o sobie mówić. O sobie i swojej rodzinie. O Dziadku.

Ostatnio siostrzeniec mojego Dziadka (formalnie mój wujek, nieformalnie bliski krewny, z którego żoną jesteśmy w podobnym wieku i uwielbiamy swoje towarzystwo, a i dziećmi wymieniamy się często, że tak powiem) uraczył nas paczką swojskiej białej. Później my podzieliliśmy się słoikówką.

I jakby głupio to nie zabrzmiało - to są chwilę, kiedy wspomnienia o Dziadku ożywają. On wiedział dokładnie co robi.

A miłość to nie słowa, łzy, emocje i wzruszenia, ale ten czas, który daje się drugiemu człowiekowi, będąc z nim lub pracując, żeby mu coś dać. "Bardzo mi na tobie zależy" tego nie powinno się nigdy mówić, a tylko pokazywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz