środa, 12 lipca 2017

tragiczni pomyłka losu, tylko dziecka żal

Dziś z rana obejrzałam reportaż o 12-latku, który zmarł na białaczkę, bo mamusia i tatuś postanowili go leczyć trucizną z pestek jakiś, leczenie zaordynował jakiś pan inżynier od samochodów (o ile dobrze zrozumiałam).

A dlaczego, (kuźwa!) ja nie mogę podbić przeglądu naszego auta? No przecież widzę, że jeździ to wiem, że dobrze się ma... No i pieczątkę mam! Swoją! A na niej lekarz napisane! To co głupiego przeglądu zrobić nie mogę jak bilanse w przychodni robię? To nie to samo?

No kurwa nie! (Tak ta kurwa zaistniała tu naprawdę, jeszcze wczoraj odżegnywałam się od pisania w emocjach, dzisiaj emocje wzięły górę).

Ten chłopiec miał się tak znakomicie po leczeniu u szarlatana. Chodził jak mały samochodzik dosłownie! Potwierdzał to jakiś doktor, co w ogóle był od czegoś innego, przychylił się do tego sąd i na nic starania onkologów (a szanse na wyleczenie przy tej chorobie w tym wieku sięgały 80-90 procent - kosmos jak na nowotwór). Rodzice szanowni nie chcieli truć dziecka chemią, woleli inną truć czymś tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym.

Żalu do szarlatana nie mają. Mamusia tłumaczy, że dusza dziecka nie chciała już żyć.

No KUŹWA, a jak ten biedny dzieciak trawiony przez chorobę mógł chcieć żyć?

Leczenie konwencjonalnie łączy się z cierpieniem, czasem okrutnym i także czasem się nie udaje. Takie jest życie i ta cholerna medycyna, ale opiera się na doświadczeniu i wiedzy setek i tysięcy. Żadna decyzja na onkologicznym oddziale dziecięcym nie jest podejmowana przez jedną osobę - nad każdym pacjentem się dyskutuje w szerokim gronie. Robi się badania, dobiera terapię. Gdy odchodzi dziecko, nawet gdy zespół wie, że wszystko było na tip top, że nic nie mają sobie do zarzucenia i tak jeszcze myślą, rozmawiają i cholernie wszystkim źle, że się nie udało.

Pokora to bardzo bolesna cnota.

Ale pan uzdrowiciel pewny siebie i zadowolony. Mamusia pewna swego, bo przecież sama jest terapeutką (??? WTF ???) i zna się na tym.

Ile jeszcze dzieci znachorzy zagłodzą, zabiją zakazując rodzicom leczenia? Ile razy szaleni rodzice uwierzą w to co przeczy logice.

Zawsze tak było i zawsze będzie.

Temat rzeka.

Nie bronię wszystkich lekarzy - szarlatanowi ktoś niestety pomagał - ale bronię medycyny. Medycyna w pewnym sensie to religia, a może systemem filozoficznym, w której dobro chorego jest na pierwszym miejscu. I tu na prawdę nie chodzi o kasę (znam dużo fajniejsze i bardziej efektywne sposoby zarabiania niż opieka i leczenie chorych onkologicznych).

Jednak pan szarlatan nie uprawiał medycyny. On inkasował grubą kasę za swoją działalność.

Opieka paliatywna nad nieuleczalnie chorymi - następny temat rzeka, ale pół biedy kiedy tonący już człowiek, przed którym medycyna bezradnie rozkłada ręce chwyta się brzytwy w postaci "cudownych mikstur". Z tym każdy po ludzku się godzi. Każdy czeka na cud. Ale gdy dziecko miało dobre rokowanie, można było zwycięsko zawalczyć o jego życie, a o wszystkim zdecydowała nieodpowiedzialność rodziców to strasznie jest żal. Dziecka żal... Tragiczna to była pomyłka losu, że dziecko, które zachorowało nie miało u swego boku ludzi prawdziwie mądrych i odpowiedzialnych.

Ten blog jest moim pisadłem i nie ma wielu czytelników, ale i tak zastrzegam, że komentarze pod tym postem będą moderowane. Dyskusja  na poziomie merytorycznym czy ludzka rozmowa zawsze jest mile widziana, ale nauczona doświadczeniem z dyskusji o szczepieniach, oświadczam, że insynuacji, wycieczek prywatnych i manipulacji danymi na tym blogu nie będzie. Jest on mój i to moja decyzja.

1 komentarz:

  1. Ciężko mi się do tego odnieść.Mi pewien szarlatan "szaman" wyleczył wrzodziejące zapalenie jelita grubego.

    OdpowiedzUsuń