poniedziałek, 23 kwietnia 2018

weekend w naszym stylu

Tak to był czas zupełnie taki jak lubimy.
Nareszcie przyszło słonko, temperatury i okoliczności przyrody pozwoliły nam na zrealizowanie małych szaleństw.

W sobotę rano mój Mąż poszedł oddać krew. Dzielny On, wspaniały! Poszedł ot tak, bo dawno nie był, bo kiedyś taka krew była bardzo potrzeba Jego Mamie... A ja Wam powiem jeszcze dlaczego - bo to dobry i szlachetny człowiek.

Potem trochę zakupów (takie domowe pierdoły), a także lampki na balkon. Dzieciaki szczęśliwe.

Wieczorem odwiedziny u Cioteczki A. i Wujcia R.

Posiedzielim. Pogadalim.

A jest o czym, bo niedługo przyjęcie mojego Syna (Chrzestnego), średniego dziecięcia Ciotki i Wuja, a także chrzciny naszej najmłodszej, którą do chrztu trzymać będzie właśnie Cioteczka A. Ilość wspólnych spraw jest duża, ale nie przytłaczająca.

W sobotę były także przygotowania do wyprawy niedzielnej.

Niby nic wielkiego taka wyprawa, ale już jakiś czas o niej myśleliśmy. Około dziewiątej rano ustawiliśmy się w szyku bojowym - Luśka w wózku, Maria i Halina za rękę, nosidło dla Marii spakowane w torbie, jak i prowiant, picie i pieluchy dla Lusi (cycki noszę zawsze przy sobie, więc i dla najmłodszej był zapas jedzenia).
Nie wsiedliśmy do auta (tymczasowo takowego nie posiadamy - co nie jest tragedią - ale o naszym autku, kiedyś napiszę, bo choć krótko nam służyło, to było bardzo fajne i najeździliśmy się nim wspaniale), nie poszliśmy na przystanek autobusowy lub tramwajowy.

Ruszyliśmy w drogę pieszo.

Najpierw zrobiliśmy cztery i pół kilometra na cmentarz, odwiedzić grób Teściowej. Zostawiliśmy tam donicę z aksamitkami (turkami), które wsadziłam w sobotę i zapaliliśmy świeczki. Chwilę tam pobyliśmy. Ruszyliśmy dalej.

Dalej pieszo.

Kolejne siedem kilometrów. Do mojej Mamy na obiad. Maryśka skorzystała na jakieś cztery kilometry z nosidła, ale gdy weszliśmy do Fordonu całkiem jej się to znudziło i dalej szła pieszo. Matka dała radę. Ojciec ogarniał wózek, wszelkie wejścia i zejścia po schodach, krętych chodnikach.

Jeden smutny fakt tylko rzucił mi się w oczy. Dziś nikt nie myśli o pieszych. Przy IKEI musieliśmy nadłożyć ponad pół kilometra do przejścia dla pieszych, bo innego nie było. A przejście w poprzek ulicy nie wchodzi w grę. Jesteśmy z dziećmi. Musimy je nauczyć bezpiecznych zachowań. Kiedyś to może być sprawa życia i śmierci.

Zmęczeni, ale szczęśliwy dotarliśmy. Dzieciaki wcale nie miały dość, więc po obiedzie koniecznie trzeba było odwiedzić kilka najbliższych placów zabaw.

Wróciliśmy do domu tramwajem (szaleństwo, szaleństwem - ale na pierwszy taki rajd było dość wysiłku, szczególnie dla tych co mają jeszcze małe nogi). W tramwaju Hala powiedziałą do mnie:

-Ja nie wierzę, że dałam radę tak daleko iść.

Dała radę! Jest dzielna, mądra, wspaniała!

Bardzo chcę nauczyć dzieciaki, że w życiu nie ma trudności, tylko są wyzwania.

I takie spacery, wyprawy to dobry sposób na to. Trzeba tylko zmierzyć siły na zamiary i spróbować.

Takie niby nic, ale my po weekendzie bardzo jesteśmy zadowoleni.

wtorek, 6 marca 2018

motywacja

Chcę i mogę...

Nie mam tylko dlatego, bo mi się nie chce.

Zacznę, zobaczę.

I wrócę.

Do tego, za czym troszkę tęsknię.

poniedziałek, 5 marca 2018

urodziny

Impreza udała się wyśmienicie.
Maryś zadowolona, promieniał gdy goscie śpiewali sto lat.
Było miło, gwarnie, bardzo wesoło.
Wspaniali ludzie nas otaczają.


Tort jak zwykle z naszej ulubionej cukierni, na specjalne zamówienie. W kolorze oraz dekoracją taką, żeby się małemu jubilatowi podobało.

Marynia jest super zdolnym układaczem puzzli, samodzielną i zaradną dziewczynką, która wie czego chce. Pogodnym małym inżynierem. Porusza mnie i zaskakuje jej miłość do młodszej siostry (starszą też kocha, ale ich relacje to już bardziej złożona sprawa) i innych młodszych dzieci. Taka potrafi być dla nich czuła i delikatna, gdy na codzień jest silna i zdecydowana.

Uwielbiam ją i kocham (jak i dwie pozostałe córy moje).

I w szczególny sposób doceniam czas w jakim została nam podarowana.

W mojej galaktyce są trzy słońca - Ona nie jest ani największym, ani najmniejszym, ale jak każde z moich Słoneczek JEST WYJĄTKOWA.

piątek, 2 marca 2018

decyzje

Podejmujemy w życiu wiele decyzji. Mniej i bardziej dojrzałych, świadomych, ważnych.
Za każdą stoi gorzka prawda, że ponosimy jej pełne konsekwencje. Jakbyśmy nie próbowali się od tego odżegnywać to tak będzie.
Ja zrozumiałam to mając dzieci. Podać syrop czy jeszcze nie podać? Posłać do przedszkola, nie posłać? Wsiadać do pociągu, nie wsiadać... A nawet włączyć bajkę czy nie włączyć.
Moje (i mężowskie) decyzje rzutują na życie tych, których kocha się bardziej niż siebie i mimo wielkich starań, przemyśleń i kalkulacji nie zawsze są one dobre.
Tak bardzo bałam się odpowiedzialności w pracy, za zdrowie i życie innych ludzi, dziś się już nie boję. Na co dzień podejmuję setki decyzji dotyczących moich dzieci, mojego sensu życia, moich skarbów, moich słońc. Nie umniejszam wagi decyzji zawodowych (szczególnie, że zawodowo zajmuje się czyimiś dziećmi, czyimś sensem życia, czyimś skarbem i czyimś słońcem), ale wiem, że decyzję trzeba podejmować. Nie można przed tym uciec.
Konsekwencje tych decyzji są także po czasie jednoznaczne i nieodwołalne.

Chociaż okazuje się po czasie, że dzieje się zupełnie odwrotnie niż chcieliśmy, to jednak jesteśmy sprawcą także tych niepomyślnych wydarzeń.

Nie ma co płakać, tłumaczyć, że chciało się inaczej.

Trzeba to brać "na klatę" i działać dalej. Widzieć przyczynę w sobie, a nie szukać jej w świecie. Gdy chce się coś zmienić trzeba to zmieniać, a nie tylko płakać i liczyc na litość losu.

Los nie ma litości.

Należy (co powtarzam i bezsprzecznie sprawdza się to u mnie w życiu) pamiętać, że wszystko zło i dobro, wraca do człowieka, często pomnożone. Nawet jeśli chwilowo wydaje się, że ten rachunek się nie zgadza, nie należy szarpać się i panikować. Dobro uczynione ludziom, wróci do nadawcy. A zło? Oj to się podobno rozmnaża szalenie i podłe jest gdy wraca. Nie wiem dokładnie. Nie mam dużego doświadczenia, chociaż podobno powinnam mieć.

To temat jednak na inne rozważanie.

Tam pisząc ogólnie, głupoty wyciągnięte z głowy własnej dochodzę do wniosku, który tu Wam przedstawiam - DECYDUJMY SIĘ NA DOBRO.
DOBRO jest piękne, wzniosłe, szlachetne, a nawet się w życiu opłaca. Choć nie zawsze się uda, to przynajmniej człowiek w lustro patrzy z uśmiechem i sen ma dobry. Los nie zależy od nas. Decyzje podejmujemy sami.

powróty i nawroty

Jak córka marnotrawna - wracam - do pisania.
Tworząc mniej i więcej, lepiej i gorzej, dopracowując i produkując, znowu zaczynam pisać.
Ileż razy miałam rzucić to wkąd, wyrosnąć z kompleksu pisarza?
Tyle razy się okazuje, że pisania potrzebuje. Ekonomicznie.
I wracam.
I kocham siebie za lekkie pióro i nienawidę za brak głębszego talentu.
I za to, że wracam, że nie umiem rozstać się z tym raz na zawsze.

Takież to są cierpienia, niedoszłego i niekonsekwentnego literata.

niedziela, 18 lutego 2018

ekspresowo

Wczoraj napisałam do koleżanki, że moje najmłodsze wyrasta z ubranek 68, a po średniej mam tylko od 86 ciuszki...  Chciałam coś odkupić po Jej Córze.

Nie było mowy o odkupieniu.

Pożyczyła dwa wory ciuchów (praktycznie same ekstra ciuchy, firmówki), a pomiędzy nimi znalazłam sukienkę po mojej najstarszej (jedną z niewielu rzeczy firmowych, które miała).

Ciuchy mam w domu dziś (dostałam je z dostawą do domu).

I prezent dla najmłodszej - ekskluzywne body i kominiarkę z merynosa, nówka, szaleństwo, na które nie byłoby mnie stać.

Dobro wraca. Dosłownie i w przenośni. Mnożąc się przy tym wdzięcznie.

O wiele rzeczy nie trzeba się troszczyć i zabiegać. Lekką ręką rozdaeałam rzeczy po dzieciach, a niczego przy trzecim mi nie brakuje. Nawet mam więcej niż wymarzyłam. Wzruszona tym jestem.

Podobno jestem złym człowiekiem (tak, tak, powtarzam to sobie, żeby aby przez przypadek tego nie zapomnieć), jak na takiego złego człowieka otaczają mnie zaskakująco dobrzy ludzie.

Uwielbiam ich!






czwartek, 8 lutego 2018

tłusty czwartek

To moje święto.

Święto tłusteh nieanielicy.

Moje wypieki: faworki, ciastka kakaowe i cynamonowe.



cukierkowicz i biedronkowicz




Tak twórczo minęła pierwsza część dnia. Na świat przyszły dwa żółwie (tesco go create, jeden z prezentów gwiazdkowych od Cioci D. i Wujka A.) o tajemniczych imionach Cukierkowicz i Biedronkowicz (cokolwiek to znaczy). Zamieszkały w przenośnych terrariach, są karmione, tulone, dostają witaminy i dużo spacerują.

środa, 7 lutego 2018

jak księżycowe, a to słońce -nieNiebo


escape room

Nie bardzo rozumiem fenomen rozrywki w escape roon.

Logiczne zagadki? Przygoda?

Kto zimą szykował trójkę dzieci w różnym wieku na spacer ten takich podniet nie potrzebuje. Chociaż moja dziatwa dzielnie współpracuje ze mną i z sobą nawzajem, niezmiennie mam uczucie, że każdy nasz spacer to ucieczka z escape room.

Byłoby ich więcej, gdyby nie mróz (aczkolwiek mróz jesteśmy w stanie znieść) i smog.

Smog nie jest fajny. A słoneczna pogoda sprzyja.

Czasem trzeba się cieszyć słońcem zza okba.

pasje Marii

Od samego rana, jeszcze w piżamie, ale puzle już są w użyciu. Dość duże pudła, bo mniejsze zestawy już się opatrzały. Zresztą cóż to jest 100 elementów? 10, góra 15 minut zabawy.


niedziela, 4 lutego 2018

miś Sebastian

Własność najstarszej, przeszła w ręce najmłodszej.

Miś nie pierwszej młodości, odmładzany regularnie w pralce automatycznej, jeszcze "piszczy" (właściwie dzwoni, ale Hala mówiła, że "piszczy" to już tak zostanie.






gry miejskie




sobota, 3 lutego 2018

matka uniwersalna

Fryzjerka. Fryzjerką byłam wczoraj wieczorem.
Kucharka. Ogarnęłam rano sałatkę dla Cioci A., obiad (trochę przypadkiem) i ciastka.
Nauczycielka i pasjonatka.  Dlatego Ciocia A. będzie szydełkować.

Ps. Od kiedy zrobiłam pierwsze ciastka odkryłam, że otaczają mnie ciasteczkowe potwory. Przynajmniej jedzą domowe, bo z chemii i dziwnych olei.

Matka przebiegła.

piątek, 2 lutego 2018

zawsze, nie zawsze

Każda kura-domowa-matka-polka wie, że nie zawsze uda się posprzątać, wyjść na spacer i bawić się kreatywnie. Czasem dzień się jakoś nie skleja.

Kochać, pieścić i cierpliwie tłumaczyć trzeba ZAWSZE.
A jutro będzie nowy dzień. Może słoneczny, pewnie zimny...

Kiedy wiosna?


czwartek, 1 lutego 2018

ciastkowo


Owsiane, czekoladowe, maślane i nieco spieczone bezy.

z serii "poczytaj sobie mamo" wersja doktór

Aktualnie przebywam na urlopie macierzyńskim i nie pracuję zawodowo, ale to nie znaczy, że się nie uczę. Prenumeraty branżowych czasopism pochłaniają dużo kasy, ale trzeba być na bieżąco. A czytać można w każdym "międzyczasie". Zamiast " Cosmopolitan", albo "Vivy" czy "Poradnika Domowego" ja czytam kwartalnik "Szczepienia" i kilka pozycji pediatryczny, a także "Lekarza rodzinnego" i "Medycynę po dyplomie", tej ostatniej pozycji może nie potrzebuję do pracy, ale świetnie się czyta.


Ps. Ostatnio oglądałam znowu pierwsze sezony " Hause M.D.". Studia mi się przypomniały... Chociaż "takich" przypadków jak Hause człowiek nie widuje często, to praca lekarza jest jeszcze bardziej fascynująca niż wynikałoby to z serialu. I dużo trudniejsza.
Miałam zaszczyt poznać kilku "prawdziwych doktorów Hausów" i mimo swojego geniuszu, byli to bardzo mili ludzie, dzielący się szczodrze swoim doświadczeniem.

ciastka owsiane v2.0


spacerowanie





środa, 31 stycznia 2018

wieczorne czytanie

"Złote koniki" Doroty Gellner lubią być u nas cztane. Krótkie, wdzięczne i dźwięcznie wpadające w ucho utwory cieszą i młode dusze naszych dzieci i nas "starszych". W niczym jednak nie przeszkadzają pooglądać sobie też obrazkowych pozycji z Naszej Księgarni.
Wieczorne czytanie połączone z "cycowaniem" najmłodszego dziecięcia jest miłym zwieńczeniem dnia.
A potem siusiu, paciorek i spać.