piątek, 20 lipca 2018

wtorek, 5 czerwca 2018

poniedziałek, 4 czerwca 2018

niedziela, 27 maja 2018

czwartek, 24 maja 2018

balkonowy ogród część druga



na parapecie u dzieciaków



ogród balkonowy część pierwsza




z przeszłości

Galeria zdjęć czarno-białych moich przodków. Pradziadkowie młodzi, dziadkowie dzieci. Życie to ciągłość. Mam dużo zdjęć na ścianach. Starszych i nowszych, rodziny i przyjaciół. Na pamiątkę tego co przeżyliśmy, na pamiątkę tego, czego pamiętać nie możemy.


Kocham moje mieszkanie.

Odkładałam do tej pory dużo rzeczy na później. "Bo będzie kiedyś większe... "Bo może dom...". Wreszcie zrozumiałam, życie jest tu i teraz.

Drobnym wysiłkiem finansowym przeorganizowaliśmy przestrzeń naszego nieNieba i wreszcie wiemy - TO JEST TO!

A dom? Może... Kiedyś... Ale nie koniecznie. Jest pięknie.

grubosz

Od bardzo dobrej Duszy, kochanej mojej E.

Sadzonki bardzo przypadkowe, a jednak wsadzine czule, żyją i jak na razie mają się dobrze.

 Taka rzecz, cieszy mocno.


z okna


z bliska


piątek, 11 maja 2018

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

weekend w naszym stylu

Tak to był czas zupełnie taki jak lubimy.
Nareszcie przyszło słonko, temperatury i okoliczności przyrody pozwoliły nam na zrealizowanie małych szaleństw.

W sobotę rano mój Mąż poszedł oddać krew. Dzielny On, wspaniały! Poszedł ot tak, bo dawno nie był, bo kiedyś taka krew była bardzo potrzeba Jego Mamie... A ja Wam powiem jeszcze dlaczego - bo to dobry i szlachetny człowiek.

Potem trochę zakupów (takie domowe pierdoły), a także lampki na balkon. Dzieciaki szczęśliwe.

Wieczorem odwiedziny u Cioteczki A. i Wujcia R.

Posiedzielim. Pogadalim.

A jest o czym, bo niedługo przyjęcie mojego Syna (Chrzestnego), średniego dziecięcia Ciotki i Wuja, a także chrzciny naszej najmłodszej, którą do chrztu trzymać będzie właśnie Cioteczka A. Ilość wspólnych spraw jest duża, ale nie przytłaczająca.

W sobotę były także przygotowania do wyprawy niedzielnej.

Niby nic wielkiego taka wyprawa, ale już jakiś czas o niej myśleliśmy. Około dziewiątej rano ustawiliśmy się w szyku bojowym - Luśka w wózku, Maria i Halina za rękę, nosidło dla Marii spakowane w torbie, jak i prowiant, picie i pieluchy dla Lusi (cycki noszę zawsze przy sobie, więc i dla najmłodszej był zapas jedzenia).
Nie wsiedliśmy do auta (tymczasowo takowego nie posiadamy - co nie jest tragedią - ale o naszym autku, kiedyś napiszę, bo choć krótko nam służyło, to było bardzo fajne i najeździliśmy się nim wspaniale), nie poszliśmy na przystanek autobusowy lub tramwajowy.

Ruszyliśmy w drogę pieszo.

Najpierw zrobiliśmy cztery i pół kilometra na cmentarz, odwiedzić grób Teściowej. Zostawiliśmy tam donicę z aksamitkami (turkami), które wsadziłam w sobotę i zapaliliśmy świeczki. Chwilę tam pobyliśmy. Ruszyliśmy dalej.

Dalej pieszo.

Kolejne siedem kilometrów. Do mojej Mamy na obiad. Maryśka skorzystała na jakieś cztery kilometry z nosidła, ale gdy weszliśmy do Fordonu całkiem jej się to znudziło i dalej szła pieszo. Matka dała radę. Ojciec ogarniał wózek, wszelkie wejścia i zejścia po schodach, krętych chodnikach.

Jeden smutny fakt tylko rzucił mi się w oczy. Dziś nikt nie myśli o pieszych. Przy IKEI musieliśmy nadłożyć ponad pół kilometra do przejścia dla pieszych, bo innego nie było. A przejście w poprzek ulicy nie wchodzi w grę. Jesteśmy z dziećmi. Musimy je nauczyć bezpiecznych zachowań. Kiedyś to może być sprawa życia i śmierci.

Zmęczeni, ale szczęśliwy dotarliśmy. Dzieciaki wcale nie miały dość, więc po obiedzie koniecznie trzeba było odwiedzić kilka najbliższych placów zabaw.

Wróciliśmy do domu tramwajem (szaleństwo, szaleństwem - ale na pierwszy taki rajd było dość wysiłku, szczególnie dla tych co mają jeszcze małe nogi). W tramwaju Hala powiedziałą do mnie:

-Ja nie wierzę, że dałam radę tak daleko iść.

Dała radę! Jest dzielna, mądra, wspaniała!

Bardzo chcę nauczyć dzieciaki, że w życiu nie ma trudności, tylko są wyzwania.

I takie spacery, wyprawy to dobry sposób na to. Trzeba tylko zmierzyć siły na zamiary i spróbować.

Takie niby nic, ale my po weekendzie bardzo jesteśmy zadowoleni.